Mundial 2010: Tiki-taka przy dźwiękach wuwuzeli

Mundial 2010: Tiki-taka przy dźwiękach wuwuzeli

Największa impreza sportowa na świecie dotarła w 2010 roku na Czarny Ląd. Kibice mieli okazję zapoznać się z kulturą, gościnnością, zwyczajami i codziennością Republiki Południowej Afryki. Świetnie przygotowane stadiony ryczały dźwiękami wuwuzeli, a najlepszym tańcem do tych rytmów okazała się hiszpańska tiki-taka. O haniebnej ręce Thierry’ego Henry’ego, złotej ręce Luisa Suareza, najlepszym typerze w historii Mistrzostw Świata, czarach szamanów, bratobójczym pojedynku w starciu Niemiec z Ghaną i wielu innych kulisach Mundialu 2010 przeczytacie w poniższym tekście.

Drużyny z Afryki nigdy nie liczyły się w walce o najwyższe pozycje piłkarskich Mistrzostw Świata. Wprowadzały jednak do rozgrywek bardzo dużo kolorytu i zyskiwały uznanie w oczach milionów kibiców. Podobne zadanie miał mieć organizator Mundialu 2010. Od lat spekulowano, że tytuł będzie dzierżyć jeden z krajów afrykańskich. FIFA otrzymała zgłoszenia od Egiptu, Libii, Tunezji i Republiki Południowej Afryki. Najbardziej okazałą ofertę przedstawił kraj posiadający trzy stolice – Pretorię (stolica egzekutywna), Kapsztad (stolica legislacyjna) i Bloemfontein (stolica sądownicza) – w związku z czym piłkarska federacja ogłosiła w maju 2004 roku, że to RPA będzie gospodarzem turnieju. Jedną z twarzy rozgrywek został Nelson Mandela, prezydent kraju w latach 1994-1999, który zasłynął z walki z apartheidem, walcząc o prawa człowieka do równości rasowej, wyznaniowej, społecznej. W trakcie wielu miesięcy przed rozpoczęciem piłkarskich emocji pojawiał się na wielu eventach i konferencjach promujących imprezę. Niestety, nie mógł wziąć udziału w większości mundialowych pojedynków. W przeddzień rozpoczęcia zmagań w wypadku samochodowym zginęła jego 13-letnia prawnuczka, Zenani. Były przywódca długo nie mógł otrząsnąć się po tej tragedii. Z perspektywy trybun oglądał tylko finał.

Nelson Mandela w towarzystwie Davida Beckhama. /fot. express.co.uk

W eliminacjach wzięło udział aż 201 ekip narodowych, w tym niezrzeszone w FIFA Tuvalu z Oceanii. Polacy zaprezentowali się w nich fatalnie. Tym razem los skojarzył nas z Czechami, Irlandią Północną, San Marino, Słowacją i Słowenią. Biało-Czerwoni odnieśli zaledwie trzy zwycięstwa, w tym dwa ze zdecydowanym outsiderem z Apenin Północnych. Jedno z nich, 10:0 w Kielcach, było tylko marnym pocieszeniem katastrofalnej gry i organizacji drużyny oraz bałaganu w Polskim Związku Piłki Nożnej za kadencji prezesa Grzegorz Laty. Przypomnijmy sobie choćby gola puszczonego przez Artura Boruca w Belfaście, fatalne wyjazdy za południową granicę, smutną porażkę na jeszcze bardziej smutnym i pustym Stadionie Śląskim ze Słowacją czy kompromitującą klęskę w Mariborze, po której Lato zwolnił Leo Beenhakkera podczas telewizyjnego wywiadu. „Już nigdy nie podam temu człowiekowi ręki” – skwitował Holender.

fot. sport.pl

Do dużego skandalu doszło podczas rewanżowego meczu barażowego pomiędzy Francją a Irlandią. W pierwszym starciu, w Dublinie, górą okazali się Trójkolorowi, wygrywając po golu Anelki 1:0. Na Stade de France waleczni Irlandczycy odrobili straty, doprowadzając do dogrywki. W 103. minucie Thierry Henry ewidentnie zagarnął piłkę ręką, dograł do Gallasa, a ten ze spokojem umieścił piłkę w siatce, zapewniając swojej ekipie bilety do RPA. Na nic zdały się uzasadnione protesty wyspiarzy.

