Jagiellonia Białystok, czyli ewolucja zamiast rewolucji

Jagiellonia Białystok, czyli ewolucja zamiast rewolucji

Maj 2013 roku – David Moyes, wieloletni menedżer Evertonu, zostaje następcą Alexa Fergusona i obejmuje posadę menedżera Manchesteru United. Wraz z nim na Old Trafford wędruje Manuel Fellaini, czyli jeden z kluczowych zawodników The Toffees. Kibice Manchesteru liczą na płynne przejście z ery Sir Alexa w erę Moyesa. Z kolei fani klubu z Liverpoolu z trwogą spoglądają w przyszłość i powątpiewają, czy nowy trener będzie w stanie dorównać swojemu zasłużonemu poprzednikowi. 

Rok później Moyes odchodzi w niesławie, jako ten, który doprowadził klub do 7 miejsca w lidze, czyli najgorszego rezultatu w historii jego występów w Premier League. Z kolei Roberto Martinez, który zastąpił Szkota w Evertonie, zajmuje 5 miejsce, co nie udało się od 6 lat, osiągając przy tym rekordową liczbę punktów i zwycięstw.

Maj 2017 roku. Jest już jasne, że po sezonie Michał Probierz opuści Jagiellonię Białystok. Zdobywając wicemistrzostwo osiągnął jeden z największych sukcesów w historii Jagi i niebywale wysoko zawiesił poprzeczkę swojemu następcy. Na Podlasiu rozpoczęto poszukiwania nowego trenera, jednak sytuacji nie ułatwiał fakt, że z klubem postanowili pożegnać się również Konstantin Vassiliev i Jacek Góralski, czyli mózg i płuca zespołu. Na giełdzie trenerskiej pojawiały się mniej lub bardziej oryginalne kandydatury, od Kosty Runjaicia po Gennaro Gattuso, który odrzucony przez Jagiellonię musiał zadowolić się posadą trenera AC Milanu. Narracja, jaka dominowała w mediach, mówiła o misji samobójczej kolejnego trenera Jagi. Potencjalny następca Probierza miał nie poradzić sobie po objęciu po nim schedy i błyskawicznie stracić posadę, jednocześnie czyniąc uszczerbek na swej reputacji. Wybór padł na Ireneusza Mamrota, obiecującego trenera, pracującego na drugim szczeblu rozgrywek w zespole z Głogowa.

Dzisiaj o tych troskach już nikt zdaje się nie pamiętać, bo nowy trener osiąga rewelacyjne rezultaty, a zespół gra atrakcyjną piłkę. Ale tak dobra postawa Jagiellonii jest możliwa z kilku powodów, z którego najważniejszym jest, iż nowy szkoleniowiec trafił do od lat rozsądnie zarządzanego i zdrowego środowiska.

Prezes

Początek progresu białostockiego klubu zbiegł się w czasie z pojawieniem się w klubie Cezarego Kuleszy. Charyzmatyczny biznesmen i były piłkarz pojawił się w klubie w styczniu 2008 roku. Początkowo pełnił funkcję doradcy do spraw sportowych, z czasem poszerzał swoje wpływy, aż w styczniu 2010 został prezesem zarządu w Jagiellonia SSA. Doskonale wie jak „robić” pieniądze poza boiskiem, a jego biznesowy zmysł sprawdza się również w futbolu. Różnie układały się relacje na linii prezes – trenerzy, jednak w jego poczynaniach można było dostrzec pewną konsekwencję i spojrzenie dalekosiężne, co nie jest cechą charakterystyczną dla większości włodarzy polskich klubów.

Trenerzy

Oto lista szkoleniowców, którzy pracowali w Jagiellonii w ostatnich 10 latach:

  • Michał Probierz,
  • Czesław Michniewicz,
  • Tomasz Hajto,
  • Piotr Stokowiec,
  • Michał Probierz,
  • Ireneusz Mamrot,

Młodzi, polscy trenerzy, uchodzący za zdolnych, będący na początku swej drogi. Wybierani dość rozsądnie, choć pewną skazą na zdroworozsądkowym obrazie Jagiellonii jest fakt, iż póki co tylko Michał Probierz zapracował na większy kredyt zaufania.

