Mundial 1966: God, Save the Queen!

Mundial 1966: God, Save the Queen!

Anglia, ojczyzna futbolu, doczekała się swojego Mundialu w 1966 roku. Już eliminacje budziły niezwykłe emocje, a sam turniej okazał się znakomitą wizytówką piłki nożnej, docierając w nieodkryte wcześniej rejony. Nie zabrakło kontrowersji, które do dzisiaj nie zostały rozstrzygnięte. Kto powstrzymał mistrzowski marsz Brazylijczyków? Który zawodnik jako pierwszy wystąpił na pięciu światowych czempionatach? W jakich okolicznościach Anglicy maszerowali po swój jedyny tytuł? Zapraszamy do lektury.

Organizację Mistrzostw Świata w 1966 roku powierzono Anglii już sześć lat wcześniej. Niesamowicie ciekawe rzeczy, choć niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu, działy się już w eliminacjach. Chęć udziału w turnieju wyraziły 74 kraje. Nie wszystkie stanęły jednak do boju. FIFA postanowiła, że dziesięć z szesnastu możliwych miejsc należy się ekipom europejskim (w tym gospodarzom). Pominę, że niektóre państwa wyraziły przeciw, twierdząc, że za mało. Ameryka Południowa dostała cztery miejsca (w tym Mistrzowie Świata – Brazylia) i również protestowała. Zaledwie jedna ekipa mogła awansować ze strefy CONCACAF, co akurat dla jej członków było normalnością. Największe emocje wzbudził fakt, że odrodzona i świeżo podzielona Afryka oraz Azja i Australia z Oceanią dostały wspólnie jedną pozycję. Afrykanie, na czele których stanął pierwszy prezydent Ghany, Kwame Nkrumah, postanowili zbojkotować eliminacje, jako powód podając „dyskryminację polityczną”. Wśród bojkotujących znalazły się Ghana, Tunezja, Sudan, Gabon, Etiopia, Egipt, Algieria, Senegal, Gwinea, Kamerun, Liberia, Libia, Mali, Maroko, Nigeria i Syria. Ci ostatni zostali przydzieleni do strefy europejskiej, ale postanowili solidaryzować się z Afryką.

Kwame Nkrumah /fot. dailyguideafrica.com

Na placu boju pozostały więc tylko trzy ekipy – Australia oraz dwie Koree. Koniec problemów z walką o jedno miejsce? Oczywiście, że nie. Państwa nie mogły dogadać się w sprawie miejsca, w którym miałyby rozegrać mały turniej eliminacyjny. Pierwotnie wybrano Hongkong, jednak Chiny nie zgodziły się przyznać wiz Koreańczykom z komunistycznej Północy. Południowcy mieli dosyć cyrku i… wycofali się z walki o Mundial. Barażowy dwumecz rozegrano ostatecznie rozegrano w Phnom Penh. Dwukrotnie zwyciężyli Koreańczycy (6:1 i 3:1) i pierwszy raz w historii pojechali na światowy czempionat.
Kolejny raz awansu nie zdołała wywalczyć reprezentacja Polski. Biało-Czerwoni zajęli trzecie miejsce w grupie z Włochami, Szkocją i Finlandią.
Ostateczny skład finalistów ósmych Mistrzostw Świata prezentował się następująco: Anglia, Brazylia, Bułgaria, Francja, Węgry, Włochy, Portugalia, ZSRR, Hiszpania, Szwajcaria, RFN, Meksyk, Argentyna, Chile, Urugwaj i Korea Północna.