Tuż po zakończeniu tego starcia wybuchła wielka wojna medialna. Niemal cały piłkarski świat stanął po stronie Irlandczyków i domagał się powtórzenia meczu. Tego samego zdania był przez moment sam Henry, który w oczach milionów kibiców stracił ogromny szacunek, jaki budował przez lata swojej pięknej kariery. Ostatecznie FIFA zadecydowała, że powtórki starcia nie będzie.

Lampart Zakumi, oficjalna maskotka turnieju.

Organizatorzy 19. edycji Mistrzostw Świata przygotowali dziesięć stadionów w dziewięciu miastach: Johannesburg (FNB Stadium i Ellis Park Stadium), Cape Town, Pretoria, Durban, Polokwane, Nelspruit, Port Elizabeth, Bloemfontein i Rustenburg. Możliwość rywalizacji na tych nowoczesnych obiektach wywalczyli: Anglia, Dania, Francja, Grecja, Hiszpania, Holandia, Niemcy, Portugalia, Serbia, Słowacja, Słowenia, Szwajcaria, Włochy, Argentyna, Brazylia, Chile, Paragwaj, Urugwaj, Honduras, Meksyk, Stany Zjednoczone, Australia, Japonia, Korea Południowa, Korea Północna, Algieria, Ghana, Kamerun, Nigeria, Wybrzeże Kości Słoniowej i Nowa Zelandia. Stawkę uzupełnili oczywiście gospodarze, Republika Południowej Afryki. Na wzór poprzednich czempionatów, zespoły podzielono na osiem czterozespołowych grup:

Grupa A: Francja, Meksyk, Republika Południowej Afryki, Urugwaj
Grupa B: Argentyna, Grecja, Korea Południowa, Nigeria
Grupa C: Algieria, Anglia, Słowenia, Stany Zjednoczone
Grupa D: Australia, Ghana, Niemcy, Serbia
Grupa E: Dania, Holandia, Japonia, Kamerun
Grupa F: Nowa Zelandia, Paragwaj, Słowacja, Włochy
Grupa G: Brazylia, Korea Północna, Portugalia, Wybrzeże Kości Słoniowej
Grupa H: Chile, Hiszpania, Honduras, Szwajcaria

Pomimo braku naszej drużyny, mieliśmy polski akcent. W kadrze Hondurasu znalazł się Oscar Boniek Garcia Ramirez. Jego ojciec był w latach osiemdziesiątych wielkim fanem Zbigniewa Bońka i to na jego cześć nadał synowi imię. Honduranin grał w klubie w koszulce z nazwiskiem „Boniek”.
Rząd RPA i organizatorzy dokładali wszelkich starań, by turniej stał się znakomitą wizytówką kontynentu i został rozegrany bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Oprócz horrendalnych wydatków na infrastrukturę, obiekty i środki bezpieczeństwa, postawiono skorzystać także z pomocy rzeczy i stworzeń nadprzyrodzonych. 25 maja na stadion w Johannesburgu przybyli afrykańscy szamani. Za pomocą czarów, dymu, wolno gotowanego mięsa, rytualnych tańców i obrzędów wypędzili z obiektu wszystkie złe duchy, które w trakcie mistrzostw mogłyby zakłócić ich przebieg.