Szefowie klubu nie decydowali się na wyciąganie trenerów z czapy. Nie mieliśmy tu do czynienia z wynalazkami pokroju Adama Owena, czy Kiko Ramireza, a przecież patologia przy zatrudnianiu i zwalnianiu trenerów to w ekstraklasie chleb powszedni. Nie tak dawno przecież Wisła zatrudniła wspomnianego Ramireza. Wyciągnęła go z hiszpańskich odmętów i pozwoliła budować drużynę zorientowaną na grę szybkim atakiem. Pomóc miał mu w tym zaciąg zagranicznych zawodników. Z czasem okazało się, że przeciętny trener stworzył przeciętną drużynę, grającą przeciętny futbol, co nie przypadło do gustu krakowskim decydentom, oczekującym chyba, że nad Wisłę sprowadzili kolejnego Diego Simeone. Miejsce skądinąd sympatycznego szkoleniowca zajął trener, którego zespoły grają w zgoła odmienny sposób. Mianowicie ofensywnie, próbując zdominować posiadanie piłki. Wizja? Ciągłość? Spójność? Wolne żarty. Jedynym co łączy obu szkoleniowców jest fakt, iż posługują się tym samym językiem.

Ireneusz Mamrot, który zastąpił Michała Probierza, osiągał bardzo przyzwoite rezultaty w 1-ligowym Chrobrym Głogów. Ale przede wszystkim dał się poznać jako trener z wizją, ambicją, jasnym pomysłem na grę. A pomysł ten to dominacja, futbol na tak. Czyli postawa tak przeciwna kunktatorstwu spotykanemu w polskiej lidze nad wyraz często. Bo jak sam mów: „W kontrataku udział bierze trzech – czterech zawodników. Dostają piłkę po odbiorze i wykorzystują szybkość czy dynamikę. Problem robi się po stracie bramki. Wtedy trzeba odrabiać stratę. W ataku pozycyjnym zawodnik musi radzić sobie w tłoku, odpowiednio przyjąć piłkę, przewidywać, głowa więcej pracuje. Dzięki temu się rozwija.” (Źródło: Przegląd Sportowy)
Co równie istotne – nowy trener nie próbuje wejść w buty poprzednika, ale tworzy własny styl. Jego postawę można nazwać „cichą charyzmą”, bo nie potrzebuje szumu wokół siebie, podczas spotkań zachowuje spokój, a na konferencjach i podczas wywiadów skupia się na merytoryce, nie zaś personalnych wycieczkach czy snuciu intryg i odkrywaniu teorii spiskowych. Nawet jeśli finalnie w Jadze sukcesu nie osiągnie, już pokazał, że jest trenerem, w którego warto inwestować i szansa pracy w Białymstoku nie będzie jego ostatnią w ekstraklasie.

Finanse, finanse, finanse…

To, co w klubie ze stolicy Podlasia budzi największe uznanie, to kontrola nad finansami. Jak wynika z raportu „Ekstraklasa piłkarskiego biznesu 2017”, opublikowanego przez EY, Jagiellonia uzyskała w sezonie 2016/17 przychody na poziomie 34,4 mln złotych, co plasuje ją na 6 miejscu w lidze.

Źródło: http://www.ey.com/pl/pl/industries/media—entertainment/ekstraklasa-pilkarskiego-biznesu-2017-jagiellonia-bialystok

Jednak gdy weźmiemy pod uwagę rezultat sportowy i koszty poniesione przez klub, Jagiellonia nie ma sobie równych. W raporcie „Piłkarska liga finansowa – rok 2016”, przygotowanym przez Deloitte, znajdziemy zestawienie biorące pod uwagę miejsce w lidze w sezonie 2016/17 i łączny koszt wynagrodzeń w roku 2016.