Losowanie czterech grup nastąpiło w styczniu i było transmitowane na żywo do wielu krajów, głównie w Europie. Drużyny były wybierane z czterech, wcześniej ustalonych koszyków. W pierwszym znalazły się drużyny z Europy Środkowej (Anglia, Niemcy, Węgry i ZSRR), w drugim z Europy romańskiej (Hiszpania, Francja, Włochy i Portugalia), w trzecim z Ameryki Południowej (Argentyna, Brazylia, Chile i Urugwaj), a w czwartym pozostałe (Bułgaria, Korea Północna, Meksyk i Szwajcaria). Postanowiono ponadto, że z automatu Anglia wyląduje w grupie A, a Brazylia w grupie C, by jedyny możliwy mecze między tymi ekipami mógł się odbyć dopiero w finale. Losowanie przyniosło następujące rozstrzygnięcia:

Grupa A: Anglia, Francja, Urugwaj, Meksyk
Grupa B: RFN, Hiszpania, Argentyna, Szwajcaria
Grupa C: Brazylia, Węgry, Portugalia, Bułgaria
Grupa D: ZSRR, Włochy, Chile, Korea Północna

Rozgrywki rozegrano w dniach 11-30 lipca 1966 roku na ośmiu stadionach; w Londynie (Wembley i White City Stadium), Birmingham, Liverpoolu, Manchesterze, Sheffield, Sunderlandzie i Middlesbrough. Jakie nowości? FIFA wprowadziła kontrole antydopingowe. Po każdym z meczów po dwóch zawodników każdej drużyny było proszonych o oddanie moczu w celu analizy jego składu. Telewizyjny obraz z meczów trafiał do Europy i dwóch Ameryk. W celu ich urozmaicenia wprowadzono powtórki slow motion. Ponadto, również po raz pierwszy w historii, wybrano oficjalną maskotkę mistrzostw. Nikogo nie powinno dziwić, że był nim lew, pieszczotliwie nazwany Willie, ubrany w koszulkę wzorowaną na flagę Wielkiej Brytanii. Postać stworzył Walter Tuckwell. Willie znakomicie sprawdził się jako przynęta marketingowa. Od tej pory każdy turniej Mistrzostw Świata ma swoją maskotkę, którą kibice utożsamiają z rozgrywkami.

Trener Anglików, Alf Ramsey, dostał obsesji na punkcie końcowego zwycięstwa. Tuż po objęciu reprezentacji zapowiadał, że monitoruje zawodników, z którymi może sięgnąć po Puchar Świata. Szkoleniowiec był ulubieńcem swoich podopiecznych. Doskonale znał język szatni, czuł „team spirit” i podejmował bardzo rozsądne, wyważone, a jednocześnie odważne decyzje. Nie mówił dużo, ale bardzo rzeczowo. Otwarcie prosił kibiców, by nie wymagali od zawodników piłkarskiego show. Reprezentacja miała zagrać skutecznie, a nie pięknie. Napięcie związane z organizacją turnieju rosło z dnia na dzień. Jeden z podopiecznych Ramsey’a, znakomity strzelec Tottenhamu, Jimmy Greaves, mówił:

„Tak bardzo pragnę bramek, że aż mnie to pragnienie boli”.

W meczu otwarcia, na oczach królowej Elżbiety II, Synowie Albionu zaledwie zremisowali z Urugwajem 0:0. Greaves nie trafiał do siatki także w starciach z Meksykiem i Francją, ale wyręczyli go koledzy. Oba mecze wygrali w rozmiarze 2:0 i pewnie awansowali do ćwierćfinału. W starciu z Francją Greaves nabawił się kontuzji, która wykluczyła go z dalszego udziału w czempionacie. Jego miejsce zajął Geoff Hurst, późniejszy bohater całego kraju. Z grupy A wyszedł również Urugwaj. W ramach ciekawostki należy odnotować występ Antonio Carbajala. Meksykański bramkarz jako pierwszy zawodnik w historii wziął udział w pięciu mistrzowskich turniejach. Wielu kibiców podważało jego powołanie, biorąc pod uwagę, że w rozgrywkach z 1950, 1954, 1958 i 1962 roku nigdy nie zachował czystego konta. Jak na ironię udało mu się to w jego ostatnim mundialowym występie, zremisowanym bezbramkowo z Urugwajem.

