Futbol smakuje najlepiej, gdy jesteśmy dziećmi

Futbol smakuje najlepiej, gdy jesteśmy dziećmi

Dzień Dziecka jest jest jednym z tych dni w roku, na które najmłodsi czekają ze szczególnym zniecierpliwieniem. Dla starszych jest fantastyczną okazją do wspomnień. Powspominajmy i my. Pomyślmy o tych pięknych latach, w których za naprawdę wybitnych piłkarzy płacono 30 mln dolarów, na boisku lokalnej drużyny ciężko było znaleźć kępki trawy w polu karnym, na przerwach w szkole oblegało się korytarze w pogoni za papierową piłką, a jednym z najlepszych źródeł informacji, ówczesnym internetem, była telegazeta. Ten tekst zdecydowanie najlepiej zrozumieją osoby urodzone na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, aczkolwiek zapewne każdy odnajdzie historie z przeszłości, dla których chętnie cofnąłby czas. Na czym polega dziecięca przewaga w postrzeganiu i rozumieniu piłki nożnej?

Miłość do piłki nożnej jest piękna, ale niezwykle trudna. Tak jak w uczuciu do kobiety, na początku związku nie dostrzega się jej wad. Każde dziecko widzi w niej same zalety. Futbolówka staje się obiektem, z którym ciężko rozstać się choćby na kilka minut, a piłkarze zza szklanego ekranu zyskują miano superbohaterów. Miałem niesamowite szczęście, że wychowałem się na ulicy żyjącej piłką dniami i nocami. W każdym miesiącu, niezależnie od pory roku, razem z bratem, siedmioma kolegami, jedną koleżanką i dzieciakami goszczącymi u sąsiadów rozgrywaliśmy setki ulicznych meczów. Mieliśmy fantastyczny, bardzo zbliżony przekrój wiekowy. Stała ekipa: 1x 88′, 3x 89′, 2x 90′, 1x 91′, 2x 92′, 1x 93′. Nasze boiska były ruchome, zależały głównie od humoru sąsiadów. Ulubiona miejscówka mieściła się przy domku letniskowym pana przyjeżdżającego co roku na całe wakacje, by odpocząć od zgiełku miasta. Jego posesję od ulicy oddzielał dorodny żywopłot. Bardzo często nas przepędzał. Podejrzewaliśmy, że przez to, że niszczymy mu zieleń. Obraziliśmy się, solidarnie przestaliśmy mówić mu dzień dobry. Pewnego dnia zabrał nas na rozmowę wychowawczą. Spokojnie wyjaśnił, że nie chce, byśmy grali pod jego domkiem, bo najzwyczajniej w świecie nienawidzi odgłosu odbijającej się o asfalt piłki. Rzucił, że po żywopłocie możemy nawet biegać, skakać, rwać z niego gałęzie, bo w gruncie rzeczy nie zależy mu na nim. Ponadto obiecał, że wybierze się do wójta i poprosi o działkę, na której moglibyśmy grać jak zawodowcy – na trawie, z bramkami, obrysowanymi liniami bocznymi i końcowymi. Po tych słowach bardzo urósł w naszych oczach, a dana obietnica rozbudzała nasze marzenia. Przy jego działce graliśmy tylko wtedy, gdy wracał do swojego rodzinnego domu lub wybrał się na dłuższe zakupy. Ze swojego słowa jednak się nie wywiązał. A może się wywiązał, a wójt się nie zgodził? Nigdy nie udało nam się tego dowiedzieć. Nadal do gry wystarczyły nam więc zaledwie cztery kamienie, robiące za słupki. Poprzeczki? Poprzeczki były tematem bardzo dyskusyjnym:

-Gol, przecież mogłeś dosięgnąć piłkę!
-Coooo? Przecież skakałem, a przeszła pół metra nad moją ręką!

