Co tam styl, ludzie zapamiętają tylko wynik?

Co tam styl, ludzie zapamiętają tylko wynik?

Od dziesięcioleci fani piłki nożnej są karmieni futbolowymi truizmami i stale powtarzanymi banałami. Wiemy, że żeby wygrać mecz trzeba strzelić co najmniej jedną bramkę więcej od przeciwnika, aby nie przegrać wystarczy nie stracić gola, a najlepszą obroną jest atak. Możemy być niemal pewni, że po meczu trener zwycięskiej ekipy, która nie zachwyciła, powie na konferencji prasowej, że „liczą się trzy punkty, za kilka tygodni nikt nie będzie pamiętał o stylu”. Niektórzy idą jeszcze dalej, powtarzając ten frazes po wygraniu w słabym stylu dużego turnieju lub wywalczeniu mistrzostwa. Często da się usłyszeć, że zwycięzców się nie sądzi. Ale czy aby na pewno zapominamy o stylu, a pamiętamy jedynie wyniki i osiągnięty sukces? I z drugiej strony – czy po latach nie fascynujemy się wspaniałą grą ekipy, która jednak poniosła porażkę?

Nikt nie ma wątpliwości, że dzisiejszym światem rządzi pieniądz. Przez pieniądz kluby nastawione są przede wszystkim na wyniki. Wyniki, dzięki którym bogactwo rozrasta się jeszcze bardziej. Większość trenerów ma w głowie tylko zrealizowanie postawionego przed nimi celu, bo bez niego ich posada jest zagrożona. W związku z tym nie budują drużyny zgodnie ze swoją wizją i marzeniami, ale tak, by wypełnić zadanie. Nie musimy daleko szukać w pamięci, by przypomnieć sobie, kiedy ostatnio słyszeliśmy: „zagraliśmy tak, bo nasza obecna sytuacja nie pozwala na inną grę”. Pod słowami „zagraliśmy tak” kryje się antyfutbol, którego kibice nie chcą oglądać, a tymczasem dostają go coraz więcej. Nastawienie na wynik jest na niewyobrażalnym poziomie. Rzecz jasna trenerom dziwić się nie możemy. W naszych pracach zapewne nieraz mamy lepszy pomysł od szefa, ale nie wychodzimy przed szereg, by w przypadku ewentualnego niepowodzenia nie stracić stanowiska.
Podążanie wyłącznie za wynikiem nie jest rzecz jasna nowością w piłce nożnej. Od początku wszelakich rozgrywek chodziło przede wszystkim o osiągnięty rezultat. Dziś głównym motywatorem są pieniądze, kiedyś względy społeczne, polityczne i, co zawsze pozostanie niezmienne, chęć zdobycia chwały. Słusznie mówi się przecież, że to wynik idzie w świat, a zwycięzcy zapisują się na kartach historii największą, pogrubioną czcionką. Ale czy rzeczywiście prawdziwe są słowa, że o stylu za kilka lat nie będzie pamiętał?
Kiedy w 1938 r. reprezentacja Polski wyjeżdżała na Mistrzostwa Świata, nikt nie spodziewał się po niej cudów. Zwłaszcza, że na dzień dobry, w 1/8 finału, przyszło nam mierzyć się z Brazylią. Gdyby trener Józef Kałuża postawił na głęboką defensywę i skończyło się 0:1 lub 0:2 po nudnym spotkaniu, po dziś dzień o występie Biało-Czerwonych na francuskim turnieju mówilibyśmy mało, odnotowując jedynie, że pojechali, zadebiutowali, przegrali, wrócili. Tymczasem legenda Cracovii zagrała z pradziadkami Neymara i Coutinho w otwarte karty, nastawiając swoich podopiecznych na widowisko. Co z tego wyszło? Spektakl, który jest ustawiany na jednej półce z najlepszymi bojami w dziejach piłkarskich Mistrzostw Świata. 4:4 w regulaminowym czasie gry i 5:6 po dogrywce. Polacy przegrali, ale jednocześnie odnieśli zwycięstwo. Wilimowskiego do dziś wymienia się w gronie najlepszych zawodników w historii naszej reprezentacji, choć mało kto wie o nim więcej niż to, że w spotkaniu z Canarinhos zdobył cztery gole.