Antonio Carbajal /fot. iffhs.com

Bez niespodzianek obyło się w grupie B, w której pewnie zwyciężyli zawodnicy RFN i Argentyny. Inaczej sprawy miały się w grupie C. W Brazylii na długo przed Mundialem rozgorzała dyskusja, czy do Anglii powinien pojechać bohater dwóch poprzednich złotych turniejów, Garrincha. Zawodnik Botafogo miał coraz większe problemy z kolanami. Niemal przy każdym swoim dynamicznym zwrocie odczuwał potworny ból. Jeden z najbardziej doświadczonych reprezentantów Canarinhos, Nilton Santos, zwany Encyklopedią, nie miał wątpliwości:

„Bez Garrinchy trzeciego tytułu nie będzie”.

Mane optował za tym, by zostać w domu, jednak, jak słusznie zauważył:

„Jeśli nie pojadę i Brazylia przegra, to powiedzą, że to przede mnie”.

Pojechał, ale jego obecność kompletnie nic nie dała. Co prawda w pierwszym starciu podopieczni selekcjonera z 1958 roku, Vicente Feoli, bez problemu pokonali Bułgarię 2:0 po golach Garrinchy i Pelego, ale później zaczęły się strome schody. Z Węgrami przegrali 1:3. Był to 59. mecz (licząc z występami nieoficjalnymi) Mane w reprezentacji, pierwszy przegrany. Więcej w kanarkowej koszulce już nie wystąpił. W decydującym starciu z Portugalią usiadł na ławce. Portugalia, napędzana przez Eusebio, Czarną Perłę z Mozambiku, wygrała 3:1, odesłała Brazylijczyków do domu i zapewniła sobie, razem z Węgrami, awans do ćwierćfinału. Wątpliwości budzi obsada sędziowska meczów Canarinhos z Madziarami i Portugalią. Oba starcia sędziował Anglik. Wiele mówiło się o teorii spiskowej przeciwko aktualnym Mistrzom Świata, jednak baczni obserwatorzy zmagań nie dostrzegli rażących błędów w pracy arbitrów.

Eusebio podczas starcia z Węgrami. /fot. rasset.ie

Totalnie nieprzewidywalne rzeczy działy się w grupie D. Awans, obok ZSRR, wywalczyła sobie drużyna skazywana na pożarcie, Korea Północna. Jak do tego doszło? Po porażce 0:3 z Sowietami, Koreańczycy zremisowali 1:1 z Chile i w trzecim starciu podejmowali Włochów. Wiadomo było, że zwycięzca tego spotkania awansuje do fazy pucharowej mistrzostw. Jak zwykle w bojach Italii ze słabeuszami, których na Półwyspie Apenińskim nazywa się materassi (materace), padł tylko jeden gol. Co zaskakujące, nie strzelili go piłkarze z kraju z wielkimi piłkarskimi tradycjami. To Pak Doo-ik, dentysta z Pjongjangu, pokonał Albertosiego i walnie przyczynił się do jednej z największych sensacji w historii piłkarskich Mistrzostw Świata.

fot. fifa.com

Limit koreańskiego szczęścia wyczerpany? Pierwsze pół godziny ćwiećfinałowego starcia z Portugalią nic na to nie zapowiadały. Oczy wyskakiwały z powiek, gdy aktualny wynik brzmiał 3:0 dla Korei Północnej! Eusebio wziął na swoje barki ciężar odrabiania strat, strzelił cztery gole, piątego dorzucił Jose Augusto i piękny sen Azjatów dobiegł końca. W innym meczu tej fazy doszło do pojedynku Anglii i Argentyny, który już na zawsze rozniecił ogień boiskowej wojny między dwoma krajami. Niezwykle brutalne spotkanie, zakończone zwycięstwem gospodarzy 1:0, najlepiej opisał Hugh McIlvanney:

„Mniej w tym było meczu piłkarskiego, a więcej znamion incydentu międzynarodowego”.

