Mundial 2018: Turniej pięknych przegranych

Mundial 2018: Turniej pięknych przegranych

Stwierdzenie, że w piłce nożnej chodzi przede wszystkim o to, by wygrywać, jest oczywiście truizmem. Zwłaszcza gdy mówimy o tak wielkim turnieju, jakim są Mistrzostwa Świata. W pamięci przeciętnego kibica, a nawet wszystkich tych, którzy z futbolem mają do czynienia tylko przy okazji sprawdzania bieżących wiadomości ze świata, utkwią szczególnie Francuzi, zwycięzcy niedzielnego finału na Łużnikach. Fani regularnie i uważnie śledzący Mundial w Rosji zapamiętają go także z powodu fantastycznej, momentami wręcz heroicznej walki tych drużyn, które odpadły z turnieju w jego wcześniejszych fazach. Nic dziwnego, w większości przypadków odpadały w sposób godny zapamiętania.

Gros osób ubolewa, że od 2026 roku na najważniejszej piłkarskiej imprezie na świecie będzie meldować się aż 48 drużyn. Według malkontentów poważnie osłabi to poziom czempionatu, bo znajdą się na niej ekipy teoretycznie dużo słabsze od pretendentów. Zgoda, ale czy pamiętamy o tym, że na Mistrzostwach Europy we Francji do półfinału zawędrowała reprezentacja Walii, której mogłoby zabraknąć na turnieju, gdyby nie zwiększona z 16 do 24 liczba uczestników? Już dzisiaj mogę się założyć, że za 8 lat jedną z rewelacji Mundialu w USA, Kanadzie i Meksyku będzie zupełnie nieliczący się obecnie w piłce nożnej Kopciuszek, być może nawet debiutant. Ledwo co zakończone zmagania w Rosji pokazały, że malutcy potrafią zapewnić większą dawkę emocji i wrażeń niż niejeden faworyt. Nawet gdy odnosili porażki, znajdowali uznanie w oczach kibiców. W większości przegrywali bowiem w piękny sposób.
Zacznijmy od Arabii Saudyjskiej. Na dzień dobry otrzymała lanie 0:5 z Rosją. Patrząc w terminarz wiele osób twierdziło, że skoro czekają ją mecze z teoretycznie mocniejszymi rywalami, skończy rozgrywki z kompletem trzech porażek, a liczba po stronie straconych goli będzie oscylować w okolicy 15. Tymczasem spięli się maksymalnie, bliscy ugrania punktu byli już z Urugwajem (0:1), hegemonem grupy A. Na do widzenia pokonali 2:1 Egipt w meczu o honor.
Jeszcze większe zaskoczenie sprawiły Iran i Maroko. Nikt nie miał wątpliwości, że w grupie B rządzić i dzielić będzie Portugalia i Hiszpania. Zespoły z Azji i Afryki miały być jedynie dostarczycielami punktów. Już ich bezpośrednie starcie, wygrane przez tych pierwszych 1:0, dało zapowiedź bardzo mądrej, zrównoważonej i odpowiedzialnej taktycznie gry. W następnej kolejce napsuli sporo krwi zespołom z Półwyspu Iberyjskiego. Irańczycy wyszli na Hiszpanów tylko i wyłącznie z jednym celem – nie stracić gola, zremisować 0:0. Poniższy screen dobitnie to potwierdza:

Niestety, stracili. Bardzo pechowego, tzw. „z niczego”, po nabiciu Diego Costy. Przy stanie 0:1 rzucili się do heroicznego ataku, jednak nie potrafili zagrozić bramcę De Gei. Inny przebieg, choć zakończony takim samym rozstrzygnięciem, miało spotkanie Maroko – Portugalia. Cristiano Ronaldo zdobył gola na początku meczu i od tej pory Mistrzowie Europy przystąpili do skomasowanej obrony. Skutecznej obrony, choć Maroko napędziło im sporo strachu i, co tu dużo mówić, zostawiło po sobie znacznie lepsze wrażenie. Przybysze z Afryki jeszcze lepiej zaprezentowali się w starciu na pożegnanie z turniejem. W Kaliningradzie, w obecności 14 tys. swoich kibiców, przez większość czasu panowali nad boiskowymi wydarzeniami w starciu przeciwko Hiszpanii. Momentami można było odnieść wrażenie, że to właśnie Maroko było całkiem niedawno Mistrzem Świata, a gra z ekipą uznaną bardziej za ciekawostkę niż za wymagającego rywala. Zremisowali 2:2, a gola pozbawiającego ich trzech punktów stracili w ostatniej minucie meczu, w dodatku po analizie VAR. W tym samym czasie Iran strzelił gola na 1:1 w meczu z Portugalią. Jeszcze jedno trafienie piłkarzy Carlosa Queiroza i Ronaldo wraz z kolegami musiałby wracać do domu już po fazie grupowej. Niestety, zabrakło czasu. Turniejowa postawa i sposób, w jaki Maroko i Iran pożegnały się z czempionatem, odbiły się szerokim echem na każdym kontynencie. Jedni i drudzy wygrali sympatię i szacunek kibiców z całego świata.

