Mundial 1950: Maracanazo

Mundial 1950: Maracanazo

Wyniszczająca II Wojna Światowa zabiła mundialowe rozgrywki na 12 lat. Kiedy wojenny pył opadał na dobre, FIFA postanowiła wrócić do tradycji zapoczątkowanej w 1930 roku i ponownie zorganizować największy i najbardziej interesujący turniej piłkarski na świecie. Prawo do organizacji mistrzostw otrzymała Brazylia. Kraj bezgranicznie zakochany w futbolu znakomicie bawił się podczas zawodów, jednak po ostatnim gwizdku czempionatu pogrążył się w długą żałobę. Żałobę, która w niektórych kręgach trwa do dziś.

To, że Brazylijczycy kochają futbol, jest bardziej oczywiste niż fakt, że Ziemia kręci się wokół Słońca, woda przybiera kształt naczynia, w którym się znajduje, a kilogram słomy waży tyle samo co kilogram miedzi. Nie będzie wielką przesadą, jeśli stwierdzę, że w Brazylii obowiązuje politeizm. Bardzo mocno wierzy się jednocześnie w dwa bóstwa – Jezusa Chrystusa i piłkę nożną.
W 1945 roku zakończyła się II Wojna Światowa. Najbardziej ucierpiała w niej Europa, będąca w wielu miejscach jedną wielką ruiną. FIFA obawiała się, że wiele drużyn nie dotrze na mistrzowski turniej, tłumacząc, że ich kraj podnosi się z kolan po najtragiczniejszej wojnie w historii ludzkości. Jednak już w 1946 roku postanowiła, że gospodarzem kolejnego Mundialu będzie Brazylia. Latynosi przedstawili bliźniaczą ofertę do złożonej przez siebie przed 1942 rokiem, gdy o czempionat, który ostatecznie nie doszedł do skutku, konkurowali z Niemcami. Państwo naszych zachodnich sąsiadów, jednych z głównych  prowodyrów dramatu XX wieku, było zniszczone na tyle, że nie było mowy o kandydowaniu na gospodarza tak wielkiej imprezy świeżo po wojnie. Oprócz tego, wraz z Japonią, dostało zakaz startowania w eliminacjach. Brazylijczycy zaproponowali rozegranie turnieju w 1949 roku, jednak FIFA chciała kontynuować czteroletnie przerwy między rozgrywkami.
Pewny start w Mistrzostwach Świata miała Brazylia, jako gospodarz, i Włochy, jako aktualny mistrz. Do obsadzenia było jeszcze 14 miejsc i 32 chętnych. Europę podzielono na sześć grup. Zgodnie ze standardami poprzednich turniejów, kraje podzielono, plus minus, geograficznie. Co warte odnotowania, w pierwszej z grup rywalizowała Anglia, która bez problemu zdobyła Mistrzostwo Państw Brytyjskich i z pierwszego miejsca wywalczyła awans. Kraje zza żelaznej kurtyny, w tym m. in. Czechosłowacja, Węgry, Związek Radziecki, zrezygnowały z uczestnictwa w kwalifikacjach. Państwa obu Ameryk zostały rozmieszczone w trzech grupach. W dwóch z nich meczów nie rozegrano, co było efektem rezygnacji Argentyny, Ekwadoru i Peru. Ostatnią, dziesiątą grupę eliminacyjną, tworzyły Burma (Mjanma), Indonezja, Filipiny i Indie, jednak i tutaj nie rozegrano ani jednego meczu. Pierwsza trójka wycofała się z kwalifikacji, zatem w Ameryce Południowej miały zameldować się Indie.
Możliwość udziału w turnieju, obok Brazylii i Włoch, wywalczyły ekipy: Boliwii, Chile, Paragwaju, Urugwaju, Meksyku, Stanów Zjednoczonych, Anglii, Hiszpanii, Szkocji, Szwecji, Szwajcarii, Szkocji, Jugosławii i Indii. Niedługo po zakończeniu eliminacji doszło jednak do lekkiego przetasowania uczestników. Szkoci unieśli się dumą, tłumacząc, że skoro w swojej grupie zajęli dopiero drugie miejsce (za Anglią), nie mogą brać udziału w zawodach. Odpadli także Jugosłowianie, których przerosły koszty podróży za ocean. W ich miejsce próbowano zaprosić inne drużyny, z czego skorzystali jedynie Francuzi. Ostatecznie do rozgrywek miało przystąpić 15 krajów. Miało, ale! Już po podziale na grupy, z turnieju zrezygnowały Indie (zbyt wysokie koszty podróży, poza tym piłkarzom zabroniono grać na bosaka) i Francja (zbyt duże odległości między stadionami). Na tym koniec tasowań, oficjalnie – w Mistrzostwach Świata w 1950 roku udział wzięło 13 zespołów.

