Hat-trick Janusza Wójcika

Hat-trick Janusza Wójcika

Dziś przed południem, w wieku 64 lat, zmarł były trener reprezentacji Polski, Janusz Wójcik. Kibice, jego byli podopieczni oraz współpracownicy zapamiętają go jako bardzo barwną postać naszej piłki nożnej. Poniżej przedstawiamy fragmenty książek: Wójt – Jedziemy z frajerami, Kowal – Prawdziwa historia, oraz Szamo – Wszystko, co wiedziałbyś o piłce nożnej, gdyby cię nie oszukiwano, które potwierdzają powyższą tezę.

G. Szamotulski, K. Stanowski – Szamo. Wszystko, co wiedziałbyś o piłce nożnej, gdyby cię nie oszukiwano.

Grałem w PAOK-u Saloniki – a raczej już nie grałem – kiedy zadzwonił „Wujo”.
– Misiu, bramkarza potrzebuję. Takiego jak ty – powiedział.
– Trenerze, jestem!
Szybko doszliśmy do porozumienia. Już nie pamiętam, czy Wójcik zaproponował mi 220 tysięcy, czy 180 tysięcy złotych za rozegranie tylko jednej rundy. Coś koło tego, przyjmijmy, że chodziło o 220 tysięcy. To były pieniądze, jakich wówczas w polskiej lidze raczej się nie płaciło, a już na pewno nie bramkarzom. Zachęcony takimi warunkami, przyleciałem do Polski w celu podpisania kontraktu.
– Pójdziemy do prezesa Cymanka. Ty, misiu, siedzisz cicho jak mysz pod miotłą, grzecznie się prezesowi kłaniasz i nawet nie otwierasz na moment tej swojej niewyparzonej gęby. Ja załatwiam wszystko. Oczywiście, umówiliśmy się na dwieście dwadzieścia tysięcy, więc załatwione, tyle właśnie dostaniesz.
– W porządku.
Janusz Cymanek był prezesem Śląska. Dość młody, troszkę taki grubawy, z poczciwą twarzą. Weszliśmy do jego gabinetu, ja i Wójcik. Po jakichś gadkach szmatkach o tym, jak minął lot i co tam w Grecji słychać, przeszliśmy wreszcie do rzeczy. Cymanek zapytał:
– Panie Grzegorzu, ile chciałby pan zarabiać?
Siedziałem na krześle zrelaksowany, traktowałem tę rozmowę jako zwykłą formalność. Nie przeczuwając najmniejszych kłopotów, odpowiedziałem:
– Dwieście dwadzieścia tysięcy za tę rundę.
– Ile, kurwa?! Ile?! – krzyknął nagle Wójcik i jak oparzony zerwał się na równe nogi, jednocześnie trącając mnie ręką.
Tego się nie spodziewałem. Mogło się zdarzyć wszystko, ale nie to. Jak rzadko kiedy zapomniałem języka w gębie. Wójcik był cały czerwony ze złości.
– Kim ty myślisz, że jesteś, gnoju? – warknął. – Popierdoliło cię! Nie chcę cię widzieć na oczy!
– Ale… – próbowałem coś wykrztusić. W głowie pytałem sam siebie: „O co chodzi? Przecież postępuję z nakreślonym wcześniej planem. Zrobiłem dokładnie to, czego chciał. W czym rzecz? Dlaczego on się tak drze?”.
– Nie ma żadnego ale! Tobie się wydaje, że co? Że ty Oliver Kahn? Prezesie, oto pieprzony Oliver Kahn z Polski! Dwieście dwadzieścia tysięcy? Tobie dać dwa tysiące to by było dużo! Ty durniu, wyjdź natychmiast! – Wójcik aż się trząsł z nerwów, a ja byłem kompletnie skołowany.
Przecież ten facet dopiero co ustalił ze mną stawkę, którą podałem, a teraz obraża mnie przy prezesie klubu. Gdyby nie to, że całkowicie mnie zaskoczył, pewnie bym go zdzielił. Jednak nie byłem w stanie nawet pisnąć. Mój mózg nie nadążał z analizowaniem zmian sytuacji.
– Prezesie, ja z nim porozmawiam na osobności – wypalił Wójcik i wyszliśmy na korytarz. Ledwo drzwi się zamknęły, a „Wójt” momentalnie się uspokoił, jego twarz znowu nabrała normalnych kolorów. Szepnął mi do ucha:
– Słuchaj, misiu, wejdziemy jeszcze raz. Znowu podasz tę samą sumę, ja znowu zrobię teatrzyk, trochę się wkurwię, ale później tego cielaczka przekonam.
Jak obiecał, tak zrobił.
Minutę później Cymanek spytał:
– To jak panie Grzegorzu? Namyślił się pan?
– Dwieście dwadzieścia tysięcy, to jest moja stawka – odparłem, chociaż już chyba nie brzmiałem jak człowiek, który wie, co mówi.
– No, kurwa, nie wierzę! Nie wierzę! On dalej swoje! – Wójcik zaczął lamentować. – Mam tego serdecznie dość! Albo tego gnoja wywalamy za drzwi, albo go bierzemy, nie będę z tym idiotą negocjował! Tylko kogo, jak nie jego? Kogo weźmiemy? Potrzebujemy dobrego bramkarza. Prezesie, ma pan propozycję? – Ton Wójcika robił się coraz spokojniejszy.
Cymanek żadnej propozycji jednak nie miał, sceny rozgrywające się w tym gabinecie chyba przerastały także jego.
„Wójt” nabrał powietrza w płuca i zrezygnowany powiedział:
– Chuj, prezesie. Dobra, dajmy mu. Niech ma, dobry jest.
I tak zostałem zawodnikiem Śląska Wrocław.