Wyznacznikiem był więc zazwyczaj wzrost bramkarza. Tę pozycję obsadzić było najciężej. Tuż po ogłoszeniu składów każdy wyrywał się z krzykiem: ja nie bronię! Ja też nie! Ja też! By ostatni nie był poszkodowany, nie obraził się i nie poszedł do domu, z reguły ustalaliśmy, że bramkarz jest „lotny” lub wprowadzaliśmy zasadę „kto bliżej bramki”. Do tego święta reguła, trzy rogi = karny. Auty? Ale po co? Boisko na szerokość kończyło się tam, gdzie nie dało się już dobiec. Często dorzucaliśmy więc piłkę zza krzaka, spod drzewa, ze skarpy. W wakacje grywaliśmy tak od rana do wieczora, z przerwą na przymusowy obiad. Najgorszym momentem był ten, gdy zaczęło się ściemniać i mamy wzywały nas do domów. Po przedłużeniu meczu do granic wytrzymałości rodziców padało tylko: to jutro o dziewiątej, cześć. Nie mieliśmy telefonów ani internetu, a i tak zawsze wiedzieliśmy, kiedy wszyscy wyjdą na pole. Tak, na pole, dawna Galicja pozdrawia. Jeśli ktoś nie przyszedł na czas, trzeba było po niego podskoczyć. Wówczas znów dochodziło do pojedynku na refleks, który tym razem wynikał z dziecięcego wstydu przed dorosłymi: ja się nie pytam! Ja też nie! Ja też!

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że szukaliśmy wielu terenów, na którym moglibyśmy pograć, podczas gdy niespełna kilometr od naszych domostw znajdowało się pełnowymiarowe boisko. Ok, ale po co tam chodzić, skoro albo nie zbierzemy składów, by zagrać na duże bramki, albo będą starsi, a oni tak mocno kopią z całej pety, że ja nie podchodzę, by odbierać im piłkę. Tym bardziej nie bronię. Na mniejsze bramki nie dało się grać, bo przez większość naszego dzieciństwa ich nie było. A ustawiać cztery plecaki, by pograć? Bez sensu, już lepiej zostać, znaleźć cztery atrakcyjne kamienie i rozpocząć uliczny pojedynek. Ewentualnie pograć w siatkonogę, też na ulicy.
Na boisko chodziliśmy głównie tylko wtedy, gdy chcieliśmy pograć w szesnastki lub marynarza. Do tego i do tego potrzebne były słupki i poprzeczka. Czy wówczas grywaliśmy na pięknej murawie? Skądże. Boisko przez siedem dni w tygodniu było tak oblegane, że w jednym i drugim polu karnym ciężko było znaleźć trawę. W suche dni pod bramkami goła ziemia o powierzchni, strzelam, 90 m2, była twardsza niż asfalt. Obszar przy kropce wyznaczającej rzut karny przypominał Wielki Kanion Kolorado, oczywiście w odpowiedniej skali. Po deszczach natomiast wszystko zamieniało się w straszne błocisko. Tak źle i tak niedobrze. Ulica była więc najlepsza, zdecydowanie.

Zdjęcie z internetu, nasze boisko wyglądało znacznie gorzej.

Od października do lutego było trudniej. Dorastaliśmy w czasach, w których zimy były prawdziwymi zimami. Nieraz spadło tyle śniegu, że na kilka godzin byliśmy odcięci od świata, a samochody na kilka dni uwięzione pod masywnymi warstwami białego puchu. Głównym zajęciem było zatem śmiganie na nartach. Wkrótce głód piłki i tak się pojawiał. Na odśnieżonej przez pługi śnieżne ulicy graliśmy piłką-szmacianką. Było to dość niebezpieczne, bo twardy, ubity przez przejeżdżające samochody śnieg stawał się niesamowicie śliski. Kilka spektakularnych, bardzo bolesnych wywrotek zmuszało nas do zaprzestania gry. Szybko znajdowaliśmy alternatywę, jednak wymagała od nas kilku godzin solidnej pracy. Znajdowaliśmy najbardziej płaską łąkę, wymierzaliśmy na śniegu prostokąt, mający służyć za boisko, zakładaliśmy na nogi narty i przez kilka godzin ubijaliśmy na nim śnieg. Ależ się grało na takiej nawierzchni! Żaden upadek nie bolał, można było ćwiczyć przewrotki, nożyce, popisywać się ekwilibrystycznymi zagraniami. Ruchu nigdy nie było mało. W domu lepiliśmy piłki z papieru i grywaliśmy w pokoju. Jedną bramką była deska do prasowania, drugą przestrzeń pomiędzy biurkiem a szafą. Papierowe futbolówki robiły furorę również na szkolnych korytarzach.