Oficjalna piłka Mistrzostw Świata 1950. /fot. pinimg.com

Organizatorzy postanowili wprowadzić innowacyjność w rozgrywkach, układając je w niespotykanej wcześniej formie. Zespoły zostały podzielone na cztery grupy, w których standardowo każdy grał z każdym. Do pierwszego zbioru wylosowano Brazylię, Szwajcarię, Jugosławię i Meksyk, a do drugiego Anglię, Hiszpanię, Chile i USA. Wspomniane nieco wcześniej rezygnacje spowodowały, że w grupie trzeciej grały trzy (Włochy, Szwecja, Paragwaj), a w grupie czwartej tylko dwa zespoły (Urugwaj i Boliwia). Zwycięzca każdej z nich uzyskiwał awans do fazy finałowej. W praktyce była to 4-drużynowa grupa i również tutaj każdy miał grać z każdym. Teoretycznie istniało dość duże ryzyko, że nowego Mistrza Świata poznamy przed zakończeniem turnieju.
Drużyny rozgrywały swoje spotkania na sześciu stadionach. Brazylijczycy, lubiący wyolbrzymiać swoje zasługi i pokazywać swoją wyższość, zaplanowali, że jeden z obiektów będzie tak gigantyczny, że wkrótce stanie się równie wielkim symbolem Rio de Janeiro jak Pomnik Chrystusa Odkupiciela. Do pracy zaangażowano 10 tys. robotników. W takich okolicznościach powstawała Maracana, jeden z najbardziej okazałych i legendarnych stadionów w historii piłki nożnej. Oficjalnie miała zapewnić rozrywkę 183 tysiącom kibiców.

