Mundial 1978: Futbol w cieniu krwawej polityki

Mundial 1978: Futbol w cieniu krwawej polityki

Tylko raz w historii zdarzyło się, by reprezentacja Polski jechała na Mistrzostwa Świata w roli jednego z głównych faworytów do sięgnięcia po tytuł. Nasza kadra „na papierze” nigdy nie wyglądała lepiej niż w 1978 roku. Podopieczni Jacka Gmocha zawiedli, choć dzisiaj podobny wynik wzięlibyśmy z ucałowaniem ręki. Najbardziej politycznego i przepłaconego mundialu w dziejach futbolu nie mógł wygrać nikt inny niż gospodarze. Zadbała o to wojskowa junta pod batutą dyktatora Jorge Rafaela Videli. Dziś możemy się tylko zastanawiać, jak można było dopuścić do organizacji turnieju w kraju, w którym tuż przy boiskowych zmaganiach dochodziło do tortur, prześladowań, uprowadzeń i tajemniczych morderstw.

Organizację 11. edycji Mistrzostw Świata przyznano Argentynie już w 1966 roku. Mogłoby się wydawać, że 12 lat to szmat czasu, podczas którego można wybudować znakomite stadiony, poprawić infrastrukturę i sieć drogową. Przez dekadę nie zrobiono praktycznie nic. 12 lipca 1976 roku doszło w Argentynie do zamachu stanu. Władzę w kraju przejęła junta wojskowa i to do niej zaczęły należeć najważniejsze decyzje. Jedną z pierwszych było powołanie Ente Autarquico Mundial ’78 (EAM), organu odpowiedzialnego tylko i wyłącznie za wzorową organizację światowego czempionatu. Dyktator Jorge Rafael Videla, pełniący formalnie funkcję prezydenta Argentyny w latach 1976-1981, nie szczędził pieniądzy na ten projekt. Doskonale zdawał sobie sprawę, że dzięki piłce udowodni światu, że panująca władza jest nienaganna. W mgnieniu oka odrestaurowano dwa stadiony w Buenos Aires, jeden w Rosario, a od podstaw wzniesiono obiekty w miastach Medoza, Cordoba i Mar del Plata. Do pracy na budowach zaangażowano nawet żołnierzy. Poprawę stanu obiektów kubaturowych, gruntowny remont lotnisk i budowę nowych dróg również załatwiono migiem. Ponadto niezbędnym wymogiem FIFA była kolorowa transmisja meczów na cały świat. Wszystko załatwiono za pomocą jednego rozkazu generałów i… 60 milionów dolarów. Co ciekawe, większość Argentyńczyków w kolorze zobaczyło jedynie wielki finał. Taki rozmach był oczywiście bardzo kosztowny. Kilka lat wcześniej oszacowano, że mundial pochłonie maksymalnie 25 milionów dolarów. Do dziś nie jest znana dokładna kwota, ale mówi się nawet o 700 mln. Nie jest więc niespodzianką, że tak hucznie organizowany turniej budził w kraju sprzeciwy. Wszystkie, nawet najmniejsze próby dezaprobaty szybko tłumiło wojsko. Dość powiedzieć, że w sierpniu 1976 zginął w zamachu pierwszy prezes EAM, generał Omar Actis. Zamach został przypisany partyzantom, tymczasem prawdopodobnie wyeliminowali go jego współpracownicy. Bardzo nie podobało im się, że Actis chce zorganizować mundial skrojony pod możliwości państwa znad La Platy – skromny i tani. Juncie nie mieściło się to w głowie, miał być rozmach i wielki rozgłos na całym świecie.

Dyktator Jorge Rafael Videla /fot. AFP/Getty Images

Wielki aparat propagandowy, jakim dla rządzącego wojska stała się piłka nożna, była znakomitą przykrywką tego, co działo się w Argentynie. Videla i jego ludzie usuwali wszystkich przeciwników. Ba, wszystkich tych, którzy mieli do powiedzenia cokolwiek złego na temat nowej władzy. W nieznanych okolicznościach znikali studenci, prawnicy, działacze polityczni, związkowcy, opozycjoniści. Dla wszelkiego spokoju taki sam los czekał ich rodziny. Lista desaparecidos (znikniętych) liczy niemial 9 tys. nazwisk. Szacuje się jednak, że w czasach reżimu junta zamordowała nawet ponad 30 tys. osób. Ich ciała często zrzucano z samolotów do oceanu, by utrudnić poszukiwania. Kiedy międzynarodowe organizacje zaczęły coś podejrzewać, Videla mówił:

„W Argentynie nie ma więźniów politycznych. Kampania rozpętana przeciw nam przed Mistrzostwami Świata to robota międzynarodowej lewicy”.