Zapewnienie bezpieczeństwa było priorytetem dla władz kraju. Kibice zmierzający na południe Afryki obawiali się przede wszystkim napadów i rabunków. Tego drugiego doświadczyli na własnej skórze piłkarze Kolumbii, sparingpartnerzy RPA. Przybysze z Ameryki Południowej gościli w pięciogwiazdkowym hotelu w centrum Johannesburga. Po powrocie z treningu część z nich zgłosiła obsłudze, że w ich pokojach brakuje kilku rzeczy osobistych. Od razu wszczęto śledztwo, zatrzymano nawet podejrzanych, a finalnie okazało się, że kradzieży dokonały dwie pracownice obiektu. Łupy o łącznej wartości ponad 2700 dolarów zostały zwrócone. Na turnieju w tym samym hotelu stacjonowali reprezentanci Słowenii. Na szczęście, na nic nie mogli narzekać.
Mocnych kandydatów do sięgnięcia po trofeum nie brakowało. Nikt nie miał tak silnej linii ataku jak Argentyna. W sezonie poprzedzającym światowy czempionat Leo Messi, Sergio Aguero, Gonzalo Higuain, Diego Milito, Carlos Tevez i Martin Palermo strzelili w sumie 181 goli. Ponadto na ich ławce zasiadł legendarny Diego Maradona, co dla wielu krajanów już stało się gwarancją sukcesu. Słabsza niż zwykle wydawała się Brazylia, choć i tak jej skład budził podziw. W kadrze wiecznych faworytów – reprezentacji Niemiec – doszło do lekkiej wymiany pokoleniowej. Joachim Loew zabrał ze sobą do Afryki tylko piłkarzy z Bundesligi, w tym kilku zawodników z kadry U-21, która rok wcześniej wywalczyła Mistrzostwo Europy w swojej kategorii wiekowej. Manuel Neuer, Sami Khedira, Jerome Boateng i Mesut Oezil mieli teraz stanowić o sile dorosłej reprezentacji. Dodatkowo zostali wzmocnieni znakomicie zapowiadającymi się Thomasem Mullerem i Tonim Kroosem. Musieli sobie poradzić bez Michaela Ballacka, swojego kapitana i reżysera gry, którego z gry wykluczyła kontuzja kostki. Ze znakomitą serią do turnieju przystępowali aktualni Mistrzowie Europy, Hiszpanie. W 46 spotkaniach rozegranych od 2006 roku odnieśli 42 zwycięstwa, 3 remisy i tylko 1 porażkę. Szczęśliwcami okazali się piłkarze Stanów Zjednoczonych. O sile La Roja boleśnie przekonała się reprezentacja Polski, budowana przez Franciszka Smudę na Euro 2012. Biało-Czerwoni przegrali na Estadio Nueva Condomina w Murcji aż 0:6. Co ciekawe, jedna z bramek była autorstwa Roberta Lewandowskiego.

fot. lainformacion.com

Piłkarskie zmagania, rozgrywane w dniach 11 czerwca – 11 lipca 2010 roku, zainaugurowało starcie Republiki Południowej Afryki z Meksykiem. Drużyny podzieliły się punktami, remisując 1:1. Pierwszą wielką niespodziankę sprawiła Szwajcaria, pokonując Hiszpanię 1:0. Piłkarze Vicente del Bosque zdołali odwrócić kartę i po pokonaniu Hondurasu oraz Chile wyszli z grupy z pierwszego miejsca. Swoisty serial bez happy endu zaserwowali nam Francuzi. Już na długo przed turniejem głośno było o konflikcie Raymonda Domenecha z wieloma zawodnikami, podważającymi jego autorytet i metody szkoleniowe. Francuscy kibice głośno domagali się dymisji szkoleniowca. W kadrze nie było już rzecz jasna wielkiego autorytetu w postaci Zindedine’a Zidane’a, jak i zawodnika mogącego wejść w jego buty. Kapitanem został podatny na wpływy Patrice Evra. Piłkarze nie stanowili jedności, podzielili się na kilka mniejszych grupek. Często przedkładali swoje interesy ponad dobro kadry. Obrażali się, gdy trener wystawił ich na innej pozycji niż ta, na której w danym dniu chciało im się grać. Domenech od dawna nosił się z myślą o opuszczeniu swoich kapryśnych podopiecznych. Bezbramkowy remis z Urugwajem przyjęto z umiarkowaną radością. Kilka dni później w Polokwane doszło do jednego z największych skandali. W pierwszej połowie starcia z Meksykiem nie oglądaliśmy goli. W przerwie w szatni Francuzów zagrzmiało. Trener zarzucał piłkarzom, że nie realizują planu nakreślonego na to spotkanie, a ich zaangażowanie pozostawia wiele do życzenia. Zdenerwowany Anelka zwrócił się do niego słowami:

„Pierdol się skurwysynu, sam sobie rób tę twoją gównianą drużynę!”

Reakcja Domenecha była bardzo gwałtowna. Zwyzywał Anelkę, przeprowadził zmianę i zapowiedział, że ma rozpocząć pakowanie, bo nazajutrz opuści karnie bazę w Knysnie. Jego koledzy ulegli w drugiej części Meksykowi 0:2.

To nie koniec problemów. Podczas powrotu do bazy na pokładzie samolotu Franck Ribery i Joann Gourcuff skoczyli sobie do gardeł. Konieczna była interwencja współpodróżników. Pomimo wszystkich afer i awantur, Trójkolorowi nadal mieli matematyczne szanse na wyjście z grupy. Domenech nie ma wątpliwości, że pogrzebali ją nie wychodząc na trening. Właśnie w taki sposób postanowili zaprotestować przeciwko oddelegowaniu Anelki oraz „kretowi”, który sprzedał mediom akcję z szatni. Ów trening był częściowo otwarty dla mediów. Dziesiątki kamer zarejestrowało, jak szkoleniowiec łaskawie nakłania swoich podopiecznych do opuszczenia autokaru i przemieszczenia się na płytę boiska. Bezskutecznie. Z RPA przegrali 1:2 i zajęli ostatnie miejsce w grupie. Awans wywalczyli Urugwaj i Meksyk. Republika Południowej Afryki została pierwszą drużyną w historii, która nie wyszła z grupy będąc gospodarzem piłkarskich Mistrzostw Świata.
Do niezwykłej sytuacji doszło w starciu Niemców z Ghaną. Na boisku zobaczyliśmy braci Boateng, jednak po dwóch stronach barykady. Tych pierwszych reprezentował Jerome, a drugich Kevin-Prince. Obydwaj urodzili się w Niemczech, tam stawiali swoje piłkarskie kroki, reprezentowali kraj w drużynach młodzieżowych. Książę jest znany ze swojego krewkiego charakteru. Gdy nie dostał powołania na wspomniane wcześniej złote Mistrzostwa Europy do lat 21, zapowiedział, że już nigdy nie założy koszulki reprezentacji naszych zachodnich sąsiadów i będzie grał dla ojczyzny swojego ojca, Ghany. Tam przyjęto go z otwartymi ramionami. Dodatkowej pikanterii przed meczem dodawał fakt, że to Kevin-Prince wyeliminował Ballacka z udziału w mundialu, faulując go w finale FA Cup. Niemcy pokonali Ghanę 1:0. Bracia Boateng byli szczęśliwi, bo jedni i drudzy wyszli z grupy.

fot. Mike Egerton

Niesamowicie rozczarowali Włosi. Obrońcy tytułu nie poradzili sobie z awansem do fazy pucharowej. Co więcej, zdobyli zaledwie dwa punkty, remisując po 1:1 z Paragwajem i Nową Zelandią. Świetne spotkanie przeciwko Italii rozegrali Słowacy, wygrywając 3:2. Wielką ciekawostkę stanowił występ Korei Północnej. Reżim Kim Dzonga zadbał o to, by każdy zawodnik miał swojego opiekuna w postaci wojskowego, by przypadkiem nikomu nie przyszło do głowy, by po odpadnięciu z turnieju nie wrócić do domu. Każda z federacji otrzymała do rozdysponowania po 20 tysięcy biletów. Koreańczycy z północy wykorzystali zaledwie 200 z nich, resztę sprzedali. Przywódca kraju nie zezwolił na wyjazd kibiców do RPA. Piłkarzom sił starczyło jedynie na bój z Brazylią. Polegli 1:2 i zebrali naprawdę dobre recenzje. W następnych dniach miejsce w szeregu pokazała im najpierw Portugalia (0:7), a później Wybrzeże Kości Słoniowej (0:3). Dało się słyszeć, że propagandowe media z Pjongjangu manipulowały relacjami z Afryki, pokazując jedynie gola Ji Yun-nama i sugerując, że dzielni zawodnicy z Korei Północnej pokonali wielką Brazylię.