fot. Wikipedia

Podejrzewam, że na pytanie: „Wymień drużyny z Mundialu 1954” 90% fanów piłki nożnej w pierwszej kolejności wskaże Węgrów. Dlaczego, przecież to Republika Federalna Niemiec sięgnęła po tytuł? Odpowiedź jest prosta – Madziarze prezentowali grę, uznaną przez wielu za grę wszech czasów. Puskás, Czibor, Hidegkuti, Kocsis, Grosics i spółka czarowali cały świat już od 1950 roku. Siedem miesięcy przed rozpoczęciem Mistrzostw Świata pokonali na Wembley Anglię 6:3, co było wtedy wydarzeniem bezprecedensowym. Na turnieju w Szwajcarii szli jak burza, meldując się w finale z bilansem bramkowym 25-7 (po 4 meczach!), wygrywając w grupie z RFN 8:3 i eliminując w fazie pucharowej mistrzów i wicemistrzów świata – Urugwaj i Brazylię. Przegrana w finale wydawała się niemożliwa. Niemożliwe w futbolu nie istnieje. Niemcy po 8 minutach przegrywali już 0:2, jednak zdołali odwrócić losy spotkania i wygrali 3:2.  Nasi zachodni sąsiedzi zdobyli swój pierwszy tytuł mistrzowski, ale większą sławą i uznaniem mogą poszczycić się Węgrzy. Choć po powrocie do swojego kraju zostali niesłusznie uznani za zdrajców, a rodacy zarzucali im sprzedanie finałowego meczu, ich wielkość została doceniona. Minęło ponad 60 lat, a w sklepach z pamiątkami w Budapeszcie sporą popularnością wśród turystów cieszą się repliki madziarskich koszulek i piłki z 1954 r.

Podobna sprawa ma się z reprezentacją Holandii z Mistrzostw Świata w 1974 r. To wtedy cały świat był pod wrażeniem ich futbolu totalnego. Realizatorzy nie nadążali za błyskawicznie przemieszczającymi się zawodnikami Oranje. Wielu późniejszych trenerów, chcących inspirować się systemem prezentowanym przez piłkarzy Rinusa Michelsa, zgodnie stwierdza, że wyciągnięcie wniosków na podstawie transmisji telewizyjnych było niezwykle ciężkim zadaniem. Być może zabrzmi to komicznie, ale gra Pomarańczowych nie mieściła się na ekranie telewizora. Nie da się przecież pokazać ruchu wszystkich zawodników jednocześnie, a właśnie na ruchu polegała strategia Michelsa. Holenderski szkoleniowiec jako jeden z pierwszych zrozumiał, że największy wpływ na grę i powodzenie akcji mają zawodnicy bez piłki. Stąd nieustanne przemieszczanie się poszczególnych formacji i ich składowych. Na takich fundamentach wyrosły legendy Cruijffa i Neeskensa. Mimo faktu, że z tego turnieju, co naturalne, najlepiej wspominamy srebrny występ Polaków, nie da się ukryć, że na świecie większe wrażenie niż Biało-Czerwoni i zwycięska ekipa RFN zrobiła Holandia. Holandia, pokonana w finale przez gospodarzy. Niemcy po dwudziestu latach odzyskali tytuł Mistrzów Świata dzięki zwycięstwu 2:1, jednak ich występ nikogo nie rzucił na kolana. Zorganizowali świetny turniej, sięgnęli po tytuł, ale w ostatecznym rozrachunku zostali przyćmieni przez Neeskensa, Cruijffa i spółkę. Od lat po świecie krąży powiedzenie, że Niemcy potrafią zorganizować przyjęcie, ale nie potrafią się na nim bawić. W 1974 r. w RFN bawili się Holendrzy. Ich zabawa będzie wspominana jeszcze bardzo długo.

Kończąc wątek mundialowy, wróćmy na moment do Republiki Południowej Afryki i czempionatu w 2010 roku. Niech rzuci kamieniem ten, kto uważa, że największe wrażenie zrobiła na nim inna ekipa niż Urugwaj. Wydawać by się mogło, że odważny, ofensywny futbol wzbogacony „boską ręką” Suareza został nagrodzony tylko czwartym miejscem. Nie jest to do końca prawda, bo kiedy przypomnimy sobie poczynania zawodników Oscara Tabareza od razu cisną nam się na myśl radosne chwile spędzone przed telewizorami niespełna osiem lat temu. Dobrze zorganizowana obrona, szybkie przejście do ataku, zdecydowany futbol na tak i te wolne Forlana… Jeśli mielibyście do wyboru obejrzeć skróty z meczów Urugwaju lub wyrachowanej, do bólu skutecznej, zwycięskiej Hiszpanii, to które byście wybrali? Założę się, że po przeczytaniu tego artykułu uruchomicie YouTube i poszukacie kompilacji ze spotkań La Celeste w Afryce. Ja zrobię to zaraz po tym, jak skończę go pisać. Do tego po prostu chce się wracać.

Przypadków drużyn, które nie osiągnęły sukcesu, a zachwyciły kibiców, jest oczywiście cała masa. Do powyższych przykładów dodajmy te w miarę świeże, choćby Portugalię z EURO 2000, Turcję z Mistrzostw Świata 2002 i EURO 2008. W ubiegłym sezonie Ligi Mistrzów największe wrażenie zrobiła na nas gra Monaco, a nie zwycięskiego Realu. O postawie piłkarzy z Księstwa może się mówić przez lata. Twórca wielkiego Milanu z końcówki lat 80. poprzedniego stulecia, Arrigo Sacchi, powiedział kiedyś:

Kto chce zapisać się na trwałe w historii futbolu, nie może skupiać się wyłącznie na zwycięstwie, lecz powinien też starać się zapewnić kibicom rozrywkę.