FIFA nie mogła nie zgodzić się na przeprowadzenie turnieju z jednego prostego powodu. Dwa lata wcześniej jej nowym prezydentem został João Havelange. Nie zyskałby światowego poklasku, gdyby jego dziewiczy mundial się nie odbył. Wszystkie informacje o sytuacji politycznej w Argentynie zamiatano więc pod dywan. Życie ludzkie przegrało w walce z wielomilionowymi interesami jednostek i koncernów.

fot. ecuavisa.com

Tuż przed rozpoczęciem Mistrzostw Świata wydawało się, że tylko jedna wybitna jednostka wypowiedziała zimną wojnę argentyńskiej juncie. Johan Cruijff, piłkarz-wizytówka tamtych czasów, zapowiedział, że nie pojedzie do kraju, w którym na co dzień przelewana jest krew niewinnych ludzi. Holender przez 30 lat ukrywał prawdziwy powód swojej mundialowej absencji. Tak naprawdę na niespełna rok przed turniejem do jego domu w Barcelonie dostał się uzbrojony mężczyzna i przyłożył zawodnikowi pistolet do skroni. Celem agresora było uprowadzenie zawodnika i jego rodziny. Na szczęście żona Holendra wykorzystała moment nieuwagi niedoszłego porywacza i zdołała uciec. Napastnik ruszył za nią, a za nimi sam Cruijff. Bandzior został zatrzymany. Zawodnikowi i jego rodzinie przyznano osobistą ochronę, przez kilka miesięcy w ich salonie spało co noc dwóch policjantów. Piłkarz nie miał wątpliwości – nie mógł zaryzykować życia swoich bliskich, musiał ich pilnować. Tłumaczył sobie, że są sprawy znacznie ważniejsze od piłki nożnej. Kiedy napad na dom Holendra wyszedł na jaw, zaczęto spiskować, że porywacz był związany z argentyńską juntą. Według tej teorii wojsko w taki sposób chciało zastraszyć najlepszego zawodnika największego przeciwnika do zdobycia mistrzowskiego tytułu.
Po raz pierwszy w historii do eliminacji chciało przystąpić ponad 100 drużyn. Ostatecznie brało w nich udział 97 zespołów. Wśród nich oczywiście trzecia ekipa poprzedniego czempionatu, Polska. Biało-Czerwoni pod wodzą Kazimierza Górskiego przywieźli z Igrzysk Olimpijskich w 1976 r. srebrny medal. Taki wynik został uznany przez władze kraju i PZPN za porażkę. Ponadto notowania trenera bardzo obniżał brak awansu na Mistrzostwa Europy w Jugosławii. Wobec powyższego stracił pracę. Jego miejsce zajął ulubieniec najważniejszych głów w państwie, dotychczasowy asystent Górskiego, Jacek Gmoch. Nowy szkoleniowiec wszystko traktował naukowo. Przeprowadził na swoich podopiecznych szereg badań lekarskich, psychologicznych i psychiatrycznych. Zadbał, by do każdego posiłku jego zawodnicy mieli serwowane tabletki z witaminami i lekarstwami. Był niewątpliwie polskim prekursorem wprowadzania nauki do piłki nożnej. Na odprawach i treningach taktycznych dzielił boisko na prostokąty i przeprowadzał wykłady na temat gry w poszczególnych strefach. Nie znalazł jednak wspólnego języka z szatnią, o czym świadczą m. in. słowa Andrzeja Szarmacha z jego biografii „Diabeł nie anioł”:

„Oto pojawił się zazdrośnik z ogromnym kompleksem Kazimierza Górskiego. Człowiek, który nie mógł przeboleć, że Kaziu zrobił tak wielką trenerską karierę. Dwie olimpiady i mistrzostwa świata – z każdej z tych imprez przywoził medale. On myślał, przeświadczony o swojej wielkości, bo przecież wszystkie rozumy pozjadał, że te sukcesy przykryje swoimi. I sparzył się. Był całkowitym przeciwieństwem Górskiego”.

