Kolumbia – kraj z przetrąconym kręgosłupem

Kolumbia – kraj z przetrąconym kręgosłupem

Kolumbijskie Medellin to miejsce, które w drugiej połowie XX wieku spływało krwią. Śmierć była tak naturalna, jak następujące po sobie pory roku, a widok ludzi mierzących do siebie z broni palnej nie dziwił absolutnie nikogo. Ale Medellin nie było w tym aspekcie odosobnione. 50 – milionowy kraj ze stolicą w Bogocie przez dziesięciolecia zmagał się z wszechobecną przemocą, agresją i terrorem, wciąż będąc jednym z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie, choć dzisiaj sytuacja jest o niebo lepsza niż jeszcze 20 lat temu. 

Slumsy Medellin

Lipcowa noc 94′ roku, 27 – letni mężczyzna udaje się wraz z przyjaciółmi do jednej z dyskotek na obrzeżach Medellin. W pewnym momencie wdaje się w słowną utarczkę z braćmi Henao, miejscowymi pospolitymi przestępcami. W poskromieniu emocji nie pomógł spożywany alkohol i pyskówka przeradza się w szarpaninę, aż wymyka się spod kontroli, kiedy szofer braci – Humberto Castro – wyciąga pistolet. Sekundy później imprezowy gwar przeszywa 6 wystrzałów, a 6 kul dosięga celu… 27 – latek umiera niedługo później.

Scena, jakich w ówczesnej Kolumbii widziano wiele, ale tylko z pozoru. 10 dni wcześniej, podczas Mistrzostw Świata w USA, Kolumbia rozgrywa drugi mecz grupowy, w którym mierzy się z gospodarzami imprezy. Przegrywa 1:2, a pierwszy gol dla USA pada po samobójczym strzale Andresa Escobara. Mundial właśnie się dla nich skończył. W kraju dominuje rozpacz, a jednym z głównych winowajców uznany zostaje właśnie Escobar, który po spotkaniu powie: „To straszne, ale to tylko piłka nożna. Na tym meczu życie się nie kończy”.

10 dni później los okrutnie z niego zadrwi…

Był u szczytu swej kariery. Niedługo miał wziąć ślub, a na stole leżał kontrakt z Milanem. Jego śmierć była gruntem, na którym wzrastać mogły liczne teorie spiskowe. Jedna z nich mówiła o narkotykowych bossach, którzy postawili ogromne pieniądze na swoją reprezentację i w obliczu porażki postanowili się brutalnie zemścić. Ale sami Kolumbijczycy nie dają jej wiary. Według innej, była to zbrodnia popełniona we wzburzeniu spowodowanym samobójczym trafieniem, a zabójca miał po każdym strzale krzyczeć „gol!”. Tę teorię obalają miejscowi dziennikarze. Jeden z nich, w rozmowie z Dominikiem Piechotą, którą mogliśmy przeczytać w Przeglądzie Sportowym, stwierdza, że „Escobar został ofiarą irracjonalnych czasów z wszechobecną zgodą na agresję”. Sytuacja z USA mogła być tłem dla sprzeczki, ale nie była bezpośrednią przyczyną pociągnięcia za spust. Czynników, które do tego doprowadziły było wiele, ale samo zabójstwo było emanacją obecnego stanu ducha narodu kolumbijskiego. Nikt, nigdzie i nigdy nie mógł czuć się bezpieczny, a życie od śmierci oddzielać mógł chwilowy impuls.

Śmierć Andersa Escobara niczego nie zmieniła. Poza tym, że piłkarze jeszcze bardziej bali się wracać do ojczyzny. Morderca był długo sądzony, aż przyklepano mu w końcu 43 lata. Po 11 wyszedł za dobre sprawowanie…

Porażka w amerykańskim mundialu była dla Kolumbii szczególnie bolesna, bo jechali tam walczyć o strefę medalową, a może i najwyższe laury. Eliminacje przeszli jak burza, a najgłośniejszym echem odbiło się pokonanie 5:0 wielkiej Argentyny na jej terenie. Niesamowicie rozbudziło to oczekiwania, jednocześnie niestety uśpiło czujność. Przygotowania do mundialu były permanentnym festynem, a przeciwników mieli pokonać niejako z marszu. Zaskoczyła ich już w pierwszym meczu Rumunia, która wygrała bez większych problemów 3:1. Kolumbijczycy nie wiedzieli kto to jest George Hagi, nie mówiąc o pozostałych Rumunach.

Piękny sen zamienił się w koszmar.

