Dania – Polska 4:0. Duński dynamit eksplodował. Wnioski na chłodno.

Dania – Polska 4:0. Duński dynamit eksplodował. Wnioski na chłodno.

Henry Ford powiedział, że „niepowodzenie jest sposobnością do rozpoczęcia czegoś od nowa, ale mądrzej. A to, co minęło, jest użyteczne o tyle, o ile podaje drogi i sposoby postępu.” Z kolei znakomity trener – Marcelo Bielsa, mawia, że „fatalną rzeczą jest nie znać przyczyn porażki, ale jeszcze gorszą, podawanie fałszywych powodów przegranej.” Te słowa powinny pozwolić na nieco inne spojrzenie na to, co wydarzyło się wczoraj w Kopenhadze. 

Jeśli będziemy skłonni do wyciągnięcia właściwych wniosków i przekucia ich w przyszłe czyny, to klęska stanie się ledwie potknięciem, w konsekwencji którego staliśmy się silniejsi. Jeżeli jednak nie będziemy w stanie wynieść odpowiedniej lekcji, klęska pozostanie klęską, w dodatku brzemienną w skutkach.

Płonne nadzieje.

Nie można się dziwić, że dzisiaj czujemy się, jakby ktoś mocno uderzył nas w potylicę i nie do końca zdajemy sobie sprawę co się właśnie stało. Tak bardzo łaknęliśmy jakiegokolwiek piłkarskiego sukcesu, po serii kompromitacji w europejskich pucharach. W lecie rozstawiał nas po kątach kto chciał i gdzie chciał. Zbieraliśmy oklep od holenderskiego przeciętniaka, mistrza Kazachstanu, mistrza Mołdawii i kilku innych potęg… Można było odnieść wrażenie, że kisząc się w polskiej ekstraklasie, straciliśmy kontakt z poważnym futbolem na tyle, że inną dyscyplinę uprawiają już nie tylko Hiszpanie, Anglicy, Niemcy, Francuzi i Włosi, ale wśród tytanów naszych boisk, drżenie łydek wywoła nawet starcie z zespołem greckich poławiaczy małż. W dodatku od początku sezonu, od oglądania meczów rodzimej ekstraklasy krwawią oczy.
Stąd wszystkie nasze nadzieje skierowaliśmy w stronę narodowej kadry, która w ostatnich miesiącach dostarcza nam niemal wyłącznie pozytywnych wrażeń.

Ale czy nadzieje były uzasadnione w jakiś racjonalny sposób?

Problemy, problemy, problemy.

Swój optymizm w dużej mierze budowaliśmy na dwóch świetnych meczach z zespołem Rumunii. Zespołem, który w tych eliminacjach wygrywał tylko z Armenią. Ponadto mieliśmy sporo dobrych i słabszych momentów. Generalnie graliśmy w kratkę, ale w decydujących chwilach potrafiliśmy pokazać charakter i przechylać szalę na naszą korzyść. Jednak nie da się ukryć, że jesteśmy w sytuacji pewnych personalnych problemów, które musiały przełożyć się na sposób gry. Przyjęło się mówić, że niektórzy zawodnicy w tej kadrze wchodzą na wyższy poziom, nawet mimo słabej gry w klubie. I tak w istocie do pewnego czasu było. Ale koniec końców przychodzi moment, gdzie wypada mieć choćby bazę fizyczno-mentalną, która pozwoli na to krótkie wspięcie szczebel wyżej. Wydaje się, że w kilku przypadkach brakuje już choćby tej bazy wyjściowej.
Łukasz Piszczek i Kamil Glik błyszczą w klubach, ale wczoraj jeden musiał zejść przedwcześnie, a drugi nie potrafił zapanować nad chaosem, który wytworzył się w naszej obronie. Musiał wykonywać tyle pracy za innych, że sam popełniał masę błędów. Michał Pazdan zdaje się w ostatnim czasie myśleć o transferze, który nie doszedł do skutku. Jest kompletnie rozregulowany i niektóre jego zachowania zdradzają głęboką frustrację. Artur Jędrzejczyk zaprezentował się tak jak w ostatnich miesiącach w Legii. Spóźniony, nie czujący odległości, źle oceniający lot piłki, przegrywający niemal wszystkie pojedynki. Znamienna była sytuacja, kiedy odbił się od jednego z duńskich napastników jak Tico od Jelcza.
W pomocy trójce gladiatorów przeciwstawiliśmy Mączyńskiego, który ostatnio rozgrywa i porusza się w tempie mocno rekreacyjnym, Linettego, który na dobrą sprawę w żadnym poważnym meczu kadry jeszcze się nie sprawdził, oraz Zielińskiego, w którym pokładaliśmy wielkie nadzieje. Ale pomocnik Napoli był umiejętnie neutralizowany. Nie zafunkcjonował cały zespół, więc nie funkcjonował też środek pola. Nie był w stanie powstrzymać silnego przeciwnika, ani wspomóc w ataku. Kamil Grosicki jeszcze 20 godzin przed meczem wyczekiwał na telefon z informacją o transferze do Premier League, a w dniu meczu pojawiła się opcja Betisu Sevilla. Został jednak w Hull, ku swojemu rozczarowaniu. O czym zapewne dowiedział się ostatecznie kilka godzin przed meczem. Czy w takich warunkach można mentalnie przygotować się do tak trudnego spotkania? Jakub Błaszczykowski od 19 sierpnia leczył kontuzję i wykurował się dopiero na zgrupowanie. Oczywiście o dyspozycję Roberta Lewandowskiego martwić się nie musieliśmy, ale było oczywiste, że potrzebuje dużo wsparcia.