Biało-Czerwoni przeszli przez kwalifikacje bez większych problemów, pewnie pozostawiając z tyłu Portugalię, Danię i Cypr. Obsesją Gmocha stał się złoty medal na Mistrzostwach Świata w Argentynie. Dysponował kosmicznym składem, niewątpliwie najlepszym w historii polskiej piłki. Do bohaterów sprzed czterech lat dołączyli młodzi, świetnie zapowiadający się zawodnicy: Boniek, Nawałka i Iwan. Ponadto po kontuzji powrócił znakomity Włodzimierz Lubański. Selekcjoner chciał zadbać o każdy szczegół. Do tego stopnia, że namówił władze na zasponsorowanie swoim zawodnikom miesięcznej wycieczki do Ameryki Południowej, by ci poznali tamtejszy klimat i byli przygotowani na to, co czeka ich w czerwcu 1978 roku. Po powrocie do kraju organizował treningi na stadionie Legii z nagłośnieniem wytężonym do granic wytrzymałości. Głosy z głośników miały przyzwyczajać piłkarzy do ryku argentyńskich, bardzo nieprzyjaznych trybun.

Od lewej: Deyna, Lato, Gorgoń, Lubański i Szarmach, przed nimi trener Gmoch /fot. onet.pl

Komiczne były wyniki wcześniej wspomnianych badań psychologicznych. Według nich Kazimierz Deyna, mózg i kapitan ekipy, nie nadawał się na sportowca i nie powinien być brany pod uwagę przy ustalaniu składu. Andrzej Szarmach i Włodzimierz Lubański nie mogli występować w tym samym czasie na boisku, choć w barwach Górnika Zabrze tworzyli jeden z najlepszych duetów w historii naszej ligi. Takich paradoksów było znacznie więcej. Co najgorsze, sam trener mieszał się w swoich pomysłach, zeznaniach i decyzjach, przez co częściej niż respekt budził śmiech i żałość. Wielu starszych zawodników pozwalało sobie na otwartą krytykę szkoleniowca, bo mieli bardzo wysoką pozycję w drużynie. Szarmach w swojej biografii opowiadał, jak Gmoch inwigilował swoich podopiecznych. Nałożył na nich szereg zakazów i nakazów, które starał się naocznie kontrolować. Podczas jednego z posiedzeń przy piwku, sączonym przez Deynę, Latę i właśnie Szarmacha, w knajpie pojawił się trener reprezentacji i przyczajony sprawdzał, ile złotego trunku zostanie pochłonięte. Medaliści z RFN szybko go zauważyli. Deyna podszedł do niego i powiedział:

„Jacek, nie lubię, jak węże pierdzą”.

Równie duże zainteresowanie wykazywał w stosunku do przeciwników. Pierwszym rywalem Polaków na Mistrzostwach Świata miała być reprezentacja RFN. Na dwa miesiące przed turniejem nasi rywale rozgrywali towarzyski mecz z Brazylią. Gmoch chciał wiedzieć wszystko na temat piłkarzy z Niemiec Zachodnich, zatem wysłał do Hamburga… 11 obserwatorów. Każdy z nich był odpowiedzialny za analizę jednego zawodnika.

Mundial w Argentynie rozegrano w dniach 1-25 czerwca. Ostatni raz brało w nim udział 16 uczestników: Argentyna (gospodarz), RFN (aktualny Mistrz Świata) oraz Polska, Austria, Francja, Holandia, Hiszpania, Szkocja, Szwecja, Węgry, Włochy, Brazylia, Peru, Iran, Meksyk i Tunezja. Schemat rozgrywek był taki sam jak w RFN – dwie fazy grupowe, w pierwszej cztery grupy po cztery drużyny, w drugiej najlepsza ósemka została dzielona na dwie grupy. Zwycięzcy grup mierzyli się ze sobą w wielkim finale, wiceliderzy w meczu o trzecie miejsce. Zestawienie pierwszego etapu wyglądało następująco:

Grupa A: Argentyna, Francja, Węgry, Włochy
Grupa B: Meksyk, Polska, RFN, Tunezja
Grupa C: Austria, Brazylia, Hiszpania, Szwecja
Grupa D: Holandia, Iran, Peru, Szkocja