Jego ekipa jest przez wielu ekspertów uważana za najlepszą drużynę klubową w dziejach futbolu. W jego przypadku sukcesy (m. in. Mistrzostwo Włoch, dwa Puchary Europy) chodziły w parze ze znakomitym stylem.
Spójrzmy na drugą stronę medalu. Na zespoły, które zdobywały trofea, ale nie zapewniały widzom rozrywki. Standardowym przykładem jest tutaj przypadek Grecji z 2004 roku. Grecji, będącej największą piłkarską sensacją w historii wielkich turniejów. Podopieczni Otto Rehhagela zdobyli Mistrzostwo Europy stosując „taktykę jednego turnieju”. Jej realizacja była majstersztykiem, nikt nie powinien mieć co do tego wątpliwości. Ale taka taktyka zabijała widowiska. Kluczem do sukcesu była skomasowana obrona. Dość powiedzieć, że podczas całego turnieju jedynym stricte ofensywnym zawodnikiem był Angelos Charisteas. Reszta skupiała się przede wszystkim na zadaniach defensywnych. Grecy po odzyskaniu piłki przechodzili do błyskawicznego ataku z wykorzystaniem niewielkiej liczby zawodników. Na niepodziewany sukces złożyły się właśnie żelazna obrona, świetnie rozgrywane stałe fragmenty gry i… masa szczęścia. A jak wiadomo, szczęście w piłce jest ważnym aspektem. Piłkarze Rehhagela zapewnili sobie w ojczyźnie status greckich bogów, tego nikt im nie odbierze, ale zawsze będzie się ich wspominać jako najbrzydziej grających Mistrzów Europy. Styl, w jakim sięgnęli po trofeum, stale przysłania samo osiągnięcie. Podobny wydźwięk ma zwycięstwo Portugalii na EURO 2016. Iberyjczycy wygrali francuski turniej grając bez polotu, ślamazarnie, niewidowiskowo. W regulaminowych 90 minutach odnieśli tylko jedno zwycięstwo, w półfinale przeciwko Walii. W fazie grupowej trzy razy zremisowali, Chorwację w 1/8 finału pokonali po dogrywce, Polskę w ćwierćfinale w rzutach karnych, a Francję w finale po 120 minutach boju. Rozmawiając o tym turnieju i wspominając o zwycięstwie piłkarzy Santosa, najczęściej da się usłyszeć: „no wygrali, ale daj spokój, jak oni grali…”.

fot. mirror.co.uk

Ciekawe rzeczy działy się w sezonie 2006/07 w Madrycie. Latem 2006 roku Włosi sięgnęli po Mistrzostwo Świata. Filozofia Realu jest niezmienna od lat. Aby trafić na Santiago Bernabeu nie wystarczy być tylko dobrym, do tego trzeba dorzucić również medialność i bieżącą sławę. W tym czasie sławą cieszyła się piłka z Półwyspu Apenińskiego, zatem Królewscy powierzyli prowadzenie drużyny Fabio Capello, a pod jego skrzydła trafił m. in. największy wygrany niemieckiego Mundialu, Fabio Cannavaro. Capello zdecydowanie postawił na wyniki. Jego ekipa zdobyła tytuł mistrzowski, ale on sam pożegnał się po sezonie z pracą. Kibice nie mogli znieść taktycznych szachów w wykonaniu swoich ulubieńców. Nie satysfakcjonowały ich nudne mecze grane na 1:0. Dość powiedzieć, że pod batutą Włocha Real strzelił tylko 66 goli w 38 meczach! Dla porównania spójrzmy na dorobek strzelecki Los Blancos z pięciu ostatnich sezonów, począwszy od rozgrywek 2012/13: 103, 104, 118, 110, 106. Jeszcze raz Arrigo Sacchi:

Moim pragnieniem było zapewnienie ludziom 90 minut radości. Chciałem, by jej źródłem było nie tylko zwycięstwo, co po prostu dobra zabawa, sam fakt, że są świadkami czegoś niezwykłego.

Fabio Capello nie gwarantował kibicom ani radości, ani zabawy, ani niczego niezwykłego. Nie obroniło go Mistrzostwo Hiszpanii.

fot. eurosport.com

Na podsumowanie przytoczę pewien ranking. Kilka lat temu World Soccer, jedno z najbardziej znanych piłkarskich czasopism, ogłosiło listę 10 najlepszych drużyn w historii piłki nożnej. Pierwsza trójka prezentuje się następująco:

1.Węgry z 1954 roku
2.Brazylia z 1970 roku
3.Holandia z 1974 roku

Po Puchar Jules’a Rimeta w wyróżnionym roku sięgnęli tylko Brazylijczycy. Węgrzy i Holendrzy wracali do domów bez Złotej Nike, ale to o nich mówiło się wówczas najwięcej. Kibice do dzisiaj chętniej i z większym sentymentem wspominają Złotą Jedenastkę Gusztavá Sebesa i futbol totalny serwowany przez podopiecznych Rinusa Michelsa niż triumfującą w tych latach reprezentację RFN. Tłum nie chce tylko i wyłącznie igrzysk, żąda chleba i igrzysk. Chlebem jest porywający styl. Kiedy go dostanie, zostanie zaspokojony i z wielkim sentymentem będzie wspominać każdy okruszek.

fot. wyr. espn.com

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*