Gdy emocje już opadną… Na chłodno o finale Pucharu Polski.

Gdy emocje już opadną… Na chłodno o finale Pucharu Polski.

Arka Gdynia zdobywcą piłkarskiego Pucharu Polski. Po pokonaniu w finale Lecha Poznań Gdynianie drugi raz w swojej historii wznieśli ku niebu trofeum, które zapewni im udział w europejskich pucharach w następnym sezonie. Jak to się stało, że drużyna skazywana na pożarcie wyszarpała zwycięstwo w meczu z faworytem? Jaka otoczka towarzyszyła spotkaniu na Stadionie Narodowym?

Zespół walczący o Mistrzostwo Polski vs zespół broniący się przed spadkiem do I ligi. Klub z olbrzymimi aspiracjami, z wysokim budżetem, wychowankami wycenianymi na kilka milionów euro vs klub, któremu w oczy zagląda widmo spadku, z jednym z najniższych budżetów w lidze, wąską kadrą bez wielkich nazwisk. Rzućmy okiem na ekstraklasową tabelę rundy wiosennej:

90minut.pl

Dodajmy do tego drogę, którą każda z drużyn musiała przejść, by zameldować się we wtorek w Warszawie:

Droga Lecha Poznań do finału:
Podbeskidzie Bielsko-Biała (3-0)
Ruch Chorzów (3-0)
Wisła Kraków (1-1, 4-2)
Pogoń Szczecin (3-0, 1-0)

Droga Arki Gdynia do finału:
Rominta Gołdap (4-1)
Olimpia Zambrów (1-0)
KSZO Ostrowiec Świętokrzyski (2-1)
Bytovia Bytów (1-2, 1-0)
Wigry Suwałki (3-0, 2-4)

Faworyt do zdobycia Pucharu Polski mógł być tylko jeden – poznański Lech. Tuż przed rozpoczęciem meczu spiker Arki Gdynia zwrócił się jednak do swoich kibiców: „Żółta falo, która przypłynęła z Gdyni do Warszawy… Każdy z was ma na sobie koszulkę z napisem FINAŁ JEST NASZ! Życzę nam wszystkim, aby po spotkaniu móc zakładać koszulkę z hasłem PUCHAR JEST NASZ!”.

Niewielka część kibiców zgromadzonych na PGE Narodowym wzięła sobie na poważnie jego słowa. Arkowcy, w przeciwieństwie do fanatyków Lecha, nie wykorzystali pełnej puli biletów, która im przysługiwała. Również na neutralnych sektorach znacznie częściej można było trafić na Lechitów.

Wejściu piłkarzy na boisko towarzyszyły dwie efektowne kartoniady:

Kibice Arki dopieścili swoją prezentację solidnym pokazem pirotechnicznym.

Przenieśmy się na boisko. Przyjezdni z Wielkopolski od pierwszej minuty rzucili się do ataków. Raz po raz przedzierali się przez bardzo nieszczelne zasieki obronne rywala. Piłkarze Leszka Ojrzyńskiego nie potrafili poradzić sobie z wysokim pressingiem kolektywnym Kolejorza. W rolę playmakera wcielił się Radosław Majewski. Żółto-niebiescy nie potrafili znaleźć na niego sposobu. Z perspektywy Poznaniaków wszystko dobrze wyglądało do momentu przedostania się w pole karne. W szesnastce Arki brakowało wyjścia na pozycję, dokładnego dogrania, właściwego rozwiązania. Kiedy już znajdowali się w klarownej sytuacji do „napoczęcia” przeciwnika, na ich drodze stawał znakomicie dysponowany Šteinbors. Łotewski bramkarz, niesamowicie wyśmiewany po kiksie w rewanżowym starciu półfinałowym z Wigrami, w finale odpokutował swoje winy. W pierwszej połowie wtorkowego starcia przytrzymywał Arkę przy życiu.

Druga połowa rozpoczęła się od czwartej tego dnia prezentacji ultras kibiców z Gdyni. Race w sektorze fanatyków Arki płonęły co 15 minut. W okolicach 55. minuty w ich rękach pojawiły się setki żółto-niebieskich flag na kijach.