Ji Yun-nam pokonuje Julio Cesara. /fot. dailymaverick.co.za

W 1/8 finału najwięcej emocji i kontrowersji dostarczył bój Niemców z Anglią. Piłkarze Loewa prowadzili 2:0 po golach Klose i Podolskiego. Kontaktową bramkę zdobył Upson, a chwilę później atomowym strzałem zza pola karnego popisał się Frank Lampard. Futbolówka odbiła się dobre pół metra za linią bramkową i wróciła na boisko. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że w tym momencie powinien być remis. Sędziowie nie dostrzegli tego, co w powtórkach zobaczył cały świat i nie nakazali Niemcom rozpocząć gry od środka.

Synowie Albionu nie pozbierali się po takim obrocie sytuacji i polegli 1:4. Historycy i starsi kibice stwierdzili, że to wyrównanie dawnych porachunków z Mundialu 1966, kiedy w finale został Anglikom zaliczony gol, którego prawdopodobnie nie było. Fabio Capello narzekał na sędziowanie przy każdej możliwej sytuacji, przykrywając tym samym kiepskie przygotowanie i słabą postawę swojej drużyny. FIFA postanowiła szukać sposobów na to, by w przyszłości nie doszło do podobnego skandalu. Sytuacja stała się ogniem zapalnym do wprowadzenia systemu goal line technology.
W pozostałych starciach tego etapu odnotowaliśmy następujące wyniki: Urugwaj – Korea Południowa 2:1, Stany Zjednoczone – Ghana 1:2 pd., Argentyna – Meksyk 3:1, Holandia – Słowacja 2:1, Brazylia – Chile 3:0, Hiszpania – Portugalia 1:0, Paragwaj – Japonia 0:0, k. 5:3.
Bardzo ciekawy przebieg miały trzy z czterech ćwierćfinałów. Kolejny raz nieatrakcyjny mecz zaserwowali nam Hiszpanie, wygrywając z Paragwajem 1:0. Grę La Roja, opartą na niekończącej liczbie podań, można było kochać lub nienawidzić. W RPA nie była ona tak efektywna jak choćby dwa lata wcześniej na Euro w Austrii i Szwajcarii, ale do bólu skuteczna. Momentami można było odnieść wrażenie, że przywiązanie piłki do nóg zawodników z Półwyspu Iberyjskiego jest po prostu jednym z elementów gry. Holandia w pełni zasłużenie pokonała Brazylię 2:1. Również Niemcy udowodnili wyższość piłki europejskiej nad piłką z Ameryki Południowej, gromiąc Argentynę 4:0. Trzeba bez dwóch zdań przyznać, że na mistrzostwach nikt nie grał w piłkę lepiej od młodej, autorskiej ekipy Joachima Loewa. Argentyńczykom nie pomógł talizman w postaci boskiego Diego, a Leo Messi wydawał się być innym piłkarzem od Leo Messiego z Barcelony.