Liga piratów

Dla przeciętnego Europejczyka, Kolumbia to wciąż symbol narkotykowego imperium i miejsce, które nie powinno być pierwszym wyborem na wakacyjne wojaże. Dzisiaj te skojarzenia są w wielu przypadkach nieco przekoloryzowane, tak jak przypisywanie Polakom szczególnej tendencji do alkoholizmu i zamiłowania do kradzieży.

Ale był czas, kiedy liga kolumbijska uchodziła za jedną z najsilniejszych na świecie. Na przełomie lat 40′ i 50′ ubiegłego wieku symbolem Kolumbii była kawa, którą w ogromnych ilościach eksportowano za granicę. Odkryto również pokaźne ilości złóż naturalnych. Kraj zaczął się w szybkim tempie bogacić, co pozwoliło wpompować wielkie pieniądze w tamtejszy futbol. Wykorzystując niestabilność polityczną innych krajów Południowej Ameryki, liga kolumbijska zaczęła ściągać ich najlepszych zawodników. Dimayor, bo tak nazywała się liga, na rynku transferowym szalała jakby nie obowiązywało jej żadne prawo. Tamtejsze kluby nie płaciły za transfery, stąd mogły swoim zawodnikom zaoferować niespotykane nigdzie indziej kontrakty. Piłkarze zarabiali np. kilkadziesiąt razy więcej niż w Anglii, gdzie piłkarskie pensje podlegały sporym obostrzeniom. Protesty pokrzywdzonych klubów doprowadziły w końcu do tego, że liga kolumbijska została wykluczona ze struktur FIFA, a zawodnicy tam grający zostali zawieszeni i nie mogli brać udziału w innych rozgrywkach. Był to miecz obosieczny. Wielkie pieniądze były wystarczającą rekompensatą za brak możliwości gry na przykład w mistrzostwach świata. A te rozegrane w 1950 roku były storpedowane m.in. przez kolumbijską izolację. Z gry wycofała się Argentyna, która zapewne byłaby głównym faworytem do zwycięstwa. Główną przyczyną był strach przed porażką. A sytuacji nie ułatwiał fakt, że najlepsi Argentyńczycy grali w Dimayor, więc ich udział w mundialu był wykluczony. Bez zdyskwalifikowanych zawodników kadry nie potrafiło zebrać Peru i nie ukończyło nawet eliminacji. Innymi pokrzywdzonymi byli Urugwaj i… Anglia. Alfredo di Stefano, nim został gwiazdą europejskich stadionów, podbijał ligę kolumbijską. Jego transferowi do Realu Madryt również towarzyszyły kontrowersje. Bój o znakomitego zawodnika stoczyły Barcelona i Królewscy. Problem w tym, że Katalończycy zapłacili za transfer jego poprzedniemu klubowi – argentyńskiemu River Plate, z kolei Real negocjował z kolumbijskim Millonairos. Był to efekt izolacji Dimayor i niejasnego statusu jej zawodników. W końcu FIFA, chcąc załagodzić spór, zmusiła przedstawicieli Dimayor do rozmów. Te zakończyły się w 1951 roku i można śmiało powiedzieć, że znowu wygranym była „nielegalna” liga. Porozumienie stanowiło, że nie poniesie ona konsekwencji finansowych, a nieprzepisowo zatrudnieni zawodnicy będą mogli jeszcze przez 3 lata reprezentować kolumbijskie kluby, po czym będą musieli wrócić do prawowitych pracodawców. Wprowadzono również zakaz nieuczciwych praktyk transferowych, a liga została zalegalizowana. Te kilka lat amnestii kluby postanowiły wykorzystać i ruszyły w zagraniczne tournee, które przyniosło im kolejne ogromne wpływy i rozgłos. W połowie lat 50′ kluby zaczęły bankrutować, w kraju pojawił się polityczny chaos, a zawodnicy rozpoczęli exodus. Potęga Dimayor zakończyła się tak szybko i burzliwie, jak się zaczęła.

