Lotto Ekstraklasa – Dlaczego jest dla obcokrajowców „Ziemią obiecaną”? Ofoe, Berto i inni.

Lotto Ekstraklasa – Dlaczego jest dla obcokrajowców „Ziemią obiecaną”? Ofoe, Berto i inni.

Vadis Odjidja Ofoe, po rozegraniu półtorej dobrej rundy, poczuł się za duży na Warszawę, odkochał się w niej i mimo ważnego kontraktu postanowił, że więcej w Legii nie zagra. Przypomnijmy, że przyszedł do niej w stanie, który u człowieka nie uprawiającego sportu nazywalibyśmy lekką otyłością, a mówimy przecież o zawodowym piłkarzu. Dostał ładnych kilka (-naście?) tygodni na dojście do formy, kasując w tym czasie sowite wynagrodzenie, a kiedy tylko odbudował swą formę i wypromował się w Europie – postanowił , że nie chce mu się wracać do treningów i wymusił na włodarzach Legii transfer. 

Ci zamiast przywrócić krnąbrnego zawodnika do pionu, zaoferowali mu bajeczne (jak na polskie warunki) wynagrodzenie, padli na kolana i prosili o pozostanie. A cały klub, posiadający stuletnią historię, został zakładnikiem blisko 30-letniego grajka, który do tej pory od poważnej piłki raczej się odbijał. Dziś Vadis jest już w Grecji, a w Warszawie pozostała spalona ziemia.

Inny prawdziwek poczuł się smutno, kiedy w szatni zabrakło zawodników rozmawiających po francusku i w przeddzień szalenie ważnego meczu zakomunikował, że widziałby siebie w innym klubie. Czy ktoś uderzył pięścią w stół? Skądże. Owszem, zawodnik zgody na transfer nie otrzymał, ale wciąż wybiegał w pierwszym składzie. Choć „wybiegał” to duże słowo, bo poruszał się po boisku w tempie wozu z węglem.

A przecież każdy z nas słyszał kiedyś powiedzenie: „szanuj się, bo jeśli ty nie będziesz się szanował, to nikt nie będzie”. Dlaczego zatem nie szanujemy się i podchodzimy do przybyszów z zachodu z pochyloną głową i już na starcie stawiamy się w pozycji „brzydkiej panny bez posagu”. Wszak paradoksalnie dla zawodników, którzy przychodzą grać w naszej lidze, Polska jest… ziemią obiecaną.

Po pierwsze, piłkarze kontraktowani przez polskie kluby są zazwyczaj po prostu za słabi na dużą piłkę. Wystarczy prześledzić ich CV i zauważyć w jakich klubach grali i jaką ilość spotkań zaliczyli na najwyższym poziomie. A jeśli zostanie z polskiej ligi wytransferowany, najczęściej mocno przykleja się do ławki rezerwowych. Marco Paixao ma u nas status gwiazdy. Przychodził do Śląska jako zawodnik zbliżający się do 30-stki, bez imponujących osiągnięć. We Wrocławiu zrobił furorę i odszedł do Sparty Praga. Tam rozegrał 6 oficjalnych spotkań. SZEŚĆ! W SPARCIE PRAGA! I wrócił z podkulonym ogonem do Lechii Gdańsk, gdzie znowu regularnie strzela.

Zwróćmy uwagę, w jakim stanie są często ci zawodnicy. Każdy trener może potwierdzić, że wielu z nich ma tak wiele urazów, które nałożyły się na siebie, że niektórzy są wręcz na granicy inwalidztwa i nikt poważny by ich nie zatrudnił.
Legia zakontraktowała niedawno Portugalczyka Hildeberto, który zawstydził Vadisa i przyjechał do Warszawy z jeszcze większą oponką. Oczywiście 21-latek(!) dostał czas na dojście do siebie a nawet mógł odchudzać się meczami(!!!). Kiedy po dwóch miesiącach zaczął zbliżać się do sylwetki sportowca, doznał kontuzji kolana… Monty Python by tego nie wymyślił. Piłkarz sprowadzony zza granicy nie musi być gotowy do gry o już. Mało tego, dostaje ogromny kredyt zaufania i mogą całymi miesiącami dochodzić do formy. Oczywiście cały czas wypłata wpływa na jego konto.

legionisci.com

Wszyscy znamy opowieści o niemieckiej mentalności piłkarzy i włodarzy klubów. Opinia, że obcokrajowiec przychodzący do Bundesligi musi być dwa razy lepszy od Niemca żeby grać, jest pewnie nieco przesadzona, ale jednocześnie znamienna i nie bezpodstawna. Obcokrajowiec nie musi natomiast być lepszy od Polaka. Może być nawet gorszy, ale często bywa tańszy w utrzymaniu. A nawet jeśli tańszy nie jest, ma jakiś niewytłumaczalny handicap w stosunku do naszych rodaków. Młody Polak, po słabym meczu, lub dwóch – trzech, zostaje często odpalony i kolejną szansę dostaje po miesiącach, lub już w innym klubie. Trafnie problem ujął Michał Probierz. Kiedy wielu dziwiło się, że sprowadza do Cracovii Adama Deję, stwierdził wtedy, że gdyby nazywał się Dejanov, nikt nie zająknąłby się na temat tego transferu.