fot. si.com

Eksperci zapowiadali, że piłka Jabulani będzie sprawiać golkiperom wielkie problemy. Tak też było. Już w pierwszej fazie mistrzostw byliśmy świadkami wielu niepewnych interwencji. Bramkarze narzekali, że futbolówka zachowuje się dziwnie, często zmieniając trajektorię swojego lotu. Sztukę wykorzystania tego faktu najlepiej opanował urugwajski napastnik, Diego Forlan. Były napastnik m.in. Manchesteru United zawsze dysponował dobrym strzałem, ale to co serwował kibicom w RPA, zaskakiwało chyba nawet jego samego. Zaskoczyło również Richarda Kingsona, bramkarza Ghany, który skapitulował po soczystym uderzeniu z dystansu. Wcześniej gola dla ostatniego przedstawiciela Afryki zdobył Sulley Muntari. Remis 1:1 utrzymał się do końca spotkania. Nie zmieniał się także w długich fragmentach dogrywki. Niemal w ostatniej akcji 120-minutowej batalii mocno zakotłowało się w polu karnym Urugwaju. Piłkę zmierzającą do siatki zastopował Luis Suarez. W tym celu użył rąk.

Sędzia wyrzucił napastnika z boiska i podyktował rzut karny. Do futbolówki podszedł Asamoah Gyan. Doskonale zdawał sobie sprawę, że może zapewnić pierwszy półfinał w historii dla drużyny z Czarnego Lądu. Wydawało się, że wytrzymał presję, oddał bardzo soczysty strzał, po którym jednak piłka wylądowała na poprzeczce. Chwilę później arbiter zakończył mecz i zarządził konkurs jedenastek. Na chwilę przed jego rozpoczęciem Suarez zadzwonił zapłakany do żony. Następnie stanął przed telewizorem i ze łzami w oczach obserwował prawdziwą wojnę nerwów. Wojnę, wygraną przez jego kolegów 4:2. Ręka snajpera zmieniła dzieje futbolu. W swojej książce Przekraczając granice podzielił się z czytelnikami swoimi emocjami:

„Kiedy wybiegłem z tunelu i włączyłem się w świętowanie, wielu chłopaków ściskało mnie i dziękowało za zagranie ręką, przekonując, że bez tego nie byłoby nas w półfinale. Rozsadzały nas niesamowite emocje. Niektórzy nie mogli powstrzymać łez, wiedzieliśmy, że zdarzyło się coś wielkiego: trzymilionowy kraj awansował do półfinału mistrzostw świata!”

Dodał, że w sukces Urugwaju zaczął wierzyć, gdy tuż przed rozpoczęciem turnieju w ich bazie w Kimberley pojawił się legendarny Alcides Ghiggia, zwycięzca Mundialu 1950. Główny bohater słynnego Maracanazo zaraził rodaków optymizmem i wiarą w sukces.

Trener Oscar Tabarez i Alcides Ghiggia. /fot. Rodrigo Arangua

Bez Luisa Suareza Urusi nie poradzili sobie z Holandią. Po znakomitym widowisku ulegli 2:3. Drugi półfinałowy pojedynek nie był tak emocjonujący. Hiszpania pokonała Niemcy 1:0 po golu Puyola. Niemcy powtórzyli swój sukces sprzed czterech lat, wygrywając 3:2 mecz o 3. miejsce z Urugwajem. Pomimo porażki w małym finale, nad La Platą trwało wielkie święto. Piłkarze Tabareza zostali w swojej ojczyźnie przywitani jak mistrzowie.
Wielki finał, jak zwykle, nie był porywającym spektaklem. Znacznie lepsze sytuacje mieli Holendrzy, jednak świetnie w hiszpańskiej bramce spisywał się Iker Casillas. To głównie dzięki niemu aż do 116. minuty utrzymywał się bezbramkowy remis. Właśnie wtedy gola na wagę pierwszego Mistrzostwa Świata dla La Roja strzelił specjalista od ważnych trafień, Andres Iniesta. Holandia trzeci raz przegrała walkę o złoto (po finałach w 1974 i 1978 roku).