Tuż przed rozpoczęciem turnieju Jorge Rafael Videla zaprosił do siebie piłkarzy reprezentacji Argentyny i w dosadnych słowach dał im do zrozumienia, że nie ma innej opcji jak tylko sięgnięcie po złoto. Piłkarskie zmagania rozpoczął mecz RFN – Polska. Bezbramkowy, bardzo nudny spektakl został pozytywnie odebrany przez władze naszego kraju. Sam Edward Gierek wysłał do Argentyny telegram z gratulacjami. Nazajutrz na boisko wybiegli, przy oklaskach i wielkiej wrzawie tysięcy kibiców na Estadio Monumental, zawodnicy Argentyny i Węgier. Przed meczem Videla przemówił do milionów odbiorców przed telewizorami i zaapelował o pokój na świecie. W tym momencie bardzo zawiało hipokryzją. Ową hipokryzję jeszcze bardziej potęguje fakt, że jedno z największych i najsławniejszych miejsc tortur, gwałtów i morderstw egzekwowanych przez rządzącą juntę na politycznych rywalach i ludności cywilnej – Escuela de Mecanica de la Armada – mieściło się zaledwie 2 km od stadionu.

Dziś w tym miejscu znajduje się Miejsce pamięci i ochrony praw człowieka. Przekaz Videli dotarł zapewne do każdego zakątka globu, bowiem akredytacje medialne na czempionat otrzymało ponad pięć tysięcy dziennikarzy z całego świata. Wszyscy mieli za zadanie chwalić organizację turnieju oraz wolność i porządek panujący w Argentynie. Warto dodać, że jeden z ojców reżimu, admirał Carlos Alberto Lacoste, w ramach wdzięczności za wzorowe przygotowanie mundialu został mianowany na wiceprezydenta FIFA. To również daje wiele do myślenia. Wracając do piłki, Argentyna wygrała z Węgrami 2:1.
Atmosfera w polskiej ekipie pogarszała się z dnia na dzień. Wiele fermentu siał młody Zbigniew Boniek. Piłkarz Widzewa Łódź już od swojego pierwszego kontaktu z kadrą chciał udowodnić, że jest wielkim zawodnikiem z charakterem, co niespecjalnie podobało się reprezentacyjnym kolegom. Drażniło ich przede wszystkim, że nie respektuje Kazimierza Deyny. Kapitan drużyny nie był duszą towarzystwa, nie chodził od pokoju do pokoju z pytaniem, jak czują się jego towarzysze, nie wychodził przed szereg. Miał jednak w sobie taki dar, że jednym słowem potrafił przekabacić rozmówcę na swoją stronę i postawić na swoim. Wiedzieli o tym wszyscy. Wszyscy oprócz Bońka. Inna sprawa, że Deyna był najzwyczajniej w świecie wybitnym zawodnikiem, ciągnącym grę Biało-Czerwonych. Kiedy na początku mundialu nowi zawodnicy przechodzili chrzest, Boniek płakał z bólu. Tylko pasami na goły tyłek piłkarze mogli próbować utemperować jego buńczuczne zapędy. Kolejną sprawą były pieniądze. Polacy nie chcieli grać niemal za darmo, co miało miejsce cztery lata wcześniej. Głównym obiektem roszczeń były dolary od sponsora, Adidasa. Potężna sieć wypłaciła wielu federacjom wielkie honoraria za noszenie i reprezentowanie ich sprzętu. Nasi zawodnicy byli pewni, że i PZPN dostał sporą sumkę, którą nie chce się z nimi podzielić. Oczywiście było w tym sporo prawdy, jednak sprzeczki o pieniądze podczas wielkiego turnieju jeszcze nigdy nikomu nie pomogły.
Pomimo zgrzytów podopieczni Gmocha wywalczyli bardzo pewny awans do drugiej rundy. Po bezbramkowym remisie z RFN pokonali Tunezję 1:0 (Lato) oraz Meksyk 3:1 (Boniek x2 i Deyna) i zajęli pierwsze miejsce w grupie B, wyprzedzając Niemcy Zachodnie o jedno oczko. W międzyczasie selekcjoner bardzo podpadł zawodnikom, wychodząc z propozycją, która nie przystoi osobie walczącej o autorytet. Widząc, jak gęsta atmosfera panuje w zespole, zebrał wokół siebie całą drużynę i z dumą ogłosił:

„Panowie, pakujemy się w autobus i jedziemy wszyscy rozluźnić się do burdelu!”

W pozostałych grupach awans wywalczyły reprezentacje Włoch, Argentyny, Austrii, Brazylii, Peru i Holandii. Drużyny zostały podzielone na dwie grupy:

Grupa 1: Austria, Holandia, RFN, Włochy
Grupa 2: Argentyna, Brazylia, Peru, Polska

Na Estadio José María Minella funkcję ochronną przed ewentualnym wtargnięciem kibiców na murawę pełniła fosa z wodą. Od czasu do czasu trzeba było wyławiać z niej piłkę, jak np. podczas bezbramkowego starcia Brazylii z Hiszpanią.