fot. Getty Images

Znakomicie przygotowana do rozgrywek przybyła reprezentacja Peru. W jej przypadku można mówić o wielkim niefarcie. W meczu z Danią niemal wszystkie argumenty były po ich stronie – szybkość akcji, wybieganie, świeżość, kreowanie sytuacji, gra ładna dla oka. Słowo „niemal” jest jednak kluczem w poprzednim zdaniu. Zabrakło jej goli. Peruwiańczycy, a w zasadzie Christian Cueva, zmarnowali najlepszą z okazji, przestrzelając jedenastkę. W innych sytuacjach na wysokości zadania stawał skandynawski golkiper, Kasper Schmeichel. W meczu o być albo nie być zawodnicy z zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej mierzyli się z przyszłymi Mistrzami Świata, Francuzami. Pokuszę się o stwierdzenie, że i w tym starciu byli stroną lepszą. Na pewno efektowniejszą. Niestety, kolejny raz nieefektywną, bo znów ponieśli minimalną porażkę 0:1. W swoim ostatnim spotkaniu pewnie pokonali Australię 2:0, godnie żegnając się z Rosją. Wstydu swoim kibicom na pewno nie przynieśli. Wręcz przeciwnie, rodacy mogli być z nich bardzo dumni.

Prognozy dotyczące grupy G były analogiczne do tych z grupy B – Anglia i Belgia jako zdecydowani faworyci, Panama i Tunezja zawalczą o trzecie miejsce w tabeli w bezpośrednim starciu. Tutaj rzeczywiście tak było, ale nie bez podjęcia rękawicy. Tunezja do ostatniej akcji meczu remisowała z Anglią 1:1, Kane zapewnił Synom Albionu zwycięstwo rzutem na taśmę. Z Belgią nie chcieli tylko i wyłącznie murować, a zagrać w otwarte karty. Zakończyło się porażką 2:5. Byliśmy świadkami radosnego futbolu, które podobało nam się sto razy bardziej niż gdybyśmy oglądali autobus i Belgów wygrywających 1:0. Samym piłkarzom z Tunezji zapewne także. Panama również poniosła jedną solidną klęskę, przygrywając z Anglią 1:6. Wstyd po takim pogromie? Ależ skąd. Więcej niż o hat-tricku Kane’a mówiło się o dziewiczej bramce mundialowych debiutantów. Kibice z całego świata życzyli im pierwszej zdobyczy punktowej w meczu z Tunezją. Do przerwy prowadzili 1:0, ostatecznie przegrali 1:2, ale rozkochali w sobie bardzo szeroką publikę.

fot. football2018worldcup.com

Piękne porażki zakończyły się na fazie grupowej i były autorstwa jedynie tych ekip, w których wartości wolicjonalne są umiejscowione o dwa poziomy wyżej od umiejętności piłkarskich? Nic z tych rzeczy. 1/8 finału była szalonym etapem. Dania podejmuje Chorwację, przegrywa po karnych, odpada z turnieju, ale robi to po najlepszym meczu w swoim wykonaniu. Patrząc na ich dyspozycję, serce się krajało, że ich eliminacyjni rywale, których wyższość musieli uznać, plasując się za ich plecami, nie potrafili rozegrać w Rosji nawet 10 dobrych minut… A propos przeciwników Polaków, przyjrzyjmy się teraz rywalom z grupy H. Japonia rozgrywa fantastyczne, znakomicie poukładane oraz skuteczne 65 minut i prowadzi z Belgią 2:0. Wyrafinowanie i doświadczenie Czerwonych Diabłów wzięło jednak górę. Po dość przypadkowej, kontaktowej bramce Vertonghena, Azjaci zostali zepchnięci do głębokiej defensywy. Gol Fellainiego zapowiadał dogrywkę. W doliczonym czasie gry Japończycy mieli pod bramką rywala dwa stałe fragmenty gry i drugi z nich rozegrali bardzo, ale to bardzo fatalnie. Ich ustawienie stworzyło swoistą autostradę do kontrataku. De Bruyne, Meunier, Lukaku i Chadli. 2:3. Również w ostatniej minucie gola strzelili Kolumbijczycy. Niezawodny Mina przedłużył tym samym mecz z Anglią o 30 minut. Dogrywka rozstrzygnięcia nie przyniosła, a w serii jedenastek górą byli Synowie Albionu. Los Cafeteros nie musieli jednak wracać do domu ze spuszczonymi głowami. Swoistą podróżą rollercoasterem było oglądanie spotkania Francja – Argentyna. Potomkowie Maradony, od miesięcy grający zdecydowanie poniżej oczekiwań, wznieśli się na Himalaje swoich możliwości, ponosząc minimalną porażkę 3:4. Jedno z najlepszych starć turnieju zamydliło nieco obraz marazmu Albicelestes. Chwała im jednak za to, że w tak efektownym stylu stanęli do kolejki po bilety w podróż powrotną nad La Platę.