Każdy człowiek jest stworzony do częstego poruszania się. Dzieci są tego najlepszym przykładem. Mogą praktycznie się nie zatrzymywać, nie odczuwają zmęczenia. Potem idą do szkoły i siedzą po pięć godzin dziennie. Wracają ze szkoły, siedzą nad zadaniami. Idą do gimnazjum, siedzą po sześć godzin dziennie. Ze znajomymi umawiają się na posiadówki. Potem szkoła ponadgimnazjalna, siedem godzin dziennego siedzenia. Studia, czasem i dziesięć godzin siedzenia. Praca, minimum 40 godzin w tygodniu na dupie. Jedziesz na wakacje, chcesz poznać nowe miejsca. Ale po co chodzić, zwiedzaj meleksem. Siedź. Po co gdzieś wychodzić w wolnym czasie, włącz komputer i zagraj w nową grę, film obejrzyj. Siedź. Rodzice zawsze mi powtarzali, bym się uczył, aby w przyszłości siedzieć wygodnie za biurkiem. Dziś pracuję za biurkiem. Nie zaprzeczę, jest całkiem wygodnie, ale miewam dni, w których czuję się jak 27-letni sześćdziesięciolatek. Kiedyś potrafiłem biegać za piłką po kilka godzin dziennie i nie czułem zmęczenia. Dziś pobiegam pół godziny i przez trzy dni trzymają mnie zakwasy. Chciałbym dzisiaj w ciągu całego tygodnia spalać tyle kalorii, ile za małolata paliłem w ciągu jednego dnia. Świat zabija w nas naszą naturę. Jedyną grupą, która przynajmniej do jakiegoś czasu nie jest narażona na przejęcie paskudnego nawyku zasiedzenia, są dzieci. No chyba że rodzice dla wygody na drugie urodziny wręczą im tableta.
Wróćmy na moją ulicę. Nasza miłość do piłki nie kończyła się na samej grze. Interesowaliśmy się nią na zabój. Brak internetu nieco utrudniał dostęp do świeżych informacji ze świata futbolu, jednak znajdowaliśmy na to sposób. Swoją drogą, nie narzeka się na brak czegoś, jeśli to coś nie było nigdy wcześniej codziennością. Często wcześnie rano, całkiem przypadkiem, bez wcześniejszego ustalania, spotykaliśmy się w sklepie przy dziale z prasą i kupowaliśmy po egzemplarzu Sportu. To właśnie katowickie wydawnictwo cieszyło się w naszym gronie największą popularnością. Dwie godziny później byliśmy już na ulicy i dyskutowaliśmy o wszystkim, co przeczytaliśmy. Kolejnym, potężnym źródłem informacji była telegazeta.

-Czytałeś na 241, że Andrzej Kubica może przejść do Podbeskidzia?
-A na 201, że Dudka chce Liverpool?

-Ile bramek ma już Czereszewski w tym sezonie?
-Sześć.
-Skąd wiesz?
-Czytałem na 217.

Aż ciarki przechodzą, gdy wspominam, ile godzin spędziło się przed telewizorem z wyciszonym głosem, włączoną telegazetą i czytaniem wszystkiego pomiędzy 201 a 241. Te emocje przy wynikach live na 820… Piękne czasy. Ligowe poczynania uzupełniały kultowe relacje Studia S-13 na antenach radiowej Jedynki.

Jak każde dziecko, każdy z nas miał swoją ulubioną drużynę. U nas większość podzieliła się na Real i Barcelonę. Byłem w tej pierwszej grupie. Na przełomie wieków panowała wielka moda na piłkarskie koszulki. Kiedy o jakiejś zamarzyłem, mój tata bardzo mądrze mi wytłumaczył, że posiadanie trykotu z nazwiskiem znanego piłkarze nie spowoduje, że zacznę lepiej grać w piłkę. Pojąłem. Jedyna jaką miałem, dzisiaj byłaby unikatem. Czarna Teka Realu, z „19” i Anelką na plecach. Bardzo się zezłościłem, gdy kilka dni po zakupie Francuz przeniósł się do Paris Saint-Germain.
Kilka lat temu znalazłem na strychu kartkę ze starego zeszytu z trzeciej klasy szkoły podstawowej. Prawdopodobnie musieliśmy opisać swoje największe marzenie.