Rozgrywki pierwszej fazy grupowej zostały zdominowane przez zdecydowanych faworytów, choć nie zabrakło turboniespodzianki. Anglia, od lat uważająca się za najlepszą ekipę we wszechświecie, przegrała ze Stanami Zjednoczonymi 0:1. Tak sam wynik osiągnęła z Hiszpanią i z grupy nie wyszła. Na pole walki w drugiej rundzie stanęły drużyny Brazylii, Hiszpanii, Szwecji i Urugwaju. Aby ustalić kolejność gier, ciągnięto losy. Po dwóch kolejkach tej fazy szansę na końcowy triumf zachowały tylko dwie drużyny, obie z Ameryki Południowej. Los chciał, że zmierzyły się w decydującym starciu na Maracanie. Gospodarze szli jak tajfun, pokonując po drodze Szwecję (7:1) i Hiszpanię (6:1). Co warte podkreślenia, w tych dwóch spotkaniach trener Flavio Costa ustawił swoich piłkarzy w systemie W-M, co, jak widać, przyniosło bardzo dobre efekty. Ich finałowi oponenci męczyli się w tym czasie niemiłosiernie, remisując z Hiszpanią (2:2) i pokonując rzutem na taśmę Szwecję (3:2). Nic więc dziwnego, że zdecydowanym faworytem „finału” byli Brazylijczycy. Dziwi jednak atmosfera ostatnich dni, godzin i minut przed spotkaniem.
Cały kraj żył mistrzostwami. Zainteresowanie rosło z meczu na mecz, osiągając zenit 16. lipca 1950 roku. Już od rana można było zaopatrzyć się w gazetę O Mundo, mającą na okładce zdjęcie swoich ulubieńców z napisem: „Oto Mistrzowie Świata”. Obdulio Varela, fenomenalny kapitan Urugwajczyków, wykupił wszystkie egzemplarze dostępne w hotelowym kiosku i rozłożył je starannie w łazience, tytułem do góry. Zwołał całą drużynę, wygłosił motywujące przemówienie, a na koniec nakazał wszystkim oddać mocz na leżącą makulaturę.
Radio i telewizja niemal non stop gloryfikowały sukces Canarinhos. Sukces, który przecież jeszcze nie nadszedł. Kilka minut przed meczem na murawie pojawił się gubernator Rio de Janeiro, Angelo Mendes de Moraes, stanął na środku murawy i w obecności tysięcy kibiców, reporterów z wielu zakątków globu i przede wszystkim Urugwajczyków, pogratulował swoim piłkarzom mistrzowskiego tytułu. O godzinie 15:00 obie jedenastki wybiegły na murawę największego obiektu piłkarskiego na świecie. Gospodarzom do sięgnięcia po mistrzostwo wystarczył remis, Urugwajczycy musieli wygrać. Organizatorzy sprzedali dokładnie 173 850 biletów, ale na stadion wdarło się co najmniej kilkanaście tysięcy osób bez wejściówek. Oficjalna liczba – 199,854 kibiców – nigdy nie została pobita i wszystko wskazuje na to, że już na zawsze będzie rekordem publiczności na meczu piłkarskim.
Wrzawa na stadionie była nie do opisania. Dwieście tysięcy par wrogo nastawionych oczu spowodowały, że pod gośćmi ugięły się nogi. Jeden z nich, Julio Perez, tak bardzo stresował się zaistniałymi okolicznościami, że podczas grania hymnów państwowych zsikał się w spodenki. Od pierwszego gwizdka usilnie chcieli udowodnić, że w piłce nie rozdaje się nagród przed udowodnieniem swojej wyższości na murawie.
Bardzo dobry manewr zastosował trener Juan Lopez. Obserwując wcześniejsze potyczki Canarinhos doszedł do wniosku, że skoro największe problemy sprawiła im Szwajcaria, musi uszeregować swoją drużynę w takim samym ustawieniu. No i oczywiście przeszedł od myśli do czynu. Jego podopieczni zagrali w nietypowej formacji 1-3-3-3. Przynosiła dobre efekty już od pierwszych minuty. Brazylijczycy nie byli w stanie grać z takim polotem jak w dwóch poprzednich starciach, w których wbili rywalom aż 13 bramek. Co prawda mądra gra nie uchroniła Urusów przed utratą gola, gdy w 47. minucie Friaca popisał się lekkim, mierzonym strzałem, ale waleczni przybysze znad La Platy nie poddali się. Nie poddali się, choć w najbliższej okolicy tylko 0,005% osób wierzyło w ich zwycięstwo. Tak, tylko oni sami.
Odpowiedzialność za wynik przejął na swoje barki kapitan Varela. W 66. minucie zagrał na prawo do Ghiggii, ten pociągnął skrzydłem, spojrzał na pole karne i odegrał do Schiaffino, a ten wyrównał stan meczu. Pierwszy raz tego dnia na Maracanie nastała cisza, a w szeregach Canarinhos niebywała konsternacja. Niespełna kwadrans później doszło niemal do kopii akcji bramkowej. Ghiggia postanowił wykończyć ją samodzielnie, czym zupełnie zaskoczył Barbosę, który dał sobie wbić gola w krótki róg swojej bramki. W tym momencie, najprawdopodobniej pierwszy raz w historii, około 30 osób (piłkarze, rezerwowi i sztab Urugwaju) było głośniejszych od dwustu tysięcy przeciwników. Brazylijczyków nie było stać na podniesienie się z kolan. Przegrali 1:2. Złota Nike trafiła do Urugwaju.

fot. thesefootballtimes.co

Opuszczaniu stadionu przez kibiców również towarzyszyła głucha cisza. Słychać było jedynie szuranie butów. Wszyscy w zadumie udali się prosto do swoich domów. Po drodze ucierpiało jedynie popiersie gubernatora Rio, tego samego, który dwie godziny wcześniej gratulował mistrzom świata, którzy mistrzami nie zostali. Brazylia okryła się wielką żałobą.

Buty Ghiggii z „meczu finałowego”, jeden z najcenniejszych eksponatów Urugwajskiego Muzeum Piłki Nożnej. /fot. paragonauctionsite.com

Od następnego dnia rozpoczęło się poszukiwanie winnych. Trafiło na trzech czarnoskórych piłkarzy reprezentacji Brazylii – Bigodę, Juvenala Amarijo i Moacira Barbosę. Najbardziej ucierpiał Barbosa, zdecydowanie najlepszy bramkarz turnieju. Canarinhos nigdy wcześniej i nigdy później nie mieli golkipera o takiej klasie sportowej. Po Maracanazo był jednak skończony. Przez całe życie wytykano go palcami, niejednokrotnie słyszał na ulicy, że to ten, przez którego płakała cała Brazylia. Latynosi, skłonni do wierzenia w przesądy, stwierdzili, że ciemnoskóry bramkarz stanowi złym fatum, zatem przez niemal pół wieku od finału w świątyni reprezentacji narodowej stali tylko i wyłącznie biali zawodnicy. Dopiero w 1999 roku do kadry trafił Dida. Barbosa oddałby wszystko, by móc cofnąć czas i złamać sobie nogę tuż przed pierwszym Mundialem po II Wojnie Światowej. Szukał wielu sposobów, by pozbyć się złych duchów z Maracany. W 1963 roku zaprosił swoich znajomych na ognisko i grilla. Ogień pochłonął drewniane obramowanie bramki, na którą gole strzelali Urugwajczycy. Nie pomogło.

