Mundial 1938: Zwycięstwo albo śmierć

Mundial 1938: Zwycięstwo albo śmierć

Mistrzostwa Świata z 1938 roku były szczególne dla reprezentacji Polski. Biało-Czerwoni po raz pierwszy wystąpili na najważniejszym piłkarskim turnieju na świecie. Serdecznie zapraszamy do zapoznania się z kulisami występu piłkarzy Józefa Kałuży i Mariana Spoidy oraz ostatniego czempionatu przed wybuchem II Wojny Światowej.

Gospodarzami trzecich w historii Mistrzostw Świata byli Francuzi. Kraj dobrze zaprezentował się podczas organizacji Letnich Igrzysk Olimpijskich 14 lat wcześniej, więc FIFA nie miała obaw co do swojego wyboru z sierpnia 1936 roku. Inną sprawą jest fakt, że nie miała większej alternatywy, bo jedyni konkurenci, Holandia i Belgia, wycofali swoje wnioski przed wyłonieniem organizatora. Pewny udział w turnieju miał, jako gospodarz, kraj znad Loary i obrońcy tytułu, Włosi. Do eliminacyjnych bojów stanęło 37 drużyn. Podzielono je, na wzór eliminacji do poprzedniego Mundialu, na grupy lub pary zgodnie z położeniem geograficznym. Polska została skojarzona z Jugosławią. Biało-Czerwoni bez problemu pokonali swoich rywali na stadionie Legii 4:0. W rewanżu w Belgradzie ulegli co prawda 0:1, co i tak nie miało wpływu na losy awansu. Polska stała się jednym z czterech debiutantów na Mistrzostwach Świata, obok Norwegii, Kuby i Holenderskich Indii Wschodnich. Podczas eliminacji okazało się, że nie tylko Francja i Włochy wywalczyły awans bez wychodzenia na murawę. Tego samego „dokonały” ekipy Kuby, Holenderskich Indii Wschodnich, Brazylii i Rumunii, ponieważ ich kwalifikacyjni rywale wycofali się z walki o prawo do udziału w zawodach.

Oficjalna piłka mistrzostw. /fot. http://fifaworldcups.net/

Spory wpływ na listę uczestników Mundialu miała coraz bardziej napięta sytuacja polityczna w Europie. Hiszpania, pochłonięta wojną domową, nie przystąpiła do eliminacji. Antysemickie i mocarne zapędy Benito Mussoliniego i Adolfa Hitlera budziły postrach w ogromnej części Europy, szczególnie środkowo-wschodniej. Udział na Mistrzostwach Świata wywalczyli Austriacy, jednak przez dokonany w pierwszej połowie 1938 r. Anschluss, w wyniku którego austriackie tereny zostały włączone do III Rzeszy, nie było możliwości, by na turnieju zagrał kraj, który de facto nie istniał. Z tego powodu organizatorzy zaprosili Anglików, którzy standardowo podziękowali, tłumacząc sobie, że są najlepsi na świecie i że nie muszą tego nikomu udowadniać. Trzeba jednak przyznać, że zaczęli interesować się turniejem, bo wysłali do Francji kilku swoich przedstawicieli, by ci uważnie śledzili boiskowe wydarzenia. Trzon reprezentacji Austrii został wcielony do drużyny III Rzeszy, co z miejsca uczyniło ją jednego z największych faworytów do końcowego zwycięstwa. Tragicznym bohaterem tych wydarzeń był najlepszy w historii piłkarz austriacki, Matthias Sindelar. Zawodnik ze względów politycznych nie chciał reprezentować obcego kraju. Nie mógł tego powiedzieć głośno, więc decyzję chciał obronić swoim wiekiem (35 lat) i częstymi kontuzjami. Takie tłumaczenie nie zadowalało Niemców, którzy wzięli go sobie pod uważną obserwację. Kiedy na początku następnego roku Sindelar wdał się w romans z włoską żydówką, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach zatruty tlenkiem węgla. Oczywiście razem z kochanką.