Leszek Jarosz, autor znakomitego tekstu Mundial dyktatury w trzeciej części Kopalni, trafił w punkt, nazywając polską grupę „grupą dyktatur”. Na czele naszego kraju stał bowiem Edward Gierek, Argentyną dowodził Videla, Brazylią generał Ernesto Geisel, a Peru generał Francisco Morales Bermudez.
Pierwszą przeszkodą na drodze Polaków był mecz z gospodarzami. W odpowiednim przygotowaniu na pewno nie pomogły nocne, przedmeczowe rozmowy najbardziej doświadczonych reprezentantów z kierownictwem kadry. Przedmiotem owych dywagacji były rzecz jasna pieniądze. Tymczasem w głowie Gmocha tworzyły się nowe, irracjonalne pomysły. Odesłał na trybuny ostoję naszej defensywy, Wielką białą górę, Jerzego Gorgonia. W jego miejsce na środek obrony desygnował nominalnego pomocnika, Henryka Kasperczaka. Zdziwienie na twarzach pozostałych reprezentantów nie mogło pozostać niezauważone, zatem trener wytłumaczył swoją zagrywkę:

„Spójrzcie na nich, oni grają tylko dołem! Są tak niscy, że muszą sobie podnosić spodenki jak najwyżej, by wyglądało, że mają długie nogi”.

Na nic innowacje i szalone idee, Argentyńczycy wygrali zasłużenie 2:0. Rzeczywiście, tak bardzo grali dołem, że strzelec dwóch bramek, Mario Kempes, mikrus mierzący „zaledwie” 184 cm, jednego gola zdobył po uderzeniu głową. Dziś możemy jedynie dywagować, co by było, gdyby pilnował go Gorgoń. Przy wyniku 1:0 Polacy stanęli przed wielką szansą na odrobienie strat, gdy sędzia odgwizdał rzut karny za wybicie piłki ręką po strzale Laty przez Kempesa. Do futbolówki, jak zwykle, podszedł Deyna. W momencie zjawił się obok niego Boniek i powiedział:

„Kaziu, jak się boisz, to ja strzelę”.

Ubaldo Fillol zastopował strzał naszego kapitana.

fot. pinterest.com

Kolejny mecz, z Peru, był starciem z serii być albo nie być. Nasi piłkarze wytrzymali presję i po goli Andrzeja Szarmacha wygrali 1:0. Po drugiej serii gier sytuacja w naszej grupie była arcyciekawa:

 

 

Zestaw par: Polska – Brazylia, Argentyna – Peru. Nie trzeba być przebiegłym matematykiem, by stwierdzić, że trzy pierwsze ekipy miały szansę na finał. Faworytami starć były dwie potęgi z Ameryki Południowej. Wobec bezbramkowego remisu Brazylii z Argentyną i takiej samej liczbie punktów zdobytych przez te dwie ekipy, wiadome było, że do wielkiego finału awansują ci, którzy zapewnią sobie lepszy bilans bramek.
Pierwotnie mecze Polska – Brazylia i Argentyna – Peru miały odbyć się równolegle. Junta skutecznie wpłynęła na światową federację, a ta zgodziła się, by starcie gospodarzy z Peru odbyło się po zakończeniu boju Brazylii i Polski. Wówczas potomkowie Leo Messiego doskonale wiedzieli, ile goli muszą nastrzelać w swoim ostatnim grupowym spotkaniu.
Na nic zdał się kolejny gol Grzegorza Laty. Polacy ulegli Brazylii 1:3. Nasi zawodnicy do dzisiaj najbardziej wspominają nie boiskowe wydarzenia, a zachowanie trenera Gmocha po wejściu do szatni po końcowym gwizdku. Szkoleniowiec przez kilkanaście sekund walił głową w metalową szafkę. Doskonale podsumowało to jego pracę z reprezentacją.