Kokainowy koszmar

Długie dziesięciolecia musiała czekać Kolumbia na kolejne wielkie dni dla swojego futbolu. Niestety czasy te zbiegły się z epoką narkotykowych imperiów. Kartele przejęły kontrolę nad krajem, każdy obszar jego funkcjonowania był upaprany białym proszkiem. Brud kokainowego królestwa nie ominął piłki nożnej. Bossowie inwestowali wielkie pieniądze w futbol. Upodobali sobie szczególnie America de Cali i Millonarios, napędzane pieniędzmi tamtejszych karteli, a największy z nich – Pablo Escobar – pompował pesos w Atletico Medellin. Dzisiaj Escobar stał się elementem popkultury, postacią znaną z serialu Narcos, przez to jego obraz został nieco wygładzony i nie do końca oddający skalę okrucieństwa, jakiego się dopuszczał. Żył według własnych zasad, a wszyscy żyli według zasad spisanych przez niego. Mógł zabić każdego i z tego ochoczo korzystał. Sędziowie, politycy, zwykli ludzie, wszyscy żyli na jego pasku. Potrafił zlecić wysadzenie samolotu z ponad setką niewinnych ludzi na pokładzie. Równie bezwzględny był w futbolu. Kiedy nie spodobał mu się sposób sędziowania meczu Atletico, zlecił zabójstwo arbitra. Przed półfinałem Copa Libertadores nakazał porwanie arbitrów, którzy zostali wypuszczeni tuż przed początkiem meczu. Zastraszeni poprowadzili spotkanie we właściwy sposób i Medellin awansowało do finału, w którym poniosło porażkę w pierwszym meczu. Przed rewanżem Escobar postanowił zminimalizować ryzyko przeranej i powtórzył manewr z uprowadzeniem sędziów, który przyniósł spodziewane rezultaty.

Pablo Escobar

Escobar miał sposobność do zrealizowania każdego swojego kaprysu. Kiedy miał ochotę, organizował na swoim ranczu mecz, w którym brali udział czołowi kolumbijscy (i nie tylko) piłkarze. Wygrany zespół zgarniał pokaźną sumę pieniędzy. Wielu zawodników zarabiało więcej na tego typu zabawach Escobara, niż przez kilka miesięcy w swoich klubach. Niewielu było w stanie mu odmówić.

Kartele trzęsły nie tylko ligą ale też reprezentacją. Podczas mundialu we Włoszech jeden z bossów wydawał telefoniczne instrukcje trenerowi i przeprowadzał „rozmowy motywacyjne” z czołowymi zawodnikami. 4 lata później, kiedy kadra grała w USA, selekcjoner odebrał telefon z Cali. Rozmówca polecił mu, aby zrezygnował z usług Gabriela Gomesa, w innym przypadku poleje się krew. Kolejne spotkanie Gomes spędził na ławce rezerwowych… Bliskie kontakty z Escobarem sporo kosztowały choćby Rene Higuitę, szalonego bramkarza, który na 7 miesięcy trafił do więzienia, za udział w negocjacjach z porywaczami.

Kolumbia dostąpiła zaszczytu organizowania w 2001 roku Mistrzostw Ameryki Południowej. Ale i tu nie obyło się bez poważnego zgrzytu. Turniej miał być wielką szansą dla pogrążonego w licznych kryzysach kraju. Motywem przewodnim było hasło: „Zamieńmy bomby na gole”. Jedna z lewicowych bojówek tuż przed mistrzostwami uprowadziła wiceprezesa kolumbijskiej federacji piłkarskiej, CONMEBOL nosiła się z zamiarem odebrania Kolumbii turnieju. Niewiele brakło aby wielka szansa przerodziła się w ogromną kompromitację. W Copa America nie wzięła udziału Argentyna, która wycofała się tuż przed rozpoczęciem turnieju, z kolei Brazylia wystawiła mocno rezerwowy skład. Zgodnie z oczekiwaniami triumfatorem okazali się więc gospodarze. Był to jedyny znaczący sukces złotego pokolenia kolumbijskich piłkarzy, jak nazywano reprezentację przełomu wieków.

Kolejne pokolenie pisze już swoją własną historię…

Nowa fala

Obecna generacja kolumbijskich piłkarzy pozbawiona jest już narkotykowego obciążenia. Nie jest umoczona w nieczyste interesy karteli, choć kilku reprezentantów zbierało piłkarskie szlify w miejscach finansowanych, bądź nawet założonych przez kokainowych baronów. Kraj stara się oczyszczać z trudnej przeszłości, choć miną jeszcze dziesięciolecia, aż to się uda. O ile w ogóle jest to możliwe.

Dzisiaj Kolumbia coraz częściej kojarzy się z atrakcyjnie grającą reprezentacją, a wiele dobrego w tym względzie stało się podczas mistrzostw w 2014 roku, kiedy dzielni Los Cafeteros zachwycili świat i przegrali dopiero w ćwierćfinale z gospodarzem – Brazylią. Ale od tego czasu grają bez ówczesnego polotu. W 2016 roku zajęli 3 miejsce podczas Copa America i można uznać to za spory sukces, choć apetyty były znacznie większe. Dość szczęśliwie udało im się awansować do mistrzostw świata. W czterech ostatnich meczach kwalifikacji nie potrafili odnieść zwycięstwa i postawić kropki nad „i”.