Do walki o Złotą Nike stanęło więc 15 zespołów. Dwanaście z Europy (Francja, Włochy, Polska, Węgry, Szwecja, III Rzesza, Norwegia, Rumunia, Szwajcaria, Czechosłowacja, Holandia, Belgia) i po jednej z Ameryki Południowej (Brazylia), Ameryki Środkowej (Kuba) i Azji (Holenderskie Indie Wschodnie). Z uwagi na dużą liczbę drużyn europejskich, turniej nazywano żartobliwie mistrzostwami Starego Kontynentu. Format zawodów był dokładnie taki sam jak cztery lata wcześniej we Włoszech. Piętnastu uczestników zostało podzielonych na pary 1/8 finału. Swoisty handicap otrzymała Szwecja, której przydzielona została Austria. Skandynawowie awansowali do ćwierćfinału bez powąchania murawy. Biało-Czerwoni trafili na Brazylię. Mundial rozegrano na 10 przygotowanych stadionach.
Co ciekawe, Polacy podeszli do turnieju niemal z marszu, bo PZPN nie zaplanował przerwy w rozgrywkach ligowych. Piłkarze nie mieli więc okazji na złapanie świeżości. Odbyli jedynie sześciodniowe zgrupowanie w Wągrowcu. Do Francji udali się pociągiem sypialnianym z Berlina. Znacznie dłuższą i męczącą podróż musieli przebyć ich rywale z 1/8 finału, Brazylijczycy. Morski rejs parowcem z Rio de Janeiro trwał aż 17 dni.
Reprezentacja Canarinhos była dla Polaków wielką niewiadomą. Nasza drużyna narodowa nigdy wcześniej nie mierzyła się z rywalem z Ameryki Południowej. Nie były to czasy skautów, banków informacji, specjalnie dobranych obserwatorów, którzy przed turniejem mieli zdobyć wiedzę na temat oponentów, więc piłkarze Mariana Spoidy (trener) i Józefa Kałuży (trener selekcjoner) wiedzieli o Brazylijczykach mniej więcej tyle, że są dobrzy technicznie i lubią bawić się piłką. Pierwotnie mecz planowano rozegrać w Tuluzie, jednak na kilka dni przed jego rozegraniem brazylijscy delegaci sprawdzili stan boiska. Ich zdaniem bardziej przypominało kartoflisko niż dobrze przygotowaną murawę, na której mogliby zaprezentować wachlarz swoich umiejętności. Na ich wniosek organizatorzy zgodzili się na przeniesienie spotkania do Strasburga, gdzie boisko prezentowało się znacznie lepiej.
W meczu otwarcia, 4 czerwca 1938 roku w Paryżu, III Rzesza podejmowała Szwajcarię. Po remisie 1:1 zarządzono powtórzenie meczu następnego dnia. Wówczas rozegrano także pozostałe sześć spotkań pierwszej fazy turnieju, w tym najważniejsze starcie dla polskiego kibica, Brazylia – Polska.

Przywitanie kapitanów, Martim i Władysław Szczepaniak. /fot. futbolnostalgia.com

Obie jedenastki wystąpiły w ustawieniu 2-3-5. Już od pierwszych minut widowisko było bardzo otwarte, ładne dla oka. Jedni i drudzy nastawili się na atak. W pierwszej połowie skuteczniejsi okazali się Canarinhos, schodząc do szatni z dwubramkową przewagą przy wyniku 3:1. Dla przybyszy z Ameryki trafiali Leonidas, Pellicciari i Peracio. Polacy odpowiedzieli trafieniem Fryderyka Scherfke z rzutu karnego. Pod koniec pierwszej odsłony zaczęło padać, co miało kolosalny wpływ na przebieg drugiej części gry. Solidna ulewa, która przeszła w przerwie starcia, zamieniła boisko w prawdziwe moczary. Brazylijczycy nie byli przyzwyczajeni do gry w takich warunkach, a niektórzy z nich mówili później, że wręcz bali się deszczu. Taką sytuację skrzętnie wykorzystali nasi rodacy. Ich ataki zapierały dech w piersiach, a prawdziwym królem polowania został Ernest Wilimowski, zdobywca trzech bramek. W zdobyciu klasycznego hat-tricka przeszkodził mu Leonidas, zdobywca gola na 4:3. Warto wspomnieć, że w regulaminowym czasie gry ”Ezi”, jak mówiono na Wilimowskiego, trafił w słupek, a Piec chybił mając przed sobą jedynie pustą bramkę. Przy końcowym wyniku 4:4 zarządzono dogrywkę. Tutaj emocji również nie zabrakło. Już w pierwszej części dwa razy trafił Leonidas. Wiele źródeł podaje, że uczynił to… grając na bosaka, bez butów. Rzecz nie do pojęcia w dzisiejszym futbolu nie mogła mieć miejsca także 80 lat temu. Sędzia nie zezwoliłby mu grać bez obuwia. Prawda jest taka, że Człowiek Guma zaliczył jedno trafienie po strzale gołą stopą, po tym jak chwilę wcześniej, w trakcie przeprowadzania akcji, zgubił buta w grząskiej nawierzchni. Polaków stać było jedynie na kontaktowe trafienie Wilimowskiego. Chwilę później arbiter zakończył mecz. Hokejowy wynik 6:5 i znakomita gra obydwu zespołów są wspominane po dzisiaj. Przez wielu fanatyków i znawców Mundiali spotkanie jest wymieniane w wąskim gronie najlepszych widowisk w historii piłkarskich Mistrzostw Świata. Wyczyn Ernest Wilimowskiego – cztery bramki w jednym spotkaniu – był niedoścignięty aż do 1994 roku, kiedy Rosjanin Oleg Salenko pięć razy pokonał bramkarza Kamerunu.