Wracając do gazet, najbardziej czekaliśmy na rozmaite skarby kibica, zwłaszcza te z 1. ligi (dzisiejszej Ekstraklasy). W dniu ukazania się ich w sklepach, po zakupie przez długie godziny nie wychodziliśmy z domu. Trzeba było znakomicie zaznajomić się z ich treścią, by któryś z kolegów nie zagiął cię informacją, której przez przypadek nie doczytałeś. Pamiętam, że przed startem sezonu 2003/04 razem z bratem szukaliśmy w skarbie kibica piłkarza z najlepszą fryzurą. Wybraliśmy dwóch zawodników i razem z gazetą poszliśmy do fryzjera. Zasiedliśmy kolejno na fotelu, pokazaliśmy zdjęcia i poprosiliśmy, by pani obcięła nas tak, jak wybrany przez nas zawodnik. Śmiało chwyciła za nożyce, minęło raptem 40 minut, zapłaciliśmy i z zadowoleniem opuściliśmy salon. Nasze fryzury były identyczne, w niczym nie przypominały tych, które wskazywaliśmy. Ale i tak żyliśmy w przeświadczeniu, że teraz nasze włosy są takie „piłkarskie”.
Dziecko zakochane w piłce nożnej nie chce nawet słyszeć niepochlebnych informacji na temat swojej ukochanej drużyny lub ulubionego piłkarza. Długo nie chciałem uwierzyć w to, że mecze mogą być ustawiane. We wspomnianym wcześniej sezonie 2003/04 o utrzymanie w 1. lidze zaciekle walczyły ekipy Widzewa Łódź, Górnika Polkowice i Świtu Nowy Dwór Mazowiecki. Wiosna w wykonaniu Świtu, prowadzonego przez Janusza Wójcika, była niezwykle szalona. Drużyna nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki, zaczęła wygrywać. Mocno wierzyłem, że to efekty solidnej pracy trenera i walczących zawodników. W 21. kolejce mierzyła się w Płocku z Wisłą, zajmującą bezpieczną lokatę w tabeli. Dwie bramki Ireneusza Jelenia zapewniły gospodarzom zwycięstwo 2:0. W poniedziałek, po zakończeniu kolejki, kupiłem Sport. Na pierwszej stronie znajdowało się zdjęcie Jelenia i duży, pogrubiony nagłówek: „A JEDNAK! NIE SPRZEDALI!”. Zastanawiałem się, co oni za głupoty wypisują, przecież to niemożliwe, by sprawa utrzymania nie rozgrywała się w ferworze sportowej walki.
W tej niewątpliwej ślepocie również przejawia się przewaga dziecięcej miłości do futbolu nad miłością bardziej dojrzałą. Dziecko widzi tylko boisko i 22 zawodników. Czeka, co zaprezentują, zastanawia się nad przebiegiem meczu, typuje zwycięzcę. Nic poza tym. Można powiedzieć, że w samej piłce dostrzega tylko i wyłącznie czysty futbol. My natomiast kalkulujemy, dorabiamy miliony niestworzonych historii, martwimy się na zapas. Drużynę przejął nowy trener? Lipa, przecież w poprzednich klubach jego średnia na mecz to tylko 1,57 punktu. Spotkanie poprowadzi Szymon Marciniak? Tragedia, on zawsze sędziuje pod Legię! Nowy zawodnik w wyjściowym składzie? Widziałem go raz w rezerwach, nic z niego nie będzie. Słabszy występ jednego z zawodników? Trener, posadź na ławce tego patafiana! Mecz o 15:30? Na pewno przegrają, oni nie potrafią grać na słońcu. Szymański? Jak ma być dobrym zawodnikiem, jak on ze 40 kg waży? Neuer w bramce Niemców na mundial? Nie wróżę sukcesu. Dzieci nie mają takich problemów. Ich interesuje wynik, sposób, w jaki padną bramki i triki zaprezentowane przez idoli.

