Mundial 1962: Taniec Garrinchy

Mundial 1962: Taniec Garrinchy

Na kongresie FIFA w Lizbonie w 1956 roku ustalono, że w 1962 roku Mistrzostwa Świata wrócą do korzeni, do Ameryki Południowej. Organizację powierzono Chile. Mimo faktu, że turniej upłynął pod dyktando gry obronnej, głównym aktorem został zawodnik, który brzydził się defensywą. Garrincha, bo o nim mowa, rozkochał w sobie cały świat jeszcze bardziej niż cztery lata wcześniej.

Chęć organizacji siódmego czempionatu w historii wyraziły cztery państwa: Hiszpania, Niemcy, Argentyna i Chile. W związku z faktem, że nieco wcześniej FIFA obiecała Anglii turniej w 1966 roku, stało się jasne, że Mundial w 1962 roku zostanie powierzony któremuś państwu z Ameryki Południowej. Zdecydowanym faworytem była Argentyna. Nieoficjalnym hasłem wyborczym chilijskiej delegacji stały się legendarne słowa Carlosa Dittborna: „Ponieważ nie mamy nic, zrobimy wszystko”. I rzeczywiście, Dittborn stawał na głowie, by udowodnić światowej federacji, że ta nie pożałuje wyboru. Udało się. Oczywiście nie obyło się bez przeszkód, ale wszystko zostało oddane na czas. Ponadto przygotowania do najważniejszego piłkarskiego święta bardzo wpłynęły na rozwój infrastruktury i komunikacji kraju.

Carlos Dittborn, chilijski ojciec sukcesu. /conmebol.com

Niestety, inicjator sukcesu nie dożył zawodów. Zmarł nagle na nieco ponad miesiąc przed ich rozpoczęciem, 28 kwietnia 1962 roku. Na jego cześć stadion w Arice, jeden z zaledwie czterech turniejowych obiektów (obok tych w Santiago, Vina del Mar i Rancagua), nazwano jego imieniem. Pierwotnie piłkarze mieli rywalizować na ośmiu arenach, jednak w 1960 roku Chile nawiedziło paskudne trzęsienie ziemi, jedno z najpotężniejszych w historii, wskutek którego życie straciło ponad 2000 osób. Tragedia nie oszczędziła także stadionów.

fot. wtop.com

Zgodnie z tradycją, pewny udział w Mistrzostwach Świata miała drużyna gospodarzy, Chile, i obrońca tytułu, Brazylia. Chęć uczestnictwa wyraziło ponadto 56 ekip. Wśród nich Polska, której w grupie kwalifikacyjnej przydzielono Jugosławię i Islandię. Islandczycy finalnie wycofali się z rozgrywek, zatem przed Biało-Czerwonych czekał jedynie dwumecz i ewentualny play-off z jedną z drużyn azjatyckich. Znowu było bardzo blisko. Po przegranej w Belgradzie 1:2, w Chorzowie padł remis 1:1. Jugosławia zmierzyła się później z Koreą Południową, gładko wygrywając 3:1 i 5:1.

Finały rozegrano w dniach 30 maja – 17 czerwca. Lista uczestników prezentowała się następująco: Chile, Brazylia, Bułgaria, Szwajcaria, RFN, Węgry, ZSRR, Anglia, Włochy, Czechosłowacja, Hiszpania, Jugosławia, Argentyna, Urugwaj, Kolumbia i Meksyk. Nie kombinowano z zasadami, były niemal bliźniacze do tych, które wspaniale sprawdziły się cztery lata wcześniej. Z jedną różnicą. Zrezygnowano z barażu w przypadku równej liczby punktów uzyskanych przez drugą i trzecią drużynę w tabeli. O awansie miał wówczas w pierwszej kolejności zadecydować stosunek bramek, następnie więcej strzelonych bramek, a gdyby i to nie przyniosło rozstrzygnięcia, sprawy należało powierzyć losowi. Ostatni raz na mistrzostwach zdarzyło się, by w reprezentacji kraju wystąpił zawodnik, który w przeszłości reprezentował barwy innego kraju. Węgier Puskas i Urugwajczyk Santamaria wystąpili w barwach Hiszpanii, a Mazzola, aktualny Mistrz Świata, stał się Altafinim i założył niebieską koszulkę Włoch. FIFA stanowczo zabroniła takich praktyk w przyszłości.
Ekipy podzielono na cztery grupy, każda rozgrywała swoje mecze w jednym z miast-organizatorów. W Arice mierzyli się Urugwaj, Kolumbia, ZSRR i Jugosławia; w Santiago Chile, Włochy, RFN i Szwajcaria; w Vina del Mar Brazylia, Meksyk, Czechosłowacja i Hiszpania; w Rancagua Argentyna, Anglia, Bułgaria i Węgry.
Na rok przed Mundialem Vicente Feola złożył rezygnację z posady selekcjonera reprezentacji Brazylii. Turniej oglądał w szpitalnym telewizorze. Jego następcą został Aymore Moreira. Nowy szkoleniowiec znał zawodników od podszewki, więc nie musiał zbytnio eksperymentować. Do Chile zabrał niemal ten sam skład, który cztery lata wcześniej wywalczył złoto w Szwecji. Na swoim kontynencie miał powtórzyć ten wyczyn. Oczy kibiców były zwrócone na dwóch najbardziej wartościowych zawodników mistrzowskiej ekipy, Pelego i Garrinchę. Ten pierwszy bramki zdobywał hurtowo. Jego liczby z poprzednich lat w barwach Santosu i reprezentacji budziły nieprzesadzony podziw:

1959 r.: 92 mecze, 111 bramek;
1960 r.: 73 mecze, 63 bramki;
1961 r.: 75 meczów, 111 bramek.

Liczby Garrinchy wyglądały znacznie bardziej ubogo, ale to nie liczby stanowiły wyznacznik jego wielkości dla brazylijskich kibiców i obiektywnych obserwatorów. Mane miał dawać show. Na mecze ligowe ludzie często przychodzili nie na mecze, tylko na Garrinchę. Należy podkreślić, że okres międzymundialowy nie dawał powodów, by myśleć, że turniej w Chile będzie należeć do niego. Zawodnik pochodzący z Pau Grande przybrał na wadze, spożywał coraz większe ilości alkoholu i dorobił się dwóch nieślubnych dzieci. Na chwilę przed Mundialem definitywnie porzucił swoją małżonkę Nair, z którą miał piątkę dzieci, i związał się z piosenkarką, Elzą Soares. Para stała się obiektem pożądania dla paparazzich, gazety codziennie rozpisywały się na ich temat, zarzucając Elzie, że rozbiła małżeństwo piłkarza. Suchej nitki nie pozostawiano oczywiście także na samym zawodniku, który został przeklęty nawet przez najbliższych ze swojej ukochanej miejscowości.

Garrincha i Elza Soares. /fot. historiadordofutebol.com.br

Od dłuższego czasu mówiło się, że na czempionacie w Chile reprezentacje porzucą piękno gry na rzecz wyników. W związku z tym bardziej zaczęto starać się nie o to, by gola strzelić, ale przede wszystkim, by go nie stracić. Według wielu obserwatorów kluczowym zawodnikiem drużyny Moreiry był Mario Zagallo. Wobec bardzo ofensywnego usposobienia Mane, Zagallo został cofnięty do drugiej linii. W taki sposób formacja 4-2-4 z 1958 roku przeobraziła się na 4-3-3.
Brazylijczycy byli głównymi faworytami do sięgnięcia po tytuł. Do Chile, podobnie jak do Szwajcarii, zabrali liczny sztab. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, że zawodnicy będą uciekać z hotelu na panienki. Lekarze ekipy obawiali się, by piłkarze, mówiąc kolokwialnie, niczego nie złapali. W związku z tym jeden z nich, doktor Gosling, udał się do pobliskiego burdelu i nakazał przebadać 24 dziewczyny. Zapisał sobie ich nazwiska i nakazał burdel-mamie, by tylko one towarzyszyły sportowcom w potrzebie „rozładowania emocji”. Brazylijczycy dostali zielone światło na zabawę, wszystko mieli opłacone, ale musieli wracać do hotelu przed 19:00. Garrincha był jednym z pierwszych, którzy zaczęli korzystać z usług profesjonalistek. W pewnym momencie przestał. Nie dlatego, że zmniejszył mu się pociąg. W hotelu poznał jedną z pracownic, długonogą blondynkę, i od tej pory to ona spełniała jego fantazje.

Faza grupowa potwierdziła przewidywania o defensywnej grze zespołów. Koncertowej grze na pewno przeszkadzała piłka Crack, uznana za najgorszą futbolówkę w historii Mundiali. Wyprodukowali ją Chilijczycy i oglądając mecze można było odnieść wrażenie, że jedynie reprezentacja Chile nie ma z nią problemów.

Crack, oficjalna piłka mistrzostw.