Ernest Wilimowski. /fot. Wikipedia

Do ćwierćfinału, obok Brazylii i Szwecji, awansowali Szwajcarzy (1:1 i 4:2 z III Rzeszą), Węgrzy (6:0 z Holenderskimi Indiami Wschodnimi), Kubańczycy (3:3 i 2:1 z Rumunią), Francuzi (3:1 z Belgią), Włosi (2:1 z Norwegią) i Czechosłowacja (3:0 z Holandią). W tym ostatnim starciu doszło do precedensowego wydarzenia. Pierwszy raz w historii Mistrzostw Świata zdarzyło się, by w regulaminowych 90 minutach gry padł bezbramkowy remis. Dotyczy to zarówno samych turniejów mistrzowskich, jak i eliminacji. W każdym z poprzednich 89 meczów takiej rangi padał co najmniej jeden gol.

Czechosłowacja – Holandia. /fot. pinimg.com

Chyba nikogo nie zaskoczy, jeśli napiszę, że w turniej znów wplątała się polityka. Oczywiście ponownie za sprawą Benito Mussoliniego. Znakomicie pokazał to ćwierćfinałowy mecz pomiędzy Francją a Włochami. Il Duce nakazał swoim rodakom wystąpić w czarnych koszulkach na cześć wspieranej przez dyktatora Falangi. Dla Mussoliniego nie było innego scenariusza niż ten, że Włosi ponownie zdobędą tytuł Mistrzów Świata, co jeszcze bardziej podkreśli potęgę budowanego przez niego kraju faszystowskiego. Sędziowie grali w jednej drużynie z gośćmi z Półwyspu Apenińskiego, wspomagając ich w newralgicznych momentach spotkań. Italia pokonała Francję 3:1. Tym samym Francuzi zapisali się na kartach futbolu jako drużyna, która jako organizator Mistrzostw Świata rozegrała najmniej spotkań (dwa). W pozostałych ćwierćfinałach Węgrzy pokonali 2:0 Szwajcarię, Szwedzi rozgromili Kubę 8:0, a brutalne starcie między Brazylią a Czechosłowacją, zakończone remisem 1:1, trzeba było powtórzyć. W powtórce Canarinhos zwyciężyli 2:1.
W półfinałach Węgry pewnie pokonały Szwecję 5:1, a Włosi podejmowali Brazylię. Wielkie ryzyko podjął trener Canarinhos, Asemar Pimenta, dając odpocząć swojemu najlepszemu zawodnikowi, Leonidasowi. Według szkoleniowca napastnik miał oszczędzać siły na finał. Na finał, w którym zabrakło zarówno Leonidasa, jak i pozostałych kolegów z drużyny, bowiem ulegli Italii 1:2. Awans do wielkiego finału dał Włochom wątpliwy rzut karny wykorzystany przez Giuseppe Meazzę. Trafienie wzbudziło na trybunach salwę śmiechu, bo zmierzającemu do piłki zawodnikowi Interu spadły spodenki. Będąc w biegu złapał jedną ręką za dolną część swojego piłkarskiego stroju i posłał futbolówkę obok zdezorientowanego Waltera. Zwycięstwo z Brazylią było szeroko komentowane we Włoszech. Faszystowskie media, przychylne reprezentacji i kontrolowane przez Benito Mussoliniego, pisały:

Składamy hołd włoskiej inteligencji, która zatriumfowała nad brutalną siłą czarnych.