Wymagania, jakie stawia Lotto Ekstraklasa, są – przyznajmy szczerze – niewielkie. Intensywność gry i intensywność treningów nie stanowi nadludzkiego obciążenia. A często zawodników ocenia się przez pryzmat kliku przebłysków w trakcie meczu, nie zaś przez postawę w trakcie pełnych 90 minut. Kamil Glik, Artur Boruc, Robert Lewandowski, Kuba Błaszczykowski, Grzegorz Krychowiak czy każdy inny Polak za granicą, jest zobowiązany do nauki języka kraju, w którym akurat grają. Po kilku tygodniach udzielają wywiady w tamtejszym języku. A każdy, kto się nie dostosuje, jest traktowany jak ciało obce i kariery w piłce nie zrobi. U nas toleruje się, że zawodnicy poza językiem ojczystym, nie potrafią porozumieć się w żadnym innym. Toleruje się nawet to, kiedy piłkarz żali się, że nie ma z kim porozmawiać w swoim języku.

Ancymon zaszczycający nas swoją obecnością w polskiej piłce, choć jeszcze dobrze nie wyschnie atrament na podpisanym kontrakcie, może z uśmiechem wypalić, że ta liga jest dla niego odskocznią. I od pierwszego dnia przebiera nogami w oczekiwaniu na lepszą ofertę. Na nikim nie robi to wrażenia. Polska liga jest dobrym miejscem na promocje, a mecze obserwują skauci z najmocniejszych lig. Więc przy dobrej postawie, transfer do Serie A, Bundesligi czy do Anglii jest w pełni osiągalny. Polskie kluby nie stawiają wygórowanych żądań bo po pierwsze – każda złotówka jest tu na wagę złota, po drugie – kontrakty podpisywane są na krótki, bądź bardzo krótki okres. Zatem obu stronom zależy na dopięciu interesu zanim piłkarz odejdzie za darmo. A nawet jeśli klub nie do końca chce stracić ważnego zawodnika, to wciąż jest jego zakładnikiem a nie odwrotnie. Ryota Morioka zapragnął transferu, więc wydeptał ścieżkę do gabinetu dyrektora sportowego. Dopiero gdy dostał obietnicę, że będzie mógł odejść, zaczął grać na swoim normalnym poziomie.
A co jeśli kariera na zachodzie nie wyjdzie? Nic, zawsze można wrócić do Polski i pokopać trochę w przyjemnych okolicznościach, za niemałe pieniądze. I zacząć cały cykl od nowa. Listę takich synów marnotrawnych każdy kibic może stworzyć ad hoc.

Pamiętajmy również, że nasza liga daje też coś ekstra, czego w swojej karierze często nie przyjdzie im spróbować. Życie w pięknych miastach takich jak Kraków, Gdańsk, Wrocław czy Poznań. Grę na nowoczesnych stadionach, przy zapełnionych w dużym stopniu trybunach. 15, 20 czy nawet 30 tysięcy kibiców na stadionie nie jest w naszych warunkach żadnym novum. Do tego w klubach pokroju Lecha, Legii czy w ostatnim czasie Jagiellonii, Arki i Zagłębia, można liczyć na pucharowe przygody. To wszystko byłoby nieosiągalne w II i III lidze hiszpańskiej, czy w skandynawskim średniaku.

Oczywiście nie twierdzę, że zawodnik zza granicy powinien traktować polską ligę jako szczyt marzeń. Wręcz przeciwnie. W naturze sportowca powinno leżeć stawianie sobie poprzeczki jak najwyżej. A umówmy się, że istnieje kilka szczebli powyżej Lotto Ekstraklasy. Nie może być jednak zgody na traktowanie naszej ligi z buta. Bo mamy do zaoferowania bardzo wiele i powinniśmy oczekiwać należytego szacunku. Musimy też wymagać profesjonalnego podejścia, bo historia Hildeberto jest nie do przyjęcia w poważnym futbolu. Wiemy, że gramy trochę hobby futbol, ale takimi posunięciami nie robimy kroku w przód. Organizacyjnie i realizacyjnie prezentujemy klasę europejską. Można się zżymać i twierdzić, że prezentując ligę w tak profesjonalny sposób owijamy w sreberko pewną brzydko pachnącą substancję. Ale raczej powinniśmy naciskać na głównych bohaterów, aby dostosowali się poziomem do sceny, na której przychodzi im występować.

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*