Oprócz niespotykanej dotąd defensywy, w rozgrywkach dała znać o sobie nadmierna brutalność. Osiągnęła swój zenit podczas starcia Chile z Włochami, okrzykniętego Bitwą o Santiago. Gospodarze byli bardzo nabuzowani przed meczem z Italią, czego powodem były mundialowe relacje włoskiej prasy. Na Półwyspie Apenińskim pisano o Chile jak o kraju trzeciego świata, w którym jest więcej prostytutek niż taksówek, na ulicach widać głodujące dzieci, woda pitna jest wątpliwej jakości, a ludzie zacofani. Bardzo rozwścieczyło to chilijskich zawodników. W bój poszły łokcie i pięści, a Włosi nie pozostawali dłużni. Z murawy tak iskrzyło, że do akcji musiała wkroczyć nawet policja. Wobec takich wydarzeń angielski sędzia, Ken Aston, usunął z boiska dwóch zawodników Azzurrich, a po spotkaniu, wygranym przez Chile 2:0, bardzo nalegał na wprowadzenie do piłki nożnej kartek.

W starciu Kolumbii z ZSRR doszło do bezprecedensowego wydarzenia. Los Cafeteros przegrywali już 1:4, gdy został im przyznany rzut rożny. Marcos Coll zdecydował się na bezpośredni strzał i pokonał legendarnego Jaszyna. Spektakularna bramka bardzo poderwała Kolumbijczyków do walki, co w efekcie dało im remis 4:4.
Faworyzowana Brazylia w grupie zbytnio nie zachwycała. Po zwycięstwie 2:0 nad Meksykiem przyszedł czas na starcie z Czechosłowacją. Bardzo wyrównane spotkanie, zakończone bezbramkowym remisem, miało olbrzymi wpływ na dalszą fazę mistrzostw. Po starciu z Masopustem boisko z kontuzją musiał opuścić Pele. Ucierpiał przywodziciel, co wykluczyło udział napastnika w dalszej fazie turnieju. Wydawało się, że marzenia o obronie mistrzowskiego tytułu właśnie legły w gruzach. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. W przeddzień meczu z Hiszpanią, którego stawką było wyjście z grupy, Moreira zwrócił się do Amarildo słowami:

„Chcę, abyś jutro udowodnił, że jesteś prawdziwym mężczyzną”.

Piłkarz Botafogo był młodym, 21-letnim chłopakiem z dziecięcą fantazją i nieco infantylnym zachowaniem. Na przerwę Canarinhos schodzili przegrywając 0:1. Druga odsłona meczu pokazała męskość Amarildo. Młokos strzelił dwa gole i zapewnił swojej drużynie awans do ćwierćfinału. Oprócz Brazylii do fazy pucharowej awansowały ZSRR, Jugosławia, RFN, Chile, Czechosłowacja, Węgry i Anglia. Warto odnotować, że w trzech meczach grupowych Garrincha ani razu nie wpisał się na listę strzelców. Jego boiskowa wartość wciąż była niepodważalna.

Amarildo. /fot. fifa.com

Niezbyt przekonywująca postawa Canarinhos w rozgrywkach grupowych zrodziła przerażenie wśród niektórych piłkarzy przed ćwierćfinałowym starciem z Anglią. Zagallo zestresował się do tego stopnia, że przed wyjściem na murawę chciał oddać mocz, ale najzwyczajniej w świecie nie dał rady, gdy podejmował próby nad toaletą. Problem napełnionego pęcherza dawał się mu we znaki od początku starcia. Kiedy poczuł, że emocje już opadły, poprosił kilku rezerwowych i fotoreporterów, by szczelnie go otoczyli, po czym uklęknął i wreszcie odcedził kartofelki. Sprawy meczowe wziął w swoje ręce nie kto inny jak Garrincha. Co nie udało mu się w fazie grupowej, odbił sobie z nawiązką w fazie pucharowej. Niemal w pojedynkę wysłał Synów Albionu do domu, a swoich kolegów do półfinału. Brazylia wygrała 3:1, Mane strzelił dwa gole i był najjaśniejszą postacią widowiska.
Maszynka Moreiry dała znać, że zaczyna funkcjonować prawidłowo. W 1/2 finału czekali na nią gospodarze. W przeddzień meczu Brazylijczycy dotarli do Santiago i w obawie przed nieczystymi zagrywkami Chilijczyków mieli oczy i uszy szeroko otwarte. Do tego stopnia, że sztab zabronił zawodnikom spożywać jakiegokolwiek jedzenie przygotowane przez obsługę hotelową. Podejrzewano, że ktoś może spróbować podtruć aktualnych Mistrzów Świata, co znacznie ułatwiłoby zadanie walecznej ekipie Chile. To nie do pomyślenia, ale na dobę przed półfinałem Canarinhos spożywali jedynie… banany i coca-colę. Kiedy wyszli na boisko nie było widać po nich, by byli z tego powodu słabsi. Wręcz przeciwnie. Garrincha bawił się w najlepsze, napędzał niemal każdą akcję kolegów i znów strzelił dwa gole, które, pomimo stronniczego sędziowania na korzyść przeciwników, wybitnie przyczyniły się do zwycięstwa 4:2. Tuż przed zakończeniem spotkania doszło do zdarzenia, po którym cała Brazylia wstrzymała oddech. Mane, przez cały czas faulowany i kopany przez pilnującego go Eladio Rojasa, postanowił nieco się zrewanżować i poczęstował go lekkim kopniakiem w tyłek. „Zrewanżować” to być może za duże słowo. Brazylijczyk za nic w świecie nie chciał zrobić krzywdy swojemu przeciwnikowi, zrobił to bardziej w celu zakomunikowania, by ten dał sobie spokój z polowaniem na jego nogi. Sędzia główny niczego nie zauważył, ale dostał komunikat od swojego asystenta i wyrzucił Garrinchę z boiska. Oznaczało to, że gwiazda Botafogo nie wystąpi w wielkim finale…