Kolumbia występuje w ustawieniu 1-4-5-1, ale w ofensywie jest to 1-4-3-3, bądź nawet 1-4-2-4. Atakuje głównie bocznymi sektorami, od zawsze stawiając na ofensywnie usposobionych bocznych obrońców. Kiedyś o sile na flankach stanowili Armero i Zuniga, niestrudzenie przemierzając kilometry od jednego do drugiego pola karnego. Dzisiaj na bokach obrony występują Arias i Mojica, który zastąpił Franka Fabrę. W bramce stoi David Ospina, rezerwowy golkiper Arsenalu, który mimo niespecjalnie udanego sezonu, jeśli jest w formie, niewątpliwie zalicza się do światowej czołówki. Przed nim, jako dwójka stoperów wystąpić mogą: Davinson Sanchez z Tottenhamu, Yerry Mina, który w styczniu podpisał kontrakt z Barceloną. Zaliczył od tego czasu 5 meczów w La Liga i nie można powiedzieć, żeby pozostawił świetne wrażenie. Jest jeszcze Murillo, który zaliczył słaby mecz z Japonią, a na co dzień graja w Meksyku i Cristian Zapata z Milanu.

Środek pola to spory problem Kolumbijczyków. O ile zawodników grających do przodu mają świetnych, to pozycje nr 6 i 8 obsadzone są mocno przeciętnie. Podstawowym środkowym pomocnikiem był do tej pory Carlos Sanchez, ale w meczu z Japonią odcięło mu prąd i już w 4 minucie wyleciał z boiska za bezsensowne zagranie ręką. Być może zasieki w środku pola w meczu z Polską tworzyć będą Aguilar i Lerma, choć trudno uznać, aby któryś z nich był zawodnikiem klasy światowej. Ale kiedy rzucimy okiem na formację ofensywną, roi się od takich postaci. Reżyserem, twórcą i tworzywem jest James Rodriguez. Zawodnik z wszech miar wybitny, choć ostatnio nieco zagubiony, próbujący odnaleźć na nowo swoje miejsce. Zaliczył bardzo nierówny sezon w Bayernie. Ale kiedy zostawi mu się o kilka centymetrów za dużo wolnej przestrzeni, potrafi zrobić rzeczy nieprawdopodobne. Często występuje na skrzydle, skąd schodzi do środka, robiąc miejsce bocznemu obrońcy. Podobnie zachowuje się z drugiej strony boiska Cuadrado, jednak on charakterystyką znacznie bardziej zbliżony jest do klasycznego skrzydłowego. Jest szybki i błyskotliwy. Kiedy się rozpędzi powstrzymać go można zazwyczaj jedynie faulami, których zresztą sam ustawicznie szuka, irytując tym sędziów i kibiców. Równie często szuka zejścia do środka, jak  rajdu do linii końcowej i dośrodkowania. W ataku występuje legenda kolumbijskiej piłki – Falcao, reprezentujący barwy AS Monaco, gdzie gra razem z Kamilem Glikiem. Co ciekawe, obrońca reprezentacji Polski pomagał załatwiać formalności związane z przyznaniem polskiego obywatelstwa jednemu z jego dzieci. W Monaco napastnik przeżywa drugą młodość. Jeśli zdrowie dopisuje, jest gwarancją bramek. Znakomicie gra głową, potrafi błyskawicznie zerwać krycie w polu karnym, a także zagrać kombinacyjnie z kreatywnymi partnerami.

Zapewne Kolumbia będzie chciała zdominować posiadanie piłki, a nam styl latynoamerykański wybitnie nie leży. Trudno spekulować na temat personaliów, gdyż po słabym meczu z Japonią, w reprezentacji naszego najbliższego rywala zapowiadane są głębokie zmiany. Jedno jest pewne – musimy zagrać szalenie konsekwentnie w defensywie. Nie możemy pozwolić sobie na taką niefrasobliwość jak w meczu z Senegalem, bo zakończy się to klęską. Trudno będzie zdominować przeciwnika, stąd najlepszym pomysłem wydaje się gra z kontry, z wykorzystaniem skrzydeł. W związku z ofensywnym nastawieniem kolumbijskich zawodników występujących w bocznych sektorach, często są one niezaasekurowane w odpowiedni sposób.

Można się zastanawiać, czy aby presja nie spęta nóg naszym jutrzejszym rywalom. Czy w związku z porażką w pierwszym spotkaniu, udźwigną ciężar oczekiwań narodu spragnionego sukcesu. Jednak biorąc pod uwagę kolumbijską historię można sądzić, że presja mistrzostw świata nie dorównuje presji z jaką dorastający tam piłkarze mierzyli się na co dzień.

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*