fot. pinimg.com

Hiszpania była w 2010 roku zdecydowanie najlepszą drużyną globu, jednak, jak wspomniałem wcześniej, jej gra na mundialu pozostawiała wiele do życzenia. Swoje zmagania zakończyła z bilansem bramkowym 8:2. Jej zawodnicy zdobyli zaledwie 1,14 gola na mecz. Biorąc pod uwagę siłę i możliwości ofensywne przedniej formacji drużyny, wygląda to bardzo mizernie. Zgodnie ze starym powiedzeniem, nie sądźmy zwycięzców. Zwłaszcza, że dokonali rzeczy historycznej, bowiem nigdy wcześniej europejska drużyna nie triumfowała poza Europą. Po raz pierwszy w dziejach okazało się również, że Mistrz Świata przegrał swój premierowy mecz na turnieju. Tuż po finale trener Vicente del Bosque powiedział:

„Jestem tutaj, by mówić o pięknie piłki nożnej. Gra była bardzo intensywna, zrównoważona i wyrównana. Momentami brutalna, co utrudniało nam realizację swoich planów. W szatni próbowałem zadzwonić do domu. Nie udało mi się, bo było zbyt głośno. Hiszpania jest krajem, który zasługuje na to zwycięstwo”.

Organizatorzy mieli spore problemy ze sprzedażą biletów na mecze. Na południe Afryki udało się znacznie mniej kibiców niż oczekiwano. W związku z tym ceny wejściówek stanowczo poszły w dół i za rynek zbytu obrano miejscowych fanów. Kilka dolarów za bilet i tak był słabym magnesem. Średnia frekwencja na poziomie 49,670 widzów na mecz może i robi wrażenie, ale sporo meczów rozegrano bez kompletu publiczności. Na trybunach łatwo było dojrzeć tamburyna, gwizdki, bębny i grzechotki, jednak największą furorę robiły wuwuzele. Plastikowe trąbki były bardzo irytujące. Co do tego wątpliwości nie miał choćby Xabi Alonso, pomocnik złotych medalistów:

„Trąbki to koszmar, a ponadto niczego nie wnoszą do atmosfery. Ich zabieranie na stadion powinno być zabronione”.

Zdecydowanie najlepszym typerem mundialowych rozstrzygnięć został niezwykły Paul. Niezwykły, bo mieszkał w akwarium Sea Life Centre w Oberhausen i był ośmiornicą. Przed każdym meczem Niemców i przed wielkim finałem dostawał dwa pojemniki z identycznym jedzeniem. Na pojemnikach zamieszczano flagi państw, mających niebawem zmierzyć się ze sobą. Paul podpływał i wybierał jedzenie z jednego z zasobników. Jego wybory relacjonowano na żywo do wielu państw na świecie. Miał stuprocentową skuteczność.

Tuż po zakończeniu czerwcowo-lipcowych zmagań ośmiornica stała się najbardziej łakomym kąskiem na rynku pracy. Chciała go pozyskać m.in. rosyjska firma bukmacherska. Niestety, trzy miesiące później Paul padł.

__________________

Sprawdź poprzednie artykuły mundialowego cyklu:
1.Mundial 1930: Ale finał gramy naszą!
2.Mundial 1934: Propaganda faszyzmu
3.Mundial 1938: Zwycięstwo albo śmierć
4.Mundial 1950: Maracanazo
5.Mundial 1954: Aranycsapat
6.Mundial 1958Narodziny superduetu – Pele i Garrincha
7.Mundial 1962: Taniec Garrinchy
8.Mundial 1966: God, Save the Queen!
9.Mundial 1970: Trzecia korona Pelego
10.Mundial 1974: Polska, Polska, Polska!
11.Mundial 1978Futbol w cieniu krwawej polityki
12.Mundial 1982: Po medal wbrew wszystkiemu
13.Mundial 1986Boska ręka Diego Maradony
14.Mundial 1990: Polak w wielkim finale
15.Mundial 1994: Soccer w stylu Hollywood
16.Mundial 1998: Tajemnicza „śmierć” Ronaldo
17.Mundial 2002: Azjatycka (nie)gościnność
18.Mundial 2006: Ale że Dudka nie wzięli na mundial?

__________________

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*