W tym czasie dobiegał końca kolejny kwadrans, więc nie mogło zabraknąć takiego dopełnienia:

Całe szczęście, że na trybunach trwał pojedynek wokalny między dwiema zaprzyjaźnionymi ekipami oraz festiwal ultras, bo w drugiej części meczu z murawy ewidentnie wiało nudą. Na dobrą sprawę obserwowaliśmy zaledwie jedną dogodną sytuację podbramkową. Tuż przed końcem spotkania prawą stroną urwał się wprowadzony chwilę wcześniej Makuszewski. Skrzydłowy Lecha wpadł w pole karne, uniósł głowę do góry i dojrzał wbiegającego Majewskiego, którego obsłużył dokładnym podaniem. Majewski miał tyle czasu i miejsca, że spokojnie przełożył sobie piłkę i mógł zapytać Šteinborsa z której części bramki chce wyciągać ją z siatki. Tymczasem w niewytłumaczalny sposób posłał ją obok zewnętrznej części słupka. Po kilku minutach sędzia Musiał zakończył mecz i zaprosił piłkarzy na dogrywkę.

Kilkanaście sekund przed sytuacją Majewskiego pierwszy i, jak się później okazało, ostatni raz tego dnia w sektorze kibiców Kolejorza zapłonęły race.

Skromny jak na ich możliwości pokaz spowodowany był solidnym sprawdzeniem przez policję samochodu, w którym Lechici przewozili pirotechnikę. Zarekwirowanych zostało około 1000 rac.

Przed rozpoczęciem dogrywki zawodnicy i cały sztab Arki spotkali się w wielkim kręgu, by wzajemnie się zmobilizować. Na pytanie Kto wygra mecz? odpowiedzieli tak głośno, że usłyszałem ich bardzo dokładnie, pomimo tego, że siedziałem kilka pięter wyżej.

Pierwsza część dodatkowego czasu gry była taka jak druga połowa meczu – beznadziejnie nudna. Wydawało mi się, że dla mnie, bezstronnego pasjonata piłki, któremu nie zależało na zwycięstwie jednej czy drugiej drużyny, najlepszym zwieńczeniem tego dnia będzie konkurs rzutów karnych. Piłka zapisała jednak znacznie lepszy scenariusz. Ostatnie 15 minut zdecydowanie zrekompensowały wcześniejszy, niemal dwugodzinny senny spektakl. W 107′ Marciniak posłał piłkę z lewej strony boiska na 6. metr przed bramką Buricia. Siemaszko sprytnym balansem ciała zmylił Nielsena, a następnie umieścił piłkę w siatce po strzale głową. Gol obciąża konto bramkarza Lecha, który interweniował w tak nienaturalny sposób, jakby był z ołowiu.

Poznaniacy od razu rzucili się do odrabiania strat, za co chwilę później słono zapłacili. Kolejny superrezerwowy Arki, Luka Zarandia, popisał się 70-metrowym rajdem, mijając po drodze Trałkę i Bednarka, i pewnym strzałem podwyższył na 2-0.

W tym momencie pozwolę sobie przytoczyć rozmowę live na liniach FootballArt.pl:

Rzeczywiście nie mógł. Kolejorza stać było tylko na jedną bramkę, strzeloną przez Trałkę po dośrodkowaniu Răduţa z rzutu rożnego. Po 38 latach PUCHAR POLSKI WRÓCIŁ DO GDYNI!

Na koniec o samej otoczce meczu. Był to pierwszy finał Pucharu Polski, na którym miałem okazję zjawić się osobiście. Wcześniej kilka razy gościłem na Stadionie Narodowym podczas meczów Reprezentacji. Z całym szacunkiem dla naszych ligowców, ale to właśnie wtedy, gdy po murawie biegali tacy piłkarze jak Sobieraj, Siemaszko, Gajos, Jevtić, Łukasiewicz, a nie Lewandowski, Piszczek, Schmeichel, Keane, O’Shea czuć było, że bierze się udział w czymś naprawdę ważnym. Doping kibiców Lecha i Arki, znakomite oprawy i mnóstwo osób, które kochają piłkę i swoją drużynę, a nie bieżące wyniki, sprawiło, że mimo niezbyt porywającego meczu z wielkim spełnieniem opuszczałem trybuny.

Gdy wychodzę ze stadionu po spotkaniach Kadry, czuję dumę ze zwycięstwa, dobrej gry naszych zawodników, ale także wielki niedosyt, bo na trybunach znowu doświadczyłem aury wielkiej stypy. Marzę o czasach, by na meczach Kadry panowała atmosfera choć w 10% taka jak we wtorek na finale. Moje marzenia nie są zbyt wygórowane, usłyszałem bowiem od znajomych, że w porównaniu do ostatnich lat klimat finału był i tak niezbyt szczególny.

Comments

comments

Comments are closed.