fot. sport.tvp.pl

Kolejne dwa gole po stronie bilansu Brazylii oznaczały, że Argentyna musi pokonać Peru różnicą czterech bramek lub trzech w przypadku zwycięstwa bardziej obfitego w gole niż 5:2. Spotkanie z Peru rozpoczęło się dość niespodziewanie. Argentyńczycy dali zepchnąć się do defensywy, po jednym ze strzałów rywali piłka opieczętowała słupek. Kilka minut później wszystko działo się już zgodnie z przewidywaniami. Za sześć bramek zaaplikowanych przez Kempesa, Lugue’a (po dwie), Tarantiniego i Housemana najbardziej obwiniano bramkarza i obrońców Peru, którzy według wielu mieli zostać przekupieni. Oficjalnie nikt nigdy niczego im nie udowodnił.
W grupie europejskiej dzieliła i rządziła Holandia. Patrząc na grę podopiecznych legendarnego Ernsta Happela można było spekulować, że w Argentynie mają większe predyspozycję do zdobycia tego, czego nie udało im się zdobyć cztery lata wcześniej w RFN – Mistrzostwa Świata. Drugie miejsce zajęli Włosi, za nimi Niemcy Zachodnie i Austria.
Mecz o trzecie miejsce padł łupem Brazylijczyków, którzy pokonali Włochów 2:1. Wielki finał został poprzedzony psychologiczną zagrywką Argentyńczyków. Holendrzy wybiegli na murawę w oczekiwaniu na przeciwników, podczas gdy ci celowo pozostali na kilka minut w szatni. W ten sposób Europejczycy musieli zmierzyć się z wrogo nastawionym do nich tłumem ponad 71 tysięcy kibiców. Tuż po wyjściu na murawę piłkarze Menottiego doczepili się do Rene van de Kerkhofa, mającego na swojej ręce elastyczny gips. Holender wcześniej rozgrywał mecze  w tym opatrunku i ten nikomu nie przeszkadzał. Arbiter finału, Sergio Gonella, pod naporem gospodarzy nakazał pomocnikowi zmienić opatrunek. Wyprowadzeni z równowagi Holendrzy mieli spory problem z narzuceniem oponentom swojego stylu gry. W 38. minucie stracili gola po strzale niezawodnego Kempesa. Ewidentnie należała do nich końcówka starcia. Najpierw, w 82. minucie wyrównał Nanninga, a w ostatniej akcji regulaminowego czasu gry w słupek trafił Rensenbrink. Centymetry od szczęścia. Dogrywka była ponad siły zawodników Happela. Gole Kempesa i Bertoniego, dające zwycięstwo 3:1, spowodowały, że Argentyna pierwszy raz w historii została Mistrzem Świata.

Puchar Świata i medale wręczał, a jakże, generał Videla. Holendrzy podziękowali z takiej ceremonii i udali się do szatni.
Przed, w trakcie i po mundialu w sąsiedztwie obiektów piłkarskich zmagań cierpiały i umierały tysiące niewinnych ludzi. Można główkować, czy świat tego nie widział, nie chciał widzieć, czy widział, ale nie reagował. Nie ma żadnych wątpliwości, że cały turniej był jedną wielką propagandą polityczną. Junta wojskowa kontrolowała wszystkie środki masowego przekazu i puszczała w eter tylko chwalebne informacje. Znakomite osiągnięcie Argentyny bardzo jej w tym pomogło. Ricardo Villa, argentyński pomocnik, powiedział po latach:

„Zostałem wykorzystany politycznie, ale nie byłem częścią tej polityki”.

Po Mistrzostwach Świata zapowiadało się na to, że polską reprezentację czeka zmiana pokoleniowa, a w związku z nią wkroczymy w ciemny okres naszego futbolu. Pomimo zajęcia bardzo dobrego, piątego miejsca, kibice byli rozczarowani. Rozczarowani byli też sami zawodnicy. Andrzej Szarmach wspominał:

„Cztery lata wcześniej ludzie witali nas kwiatami, a my byliśmy jednością. […] Z Argentyny wróciła drużyna rozbita i skłócona. Sponiewierana i pokonana. W powietrzu unosił się zapach pieniędzy, które dla wielu z nas stały się ważniejsze od reprezentacji”.

__________________

Sprawdź poprzednie artykuły mundialowego cyklu:
1.Mundial 1930: Ale finał gramy naszą!
2.Mundial 1934: Propaganda faszyzmu
3.Mundial 1938: Zwycięstwo albo śmierć
4.Mundial 1950: Maracanazo
5.Mundial 1954: Aranycsapat
6.Mundial 1958Narodziny superduetu – Pele i Garrincha
7.Mundial 1962: Taniec Garrinchy
8.Mundial 1966: God, Save the Queen!
9.Mundial 1970: Trzecia korona Pelego
10.Mundial 1974: Polska, Polska, Polska!

__________________

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*