Faule, ciosy z pięści, z łokcia i kopanina skutecznie zabiły piękno futbolu. Tuż po końcowym gwizdku George Cohen chciał wymienić się koszulką z jednym z przeciwników. Szybko doskoczył do niego trener Ramsey, wyszarpał trykot z rąk swojego podopiecznego i wręcz ryknął, by zachował go na wymienianie się z piłkarzami, a nie zwierzętami.

fot. dailymail.co.uk

I tutaj doszukiwano się podtekstów. Rozjemcom meczu był Niemiec, Rudolf Kreitlein, a o tej samej porze starcie Niemców z Urugwajem prowadzi Anglik, Jim Finney. Jeden i drugi nie pozwolili zrobić większej krzywdy europejczykom. Nasi zachodni sąsiedzi bez problemu rozprawili się z przybyszami z Ameryki Południowej, zwyciężając 4:0. Grono półfinalistów uzupełnili gracze ZSRR, pokonując Węgrów 2:1.
Kolejna faza przyniosła dwa najlepsze, według wielu, półfinały w historii piłki nożnej. Anglia pokonała Portugalię, a Niemcy ZSRR w wymiarach 2:1. Piłkarskiej klasy w obu starciach było co nie miara. Głównym bohaterem został autor dwóch goli, Bobby Charlton, zawodnik Manchesteru United, jeden z ocalałych z katastrofy lotniczej z Monachium sprzed ośmiu lat. Światu objawił się jednak Franz Beckenbauer. 20-letni Niemiec dwanaście lat wcześniej witał swoich rodaków wracających ze złotym medalem Mistrzostw Świata w Szwajcarii. Obiecał wówczas swojemu ojcu, sceptycznie nastawionemu do futbolu, że kiedyś powtórzy sukces niemieckich zawodników i wywalczy najcenniejsze piłkarskie trofeum na świecie. Dzięki decydującej bramce w półfinale był już tylko o krok od spełnienia obietnicy.
Mały finał o trzecie miejsce padł łupem Portugalii, która pokonała ZSRR 2:1. Jedną z bramek strzelił Eusebio, pieczętując koronę króla strzelców. Na całym turnieju aż dziewięciokrotnie pokonywał bramkarzy rywali.
Co ciekawe, na całym czempionacie tylko dwa razy odegrano hymny państwowe. Z uwagi na rangę, przed meczem otwarcia i przed wielkim finałem. Wszystko z powodów politycznych, a konkretniej – obecności Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej, której Wielka Brytania oficjalnie nie uznawała. Aby uniknąć zbędnych pytań i komentarzy, postanowiono, że pieśni patriotyczne nie będą grane także innym zespołom. Angielski hymn odegrano dwa razy. W finale „God, Save the Queen” niosło się z ust ponad 90 tys. gardeł. Na trybunach legendarnego Wembley zasiadły dokładnie 96 924 osoby, wśród nich m. in. Muhammad Ali i George Best. Wynik znakomity, choć do dzisiaj złośliwi wypominają Anglikom, że nie zdołali sprzedać wszystkich wejściówek. O komplecie mówilibyśmy, gdyby frekwencja wyniosła 97 tys. widzów. Łatwo policzyć, że 76 biletów pozostało w kasach. Z dzisiejszej perspektywy ich cena była śmiesznie niska, zaledwie 10 szylingów. W przeliczeniu ~8,73 funta (41,30 zł). Dla porównania, najtańszy bilet na moskiewski finał tegorocznego Mundialu można nabyć za 455$ (1550 zł).