W 1993 roku chciał odwiedzić reprezentację Brazylii przed eliminacyjnym meczem do Mistrzostw Świata 1994. Nie został wpuszczony na teren obiektu, ponieważ obawiano się, że znowu przyniesie pecha. Komentarz Barbosy nie pozostawia wątpliwości, że przez długie lata był więźniem swojego sumienia i wrogiem publicznym numer jeden:

W Brazylii najwyższy wymiar kary za najcięższe przestępstwa to 30 lat. Moja kara trwa już 43 lata.

Czarnoskóry golkiper nie był jedynym fatum, z którym Brazylijczycy chcieli się uporać. Nieszczęścia szukali także w jednolitych, białych koszulkach swoich piłkarzy. W związku z tym zorganizowano konkurs na nowe trykoty reprezentacyjne. Wymogiem było użycie w nich czterech kolorów Brazylii – zielonego (lasy Amazonii), żółtego (złoto i inne bogactwa kraju), niebieskiego (kolor nocnego nieba w Rio) i jedynie symbolicznej ilości białego (gwiazdozbiory). Zwyciężył projekt 19-letniego Aldyra Garcii. Obowiązuje do dziś, a żółte koszulki Canarinhos są najpopularniejszym strojem sportowym na świecie.
Zizinho, jedna z gwiazd ówczesnej reprezentacji Brazylii, jako jeden z nielicznych zachował zdrowy rozsądek i próbował szukać racjonalnych przyczyn porażki. Znalazł je m. in. w ustawieniu W-M, który, jego zdaniem, totalnie nie zdał egzaminu. Miał żal do swojego trenera, że ten w trakcie turnieju kombinował z formacjami. Za kluczowego zawodnika finału uznał Obdulio Varelę, o którym powiedział:

Pomiatał nami jak bezdomnymi psami.

Porażkę podsumował słowami:

W Brazylii bycie wicemistrzem jest do kitu. Już lepiej przegrać przed finałem.

Z racji faktu, że od początku dziejów w ludzkich głowach bardziej pozostają spektakularne porażki niż niespodziewane zwycięstwa, wielkich piłkarzy Urugwaju z finału z Maracany częściej wspomina się w Brazylii niż w ich ojczyźnie. Wspomniany Varela w nagrodę za wygranie Mundialu dostał w Montevideo… 19-letniego forda. Nacieszył się nim jedynie tydzień, bo po tym czasie został skradziony. Alcides Ghiggia, zdobywca decydującego gola, był tak znudzony ciągłymi telefonami od brazylijskich dziennikarzy, że za rozmowę ze sobą żądał pieniędzy. Trochę ich nazbierał, bowiem był najdłużej żyjącym piłkarzem spośród wszystkich bohaterów południowoamerykańskiego starcia. Duch Maracany nie opuszczał go nawet w dniu śmierci – 16. lipca 2015 roku – dokładnie 65 lat po pamiętnym meczu. Za życia powtarzał:

Tylko trzy osoby zdołały uciszyć Maracanę – Frank Sinatra, Jan Paweł II i ja.

Brazylijczycy nigdy nie zapomną wydarzeń z Maracany z 1950 roku. Porażka jest rozpamiętywana na wiele sposobów, powstało na jej temat wiele książek. Swego czasu w kraju kawy i słońca dużą popularnością cieszył się film o finale, w którym zmieniono bieg wydarzeń. Sfingowano, że to gospodarze zdobyli pierwsze w swojej historii Mistrzostwo Świata. Widzowie czuli zapewne wielki żal na napisach końcowych, gdy uświadamiali sobie, że film nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Finałową klęskę najtrafniej, oczywiście z perspektywy Brazylijczyków, podsumował brazylijski mistrz pióra, dziennikarz, dramatopisarz i powieściopisarz, Nelson Rodrigues:

Każdy kraj ma swoją niepowetowaną narodową katastrofę na kształt Hiroszimy. Naszą katastrofą, naszą Hiroszimą, była przegrana z Urugwajem w 1950 roku.

__________________

Sprawdź poprzednie artykuły mundialowego cyklu:
1.Mundial 1930: Ale finał gramy naszą!
2.Mundial 1934: Propaganda faszyzmu.
3.Mundial 1938: Zwycięstwo albo śmierć.

__________________

fot. wyr. dfb.de

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*