W. Kowalczyk, K. Stanowski – Kowal. Prawdziwa historia.

Wójcik lubił piłkarzy niepokornych, takich, którzy mieli własne zdanie. Grzesiu Wędzyński, co bał się trenerowi w oczy spojrzeć, nie miał czego szukać w pierwszym składzie. A ze mną było inaczej. Jednego dnia odbywaliśmy trening strzelecki.
– Kowal!!! Na siłę!!! Laga!!! Armata!!! – wrzeszczy Wójcik.
Podbiegam do piłki, pyk technicznie i gol.
– Kowal!!! Miało być na siłę!!! Lagaaaaaa!!!! – wrzeszczy znowu.
Znowu podbiegłem do piłki, znowu pyk technicznie i gol.
– Kowal!!!! Bomba!!! Petarda!!! – słyszę.
A ja swoje – pyk technicznie i bramka.
– Kuuuurwaaa, Kowal!!! Napierdalaj!!! – trener nie zmienia śpiewki. Tego było za wiele.
– Jest, kurwa, gol, czy do nie ma? Wpadło czy nie?! – zapytałem zdenerwowany.
– Ale ty masz napierdalać! – wścieka się Wójcik.

J. Wójcik, P. Ofiara – Wójt. Jedziemy z frajerami.

Kiedy Franciszek Smuda został trenerem reprezentacji, wydawało mi się, że podoła temu zadaniu, że wprowadzi kadrę na wyższy poziom. Strasznie się jednak przeliczyłem.
Pamiętam, jak przed rozpoczęciem mistrzostw Europy pojechałem do hotelu Hyatt, gdzie rezydowały chłopaki z kadry. Było to w przeddzień meczu otwarcia z Grecją. Siedliśmy z Frankiem i spokojnie porozmawialiśmy. Smuda aż się trząsł, taki był zestresowany.
– Czym ty się denerwujesz, Franuś? Przecież oni to wszystko czują! Co ty taki roztrzęsiony? – pytałem. – Oni jutro mają wyjść na boisko, opierdolić tych Greków i pogonić ich na pastwisko, a ty trzęsiesz gaciami!
Milczał, więc kontynuowałem.
– Idź na górę, do pokoju, walnij ze trzy sety i popij piwkiem. Rozluźnij się. Bo piłkarze widzą, że jesteś posrany.
– Boję się pić, bo zaraz mi zrobią zdjęcie i puszczą do gazet – bronił się.
– Franek, chuj z gazetami. Idź i się napij. Bo będzie dupa z tego wszystkiego.
– Janusz, zapraszam cię po meczu. Przyjedź, pogadamy, wypijemy.
– Ty masz złapać moc TERAZ, a nie po meczu! Widzę, że jesteś totalnie zesrany. Nie nadajesz się do prowadzenia drużyny – zakończyłem, a Smuda zawinął się i poszedł do pokoju.
[…]
Widziałem, że zespół jest rozbity i trudno mu będzie pokonać Greków. To się sprawdziło. Najpierw odbyła się stypa w Hyatcie, potem na Stadionie Narodowym. A później podczas całego tego nieszczęsnego „polskiego” Euro.

 

fot. wyr. gazetawroclawska.pl

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*