Na mecze zacząłem jeździć regularnie jako niespełna 13-latek. Dziś znacznie lepiej pamiętam gole i fragmenty spotkań sprzed piętnastu lat niż ze spotkania, na którym byłem kilka tygodni temu. Dla przykładu, mogę ze spokojem odtworzyć z pamięci wszystkie gole, jakie padły w październiku 2003 roku w meczu Podbeskidzia Bielsko-Biała z Zagłębiem Lubin (4:2), a nie kojarzę już bramki, jaką zdobył Mateusz Wieteska w marcowym starciu z Miedziowymi. Przyznaję, musiałem sobie wygooglować, że w ogóle strzelił gola. Tłumaczę to sobie na kilka sposobów. Kiedyś byłem bardzo napalony na każdy wyjazd na mecz. W piątek wieczorem odrabiałem wszystkie zadania domowe zadane na poniedziałek, by w sobotę skupić się jedynie na widowisku. Podekscytowany wstawałem rano i na wszelkie możliwe sposoby zabijałem czas do wyjścia z domu. Zazwyczaj jeździłem do Bielska-Białej na Podbeskidzie. Na stadionie potrafiłem być sam jak palec trzy godziny przed meczem tylko po to, by tam być i czuć zapach trybun i murawy. Wtedy czas mijał szybciej. Przyspieszał jeszcze bardziej, gdy sędzia nakazał rozpocząć mecz. Mój wzrok był skupiony tylko na boisku. Nie miałem jeszcze skutecznego rozpraszacza w postaci telefonu komórkowego. Dziś jeżdżę na 50-60 spotkań w sezonie, wyjazdy stały się dla mnie swego rodzaju codziennością. Nieraz zjawię się równo z gwizdkiem, bo nie mam czasu, by wyjechać wcześniej. Często zupełnie bezsensownie zerkam w ekran mojego Sony Ericssona, na bieżąco sprawdzam Twittera i inne zbędne w tym czasie portale. Nie skupiam się wyłącznie na tym, co dzieje się tu i teraz. Półtora dekady temu wiedziałem, że jeśli przegapię jakiegoś gola, to prawdopodobnie już nigdy go nie zobaczę, bo żadna telewizja nie transmituje danego pojedynku. Obecnie nie ma takiego problemu, dwie minuty po bramce powtórka hula po internecie. Nagrywane są nawet niektóre mecze A-klasy. Jak dobrze skupię się na spotkaniu, staram się później nie oglądać powtórek, chyba, że chcę coś przeanalizować. Z prostego powodu. Wolę zapis z mojej głowy, niż zapis z .mp4 lub .mov. Zastanówcie się nad jedną rzeczą. Nie wiem, czy jest to w jakikolwiek sposób udowodnione naukowo, ale kiedyś wysunąłem sam sobie pewną tezę. Dzielę się nią z ludźmi i przyznają mi rację niemal w 100%. Kiedy jesteście na wakacjach, robicie setki zdjęć. Czasem tysiące zdjęć. Wracacie do domu i tak naprawdę dopiero wtedy rozpoczynacie zwiedzanie. Przeglądacie fotografie co najmniej kilka razy, Wasz mózg wypiera wówczas wspomnienia zapisane w głowie i zapisuje widokami z .jpg. Pomyślcie o miejscu w którym byliście rok temu. Jakie obrazy pojawiają się w Waszej głowie jako pierwsze? Niech zgadnę, te z fotek? Właśnie dlatego nigdy nie odpaliłem powtórek z meczu Polska – Belgia, tego z 2007 roku, dającego nam historyczny awans na Mistrzostwa Europy. Dwie bramki Ebiego Smolarka wolę pamiętać z perspektywy trybun Stadionu Śląskiego, nie z TV. I rzecz jasna pamiętam je znacznie lepiej niż choćby gole z zeszłorocznego starcia z Czarnogórą.

fot. sport.tvp.pl

Często powtarza się durny frazes, że dzieci i ryby głosu nie mają. Ryby, bo tak zostały stworzone, a dzieci, bo mało wiedzą o życiu. Często niewiedza jest o wiele lepsza od wiedzy. Piłka nożna jest dyscypliną sportu, którą wielu próbowało wyjaśniać w sposób naukowy. Doskonale wiemy, że jest to niemożliwe. Dziecięca fantazja, intuicja, a czasem wręcz nieracjonalne myślenie potrafią opisywać, przeżywać i pojmować futbol w sposób niedostępny dla dorosłego człowieka. W meczu piłkarskim 10-latków często można dostrzec znacznie więcej emocji niż w niejednym finale Mistrzostw Świata. Dzieciaki maja w sobie niezliczone pokłady pasji, werwy i wkładają całe serce i myśli w to, co robią. I przede wszystkim mają marzenia. Każde z nich marzy o tym, by w przyszłości wyjść na murawę stadionu przy sztucznym oświetleniu, z tysiącami kibiców na trybunach i dać kolejnym pokoleniom małolatów powody do bezgranicznego zakochania się w piłce nożnej. Do zakochania się w taki sposób, jak każdy z nas 5, 15, 20, 35, 50, 65 lat temu.

fot. wyr. @cyfrasport

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*