Zapewne setki tysięcy osób żałowało, że nie zdecydowało się naocznie uczestniczyć w piłkarskim spektaklu, w którym główne role odegrali piłkarze Anglii i Zachodnich Niemiec. Obie ekipy stworzyły jeden z najciekawszych bojów o Złotą Nike w historii. W regulaminowym czasie gry padł remis 2:2. Gole dla gospodarzy zdobywali Hurst i Peters, a dla Niemców Haller i Weber. Konieczna była dogrywka. Doszło w niej do jednej z największych kontrowersji w dziejach. W rolach głównych znowu wystąpił Hurst. Zawodnik West Hamu otrzymał piłkę z prawej strony, obrócił się w stronę bramki i silnym strzałem opieczętował poprzeczkę. Piłka skozłowała w okolicach linii bramkowej. Do dzisiaj, mimo powtórek, licznych analiz i technologii, nie udało się rozstrzygnąć, czy ją przekroczyła. Arbiter główny również miał wątpliwości. Te stanowczo rozwiał liniowy, komunikując, że dokładnie widział, że padł gol na 3:2.

Ostatnie słowo Mundialu 1966 należało do Hursta, jedynego piłkarza, który w wielkim finale Mistrzostw Świata popisał się hat-trickiem. Przypomnijmy, że turniej rozpoczynał jako rezerwowy. Znowu potwierdziło się powiedzenie, że w piłce nieszczęście jednego zawodnika (Greavesa) przeobraża się w szczęście i chwałę drugiego (Hurst). Anglia zwyciężyła 4:2 i jeden jedyny raz sięgnęła po tytuł. Świętowanie na Wembley trwało bardzo długo.

fot. mirror.co.uk

Utarło się, że bohater spotkania zabiera piłkę meczową do domu. Futbolówkę z finałowego starcia zgarnął jednak Helmut Haller. Mistrzowska relikwia powróciła do Anglii 30 lat później i wylądowała w Muzeum Futbolu w Manchesterze. Nie lada zamieszanie spowodowane było ze statuetką dla zwycięzców, Złotą Nike. 20 marca 1966 roku, na niespełna cztery miesiące przed inauguracją mistrzostw, trofeum skradziono. Cały London, a następnie cały kraj postawiono na równe nogi w celu jego poszukiwania. Udało się policjantowi Davidowi Corbettowi, a dokładniej mówiąc, jego psu, Picklesowi. W obawie przed kolejną próbą kradzieży, tuż po końcowym gwizdku finału FIFA, wysłała do szatni zwycięzców innego młodego policjanta, Petera Westona, by ten podmienił oryginalną statuetkę na przygotowaną replikę.

Pickles, pies, który uratował piłkarskie Mistrzostwa Świata w 1966 roku.

Żeby była pełna jasność, nie można powiedzieć, że Geoff Hurst w pojedynkę zapewnił Anglii triumf. Gra piłkarzy Ramsey’a była oparta na kolektywie, w którym niezwykle ważne role odgrywali również bracia Jack i Bobby Charlton, kapitan Bobby Moore oraz golkiper, Gordon Banks, który w pełni zasłużył na pseudonim Banks of England. Gazety pisały:

„Banks w bramce jest tak pewny jak nasze pieniądze w Banku Angielskim”.

Finałowe starcie przed telewizorami oglądało aż 32,3 mln Anglików. Nigdy wcześniej nie odnotowano w kraju tak znakomitego wyniku. Na świecie obraz dotarł do ponad 400 mln telewidzów. Cały turniej miał znakomity odbiór. Łącznie na trybunach zasiadło ponad 1 512 000 osób, co stanowiło mundialowy rekord frekwencji aż do 1994 roku. Po raz ostatni widzowie zgromadzeni przed telewizorami oglądali swoich ulubieńców w czarno-białym paśmie. Cztery lata później popisy Pelego, Jairzinho, Tostao i spółki podziwiano już na kolorowym ekranie.

__________________

Sprawdź poprzednie artykuły mundialowego cyklu:
1.Mundial 1930: Ale finał gramy naszą!
2.Mundial 1934: Propaganda faszyzmu.
3.Mundial 1938: Zwycięstwo albo śmierć.
4.Mundial 1950: Maracanazo.
5.Mundial 1954: Aranycsapat.
6.Mundial 1958Narodziny superduetu – Pele i Garrincha.
7.Mundial 1962: Taniec Garrinchy.

__________________

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*