Źródło: https://www2.deloitte.com/pl/pl/pages/consumer-business/articles/Pilkarska-liga-finansowa.html

Widzimy tu jak na dłoni, ile Legię kosztowało mistrzostwo Polski, a przypomnieć trzeba, że zdobyła je w ostatnich minutach ostatniej kolejki. Z kolei wicemistrz z Białegostoku jest jednym z zespołów, który w 2016 roku wydał na wynagrodzenia najmniej. Jak wyliczyli eksperci z EY, każdy punkt zdobyty przez Jagiellonię kosztował 121 tys zł. Mniej za punkt płaciła tylko Arka Gdynia – 118 tys. „Dla porównania, Legia w przeliczeniu kosztów wynagrodzeń zawodników na jeden zdobyty punkt, wydała 661 tys. PLN, Lechia 399 tys. PLN, a Cracovia 328 tys. PLN. Należy zaznaczyć, że wszystkie te kluby odnotowywały zdecydowany wzrost kosztów rok do roku w przeliczeniu na punkt. Z kolei Jagiellonia w sezonie 2016/2017 udowodniła, że przy zachowaniu efektywności finansowej można w Ekstraklasie uzyskać bardzo dobry wynik sportowy – historyczne Wicemistrzostwo Polski.” (Źródło: http://www.ey.com/pl/pl/industries/media—entertainment/ekstraklasa-pilkarskiego-biznesu-2017-jagiellonia-bialystok)

Tanio kupić, drogo sprzedać…

Nie bez przyczyny pion scoutingowy Jagiellonii jest regularnie chwalony i stawiany za wzór dla pozostałych ekip. Niemal co roku Jagiellonia, za duże jak na naszą ligę pieniądze, sprzedaje co najmniej jedną swoją „perłę w koronie”. Jednocześnie wzmacniając się za niewielką kwotę, czy wręcz ściągając zawodników dostępnych za darmo. Góralski, Drągowski, Pazdan, Makuszewski, Sandomierski, Kupisz czy Grosicki, to tylko kilku z tych, których transfery pozwoliły zasilić klubową kasę solidnym zastrzykiem gotówki. Poza Drągowskim, będącym wychowankiem klubu, wszyscy pozostali zostali pozyskani za „drobne”. Próżno szukać zawodników kosztujących krocie i okazujących się totalnymi niewypałami, a jeśli już ktoś w Jagiellonii sobie nie poradził, koszt takiej pomyłki nie nadwyrężał zanadto klubowego budżetu.

Decydujący wpływ na taki stan rzeczy miał okres, gdy w Jagiellonii pracował Michał Probierz. Trener doskonale wpasował się w filozofię klubu i pomógł w wypracowaniu schematów, dzięki którym z dużą skutecznością selekcjonowano kandydatów do gry w Jadze, następnie z powodzeniem ich ogrywano i sprzedawano z wielkim zyskiem.

Analizując sposób w jaki Jagiellonia przeprowadza transfery można dostrzec pewną powtarzalność, którą można zawrzeć w kilku punktach.

Nie ma ludzi niezastąpionych 

Kiedy z klubu odchodził Sandomierski, na jego miejsce już szykowano kilku następców. Koniec końców najlepszym z nich okazał się Drągowski, który w pewnym momencie doszedł do ściany oznaczającej osiągnięcie pułapu, którego w Jadze już nie przeskoczy. Widząc to zdecydowano się na sprzedaż młodego zawodnika. Po chwili jednak nikt już za Drągowskim nie tęsknił bo furorę w bramce robił doświadczony Kelemen. Super Mario przeżył w ubiegłym sezonie kolejną młodość, choć wielu pukało się w czoło słysząc o pomyśle sprowadzenia wiekowego golkipera. Gdy z klubu odchodził Michał Pazdan, na Podlasie już zmierzał Guti, a rok później zakontraktowano Ivana Runje. Obaj dzisiaj są wymieniani w gronie czołowych ekstraklasowych stoperów. Gdy na grę za petrodolary decydował się błyskotliwy Dani Quintana, w jego miejsce za darmo przyszedł Konstantin Vassiljev. A kiedy i on postanowił zamienić Białystok na Gliwice, w Czechach znaleziono Martina Pospisila. 26-letni pomocnik potrzebował pół roku na aklimatyzację, ale dzisiaj z coraz większą ochotą i – co równie ważne – z  coraz większym powodzeniem kreuje grę.
Roman Kołtoń ukuł powiedzenie iż Polska piłka skrzydłowymi stoi. Teza ta zdążyła się już kilka razy zdezaktualizować, ale nie w Białymstoku. Jagiellonia słynie z tego, że potrafi wyłowić z rynku utalentowanych zawodników grających na tej pozycji, a następnie oprzeć swój styl na ich szybkości i dynamice. Wszak kibice przybywający na ulicę Słoneczną mają dobre wspomnienia związane z Kamilem Grosickim, Maciejem Makuszewskim, Tomaszem Kupiszem, Karolem Mackiewiczem, Niką Dzalamidze czy Fedorem Cernychem. A dzisiaj błyszczą Frankowski i Novikovas.