Garrincha (7) odesłany do szatni.

Tuż po zakończeniu półfinału brazylijska federacja stawała na głowie, by odkręcić decyzję arbitra. Robiła wszystko, by jej najwartościowszy zawodnik mógł wystąpić w finale z Czechosłowacją. Okazało się, że zabiegi wcale nie były potrzebne. Sytuacja polityczna w latach sześćdziesiątych nakazywała, że trzeba zrobić wszystko, by nie dopuścić do zdobycia Mistrzostwa Świata przez kraj komunistyczny, który w dodatku dysponował amatorskim zespołem. W związku z tym nie było możliwości, by wielkiemu Masopustowi i spółce ułatwiać zadanie. Zwołano specjalną komisję, na której mieli się stawić arbiter główny i arbiter liniowy, rozjemcy meczu z Chile. Całkiem „przypadkiem” liniowy opuścił kraj gospodarza, by udać się do Montevideo przez… Paryż. Ktoś zafundował mu darmową wycieczkę za brak zeznań. Główny arbiter zeznał komisji, że nie widział przewinienia Garrincha, a ten, który mu je zakomunikował, wyjechał z kraju. Nie było innej możliwości – Mane w finale mógł wystąpić.
Zanim do niego doszło Chile pokonało 1:0 Jugosławię w meczu o trzecie miejsce, czym zapewniło sobie swój największy piłkarski sukces w historii.
Drobny pech nie opuszczał Garrinchy. W dniu wielkiego finału obudził się z wysoką gorączką, 39 stopni Celsjusza. Został naszprycowany antybiotykiem, który nieco zbił temperaturę. Na murawie nie dawał po sobie znać, by cokolwiek mu dolegało. Jego tańce z piłką bardzo przyczyniły się do goli Amarildo, Zito i Vavy, dzięki którym Brazylia zwyciężała 3:1 i po raz drugi z rzędu sięgnęła po Złotą Nike.

Co ciekawe, trener Aymore Moreira podczas całego turnieju skorzystał z zaledwie 12 zawodników. Niewykluczone, że gdyby Pele nie odniósł kontuzji, przeszedłby czempionat polegając jedynie na podstawowej jedenastce. Nie zagłębiajmy się jednak w gdybanie, bo kto wie, co by wydarzyło się bez zmiennika Pelego, Amarildo. Nie zapominajmy, że to on wziął na swoje barki psychologiczny i boiskowy ciężar wyjścia z grupy. Ponadto trafił w finale.
Pierwszy raz zdarzyło się, by na Mistrzostwach Świata średnia bramek na mecz zeszła poniżej trzech – 2,78. Liczba potwierdziła, że globalny futbol idzie w kierunku defensywy. Żadnemu z zawodników nie udało się strzelić pięciu goli. Sześciu piłkarzy czterokrotnie pokonywało bramkarzy rywali: Garrincha, Vava, Leonel Sanchez, Florian Albert, Valentin Ivanov i Drazan Jerković. FIFA postanowiła wybrać króla strzelców Mundialu poprzez losowanie. Tutaj poszczęściło się Garrinchy. Ponadto cały świat orzekł, że w Chile nie było lepszego zawodnika. Sporo mówiło się, że w pojedynkę poprowadził swoją reprezentację do triumfu. Przykre, że był to jego ostatni wielki przebłysk. Później było już tylko gorzej…

__________________

Sprawdź poprzednie artykuły mundialowego cyklu:
1.Mundial 1930: Ale finał gramy naszą!
2.Mundial 1934: Propaganda faszyzmu.
3.Mundial 1938: Zwycięstwo albo śmierć.
4.Mundial 1950: Maracanazo.
5.Mundial 1954: Aranycsapat.
6.Mundial 1958Narodziny superduetu – Pele i Garrincha.

__________________

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*