W starciu o trzecie miejsce lepsi okazali się Brazylijczycy, ogrywając Szwecję 4:2. Wielki finał pomiędzy Włochami a Węgrami rozegrano 19. czerwca w Paryżu. Na kilka godzin przed rozpoczęciem widowiska Vittorio Pozzo otrzymał telegram z bardzo krótką wiadomością: Zwycięstwo albo śmierć. Oczywiście nie trudno się domyśleć, że nadawcą był nie kto inny jak Benito Mussolini. Włoski szkoleniowiec wziął sobie mocno do serca przekazaną mu depeszę i w obawie o swoje życie motywował swoich zawodników do zagorzałej walki. Madziarze również byli bardzo zmotywowani. Wybuchowa mieszanka 22 zawodników walczących z całych sił o zwycięstwo spowodowała, że starcie musiało zostać przerwane na kilka minut. Przerwa była konsekwencją regularnej bójki, do której doszło między dwiema stronami.

Włosi wygrali 4:2 po dubletach Colaussiego i Pioli. Dla Węgrów trafiali Titkos i Sarosi. Piłkarze znad Dunaju bardzo dobrze zdawali sobie sprawę, z jakim ciężarem psychicznym przystąpili do finału ich przeciwnicy, czego dowodem są pomeczowe słowa bramkarza, Antala Szabo:

Pozwoliłem wbić sobie aż cztery gole, ale przynajmniej uratowałem im życie.

Azzurri zostali pierwszą drużyną, która obroniła tytuł mistrzowski sprzed czterech lat. Ceremonii zakończenia Mundialu przewodniczył sam Mussolini. Na jego żądanie podopieczni Pozzo musieli założyć mundury, w których bardziej przypominali żołnierzy niż piłkarzy.

Pamiątkowe zdjęcie na ceremonii zakończenia Mistrzostw Świata. Mussolini w białym garniturze, w centralnej części fotografii. /fot. Getty Images

Dzień po triumfie Włochów, na łamach Lo Sport Fascita ukazał się tekst:

W kraju i poza granicami, w sporcie i poza nim, my, Włosi, drżeliśmy i wciąż drżymy z pozytywnych emocji na widok tych rasowych atletów, którzy pokonali tak wielu zacnych oponentów. Widzimy w nich symbol nieposkromionego marszu Włochów Mussoliniego.

Królem strzelców Mistrzostw Świata został Leonidas, autor 7 trafień. Brazylijczyk był pierwszym piłkarzem z kraju kawy i słońca, który zdobył międzynarodową sławę. Rozkochał w sobie rzeszę kobiet, a francuskie media pisały, że podczas gry sprawia wrażenie, jakby miał sześć nóg. Zasłynął z niezliczonej liczby pięknych goli, zwłaszcza strzelanych przewrotką. Niektóre z nich były tak magiczne, że chwilę po ich strzeleniu odbierał gratulacje od pokonanych chwilę wcześniej bramkarzy. Był nazywany Diamente Negro (Czarny Diament).

fot. fifa.com

Gdy wszystkie ekipy rozjeżdżały się do swoich krajów, większość żyła w przekonaniu, że za cztery lata na terenie III Rzeszy odbędzie się kolejny mundialowy turniej. Mało kto przypuszczał, że na następne Mistrzostwa Świata przyjdzie zaczekać aż dwanaście lat…

__________________

Sprawdź poprzednie artykuły mundialowego cyklu:
1.Mundial 1930: Ale finał gramy naszą!
2.Mundial 1934: Propaganda faszyzmu.

__________________

fot. wyr. pinimg.com. Reprezentacja Włoch na kilka minut po zakończeniu finału z Węgrami.

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*