Miej baczenie na własne podwórko

Utarło się, że bardzo trudno jest sprowadzić za rozsądną cenę dobrego zawodnika z innego polskiego klubu. Jaga skutecznie obala ten mit i pokazuje, że dla pozostałych klubów jest on tylko łatwym wytłumaczeniem własnej indolencji. Łatwiej ściągnąć ośmiu przypadkowych Słowaków, niż znaleźć obiecującego zawodnika w 1 lidze. Michał Pazdan przyszedł do Jagi z Zabrza, Góralskiego znaleziono w Wiśle Płock, grającej jeszcze wtedy na drugim poziomie rozgrywkowym, Romanczuka odkryto w Legionovii,  Frankowski przyszedł z Lechii, Cernych z Górnika Łęczna, Dzalamidze z Widzewa, Vassiljev z Piasta. A przykłady te można mnożyć. Żaden nie kosztował tyle, aby być poza finansowym zasięgiem większości ekstraklasowych ekip.

Nie szukaj za daleko

Jeśli już sięgano po zawodników zza granicy, byli to głównie zawodnicy, którzy zdążyli się już w polskiej lidze ograć i pokazać tu przyzwoity poziom: np. Vassiljew, Cernych, Dzalamidze, Romanczuk, Kelemen, Guilherme. I ci potwierdzili swoją klasę. Ponadto ściągano zawodników pochodzących z podobnego kręgu kulturowego – Czechy, Ukraina, Litwa, Estonia, Łotwa, Słowenia. Pospisil, Mitrović, Novikovas, Khomchenovsky, Bezjak, Tarasovs. Czego efektem była w miarę jednorodna kulturowo i językowo szatnia. Zawodnicy z tych krajów mają najmniejsze problemy z nauką polskiego języka, a co za tym idzie ze znalezieniem swojego miejsca w drużynie i aklimatyzacją w specyficznym białostockim środkowisku.

Równowaga to podstawa

A ten balans językowo – kulturowy jest szalenie istotny, co pokazują przykłady drużyn, które decydowały się na zaburzenie owej równowagi. Zbyt duża liczba Brazylijczyków, Hiszpanów, Chorwatów czy nawet Słowaków, powoduje rozbicie jednorodnej struktury jaką jest piłkarska drużyna. Tworzenie grupek etnicznych nie sprzyja integracji, a tylko zjednoczona szatnia jest w stanie poradzić sobie z serią złych wyników. W innym wypadku rozkład zespołu będzie tylko postępował. Dlatego jeśli już decydowano się na sprowadzenie zawodnika z odległego kraju, były to przypadki odosobnione. Maycon, Dzalamdze, Balaj, Quintana, Alvarinho, Guti i kilku innych, którzy nie stanowili ryzyka zawalenia się struktury szatni.

Reasumując, w Białymstoku stworzono zdrowe środowisko i klimat sprzyjający budowie solidnej drużyny. Odpowiedzią na racjonalną politykę władz klubu jest zainteresowanie kibiców, którzy w ubiegłym sezonie zapełniali stadion średnio w 60%, co stanowiło czołówkę ligową. W obecnym średnia frekwencja wynosi ok 9 tysięcy, co jest siódmym rezultatem i na pewno nie stanowi szczytu marzeń zarządzających klubem. Aczkolwiek można z dużą dozą pewności przypuszczać, że nadchodząca wiosna i dobra gra przyciągnie na trybuny rzesze kibiców, a stadion przy ulicy Słonecznej zapełni się niejednokrotnie.

*****

Roberto Martinezowi, o którym wspomniałem we wstępie, rozpędu wystarczyło na jeden sezon. Po kolejnym został zwolniony, a dzisiaj z powodzeniem prowadzi reprezentację Belgii. Z kolei kariera Moyesa wciąż nie może wrócić na właściwe tory. Ireneusz Mamrot i Jagiellonia dopiero rozpoczęli pisanie swojej historii i oby czynili to jak najdłużej. Wydaje się, że przyniesie to korzyść tak dla Białostoczan, jak i całego polskiego futbolu.

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*