Niektórzy „eksperci” zdawali się za bardzo zawierzać rankingom i można było dostać mdłości słuchając po raz wtóry o 5 miejscu na świecie. Na szczęście trzeźwy osąd zachował nasz kapitan. Lewandowski stwierdził, że w tej chwili nie jesteśmy piątą drużyną świata. Ba, w tej chwili jesteśmy drużyną słabszą niż Dania. Racjonalne podejście do własnych obecnych możliwości może cieszyć, bo jak mówi prawo Murphy’ego: „Jeśli wydaje ci się, że wszystko idzie dobrze, to znaczy, że nie masz pojęcia, co się naprawdę dzieje.”

Dobre… 5 minut.

Wszystko co dobre w tym meczu miało miejsce w pierwszych 5 minutach. Choć Dania groźnie zaatakowała i Delaney potężnie uderzał z dystansu, to my próbowaliśmy się odgryźć. Kilka razy fajnie wychodziliśmy spod pressingu, grając szybko, z pierwszej piłki. Co ważne – kończyliśmy akcje strzałami. Szybko jednak Dania nas stłamsiła i narzuciła swój styl, totalnie dominując już do samego końca meczu. I wcale nie potrzebowała do tego wyrafinowanych środków. Przyjęli prosty sposób gry – długie piłki na silnych i wysokich: Jorgensena i Corneliusa. Ci zgrywali piłkę do podłączających się pomocników i raz po raz robiło się gorąco pod polską bramką. W dodatku popełnialiśmy potworne błędy, a Dania była w swych działaniach do bólu skuteczna. Rywal z niezwykłą starannością i skutecznością wykonywał szereg drobnych czynności, które składały się na efektywną grę. My mieliśmy problem z absolutnym piłkarskim abecadłem.
Graliśmy ślamazarnie, schematycznie, niedokładnie. Nie pomagaliśmy sobie ani w ataku ani w obronie. Wróciły koszmary, o których niemal zapomnieliśmy. Tak beznadziejnego występu biało-czerwonych nie spodziewał się chyba nikt.

Krychowiak niezbędny.

Na szczęście nikomu do głowy nie przyszło szukać po meczu wymówek w stylu Michała Kucharczyka i żalu o „pracy w weekend”, ani nikt nie zaproponował dziennikarzom aby sami wyszli na boisko jak są tacy mądrzy. Nikt też nie palnął, że gdybyśmy wygrali 3:0 to nie byłoby pytań o słabą grę. A przecież takimi kwiatkami raczyli nas rodzimi kopacze po kolejnych pucharowych klęskach. Widać, że sami piłkarze są jak zbici po tej porażce i dalsze ich biczowanie nie ma wielkiego sensu. Zdają sobie sprawę, że zawiedli kibiców, ale przede wszystkim zawiedli samych siebie. Są źli i świadomi własnych błędów. To na czym trzeba się skupić to konstruktywne wnioski.

Być może jednym z nich powinno być odejście od zbytniego przywiązania do nazwisk? Trudno się dziwić, że Nawałka postawił po raz kolejny na tych samych zawodników, mimo tego, że wielu z nich jest pod formą. Wszak w momentach próby nigdy go nie zawiedli. Jednak okazuje się, że ten sposób nie działa w każdych warunkach. Warto więc mieć w zanadrzu więcej opcji awaryjnych. Choć zdajmy sobie sprawę również z tego, że polska piłka nie obdarzyła selekcjonera szerokim polem wyboru.

W kontekście przyszłych spotkań najlepsza wiadomość nadeszła przed paroma dniami z Anglii. Grzegorz Krychowiak postanowił jednak porzucić rolę sowicie opłacanego turysty i pograć jeszcze trochę w piłkę. W West Bromwich Albion ma szansę stać się pupilkiem Tony’ego Pulisa i ulubieńcem trybun. Trup, którego udało się ukryć w meczu z Rumunią, wypłynął na powierzchnię w Kopenhadze. Środek pola bez Krychowiaka w formie, w starciu z poważnym rywalem NIE ISTNIEJE. W modelu gry przyjętym przez Adama Nawałkę, zawodnik na pozycji numer 6, jest kluczowym ogniwem. A jeśli do tego jest zawodnikiem o charakterystyce Krychowiaka, można wokół niego tworzyć mechanizmy funkcjonujące w defensywie i ofensywie. Były zawodnik PSG, będący w szczytowej formie spełnia de facto rolę dwóch zawodników na boisku. Kiedy go zabrakło, jego rolę pełnić musieli do spółki Linetty z Mączyńskim i robili to katastrofalnie. Mając w środku wybieganego i będącego w rytmie meczowym Krychowiaka, możemy poświęcić kolejnego zawodnika w środku pola dla zadań ofensywnych. Stąd m.in. możliwość grania z Milikiem obok Lewandowskiego, albo Zielińskim podwieszonym pod Lewego. Zieliński grający głęboko w środku pola, w kadrze traci swoje walory, bo odpowiedniego wsparcia nie dają mu pozostali pomocnicy. Zamknięty gdzieś przy kole środkowym zostaje łatwo stłamszony. Owszem, w Napoli również gra na pozycji nr 8. Nierzadko blisko własnego pola karnego. Ale tam ma innych partnerów do gry. Odpowiedzialność rozkłada się po równo, a i uwaga przeciwnika skoncentrowana musi być na większej ilości zawodników, stąd większa swoboda w grze młodego pomocnika. Zwróćmy też uwagę ile opcji do zagrania piłki ma w Napoli, a ile linii podań tworzyli mu partnerzy wczoraj w stolicy Danii.

Teraz rehabilitacja.

W poniedziałek szansa do błyskawicznej rehabilitacji – mecz z Kazachstanem. A potem Armenia i Czarnogóra. Do mistrzostw świata droga wciąż otwarta i drzwi dość szeroko uchylone. Potknięcie przytrafiło nam się w momencie, gdy mamy margines błędu, sytuację w grupie dość bezpieczną i sporo czasu na wyciąganie wniosków oraz pracę przed przyszłorocznym czempionatem. Jednak fałszem byłoby stwierdzenie, że wczorajsza klęska była gromem z jasnego nieba. Sygnały o postępującej chorobie zauważalne były choćby w Kazachstanie, czy w meczu z Armenią. Pierwsze starcie z Danią również obnażyło wiele naszych niedostatków. Obraz zamazała dobra gra z beznadziejną Rumunią. W końcu czara goryczy się przelała…

Na koniec słowa Jose Saramago, które powinien wziąć sobie do serca każdy sportowiec i kibic:

„Porażka ma w sobie coś pozytywnego – nigdy nie jest ostateczna. Zwycięstwo ma natomiast coś negatywnego – nigdy nie jest ostateczne.”

 Fot.: Reuters, PA Sport

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*