fot. presstv.com

Ich geograficzni sąsiedzi, Brazylijczycy, także odpadli z czempionatu po rozegraniu najlepszego widowiska. Ćwierćfinałowy mecz z Belgią przerósł wymagania nawet tych, którzy oczekiwali od niego fajerwerków najwyższych lotów. Canarinhos zastopowały tylko i wyłącznie znakomite interwencje Courtoisa. Belg dał się pokonać tylko jeden raz, dzięki czemu pomógł swojej drużynie w zwycięstwie 2:1. Wielkiego ducha walki w 1/4 finału pokazali również Rosjanie, przegrywając z Chorwacją dopiero po rzutach karnych. Prym przy linii bocznej wiódł Stanislav Cherchesov, bardzo żywiołowo wymuszając na kibicach doping dla swoich podopiecznych. Właśnie to wsparcie okazało się kluczowe do znakomitego zaprezentowania się w finalnie przegranym pojedynku.
„Wolę przegrać jak Belgia niż wygrać jak Francja”. Słowa Edena Hazarda nie pozostawiają wątpliwości co do przebiegu półfinałowego spotkania między wymienionymi reprezentacjami. Tym razem niekwestionowanym bohaterem został Hugo Lloris. To oczywiście też o czymś świadczy. 1:0 dla Francji, zdaniem wielu do finału awansowała drużyna prezentująca się znacznie gorzej od pokonanej.
I wreszcie finał. Moim zdaniem najwspanialszy w historii. Jednocześnie pełen absurdów. W pierwszej połowie Francuzi oddali jeden celny strzał na bramkę Subasicia. Przyniosło im to dwa gole i prowadzenie 2:1. Gdy Chorwaci coraz śmielej dobierali się do przeciwników, dostali zabójczą kontrę rozpoczętą i zakończoną przez Pogbę. Potem kolejny gong, tym razem od Mbappe, 4:1. Koniec emocji? Nie, chwilę później pomylił się jeden z najlepszych bramkarzy tego turnieju, Hugo Lloris, nabijając Mandżukicia, 4:2. W ostatnich minutach widzieliśmy jeszcze kilka dobrych akcji Chorwatów, ale wynik nie uległ zmianie. Trójkolorowi po raz drugi w historii wznieśli nad głowami najważniejsze piłkarskie trofeum. Przybysze z Bałkanów przegrali, ale swoją postawą wygrali serca kolejnych milionów kibiców. Ich nie da się nie lubić, nie da się z niezapartym tchem patrzeć na ich grę. Podkreślę, że przez trzy dogrywki we wcześniejszych fazach mieli w nogach 90 minut więcej od przeciwników. Nie zapominajmy, że sami sobie zgotowali ten los. Wygrała drużyna dojrzalsza, bardziej konkretna, wyrachowana i przede wszystkim skuteczniejsza. Przed rozgrywkami stawialiśmy Francuzów w wąskim gronie faworytów. Oni poniekąd wykonali plan. Przegrani finału zrobili wynik ponad stan. Sposób, w jaki ponieśli porażkę w starciu o złoto i tak czyni z nich moralnych zwycięzców.

Za nami fantastyczny turniej. Rosjanie wygrali na jego organizacji, ich wizerunek na świecie bardzo się ocieplił. Piłkarsko zdecydowanie najlepsi okazali się Francuzi. W piłce nie jest jednak tak – jak często błędnie się powtarza – że po latach pamięta się tylko zwycięzców. Z tych Mistrzostw Świata zapamiętamy również pięknych przegranych. Naprawdę warto o nich pamiętać.

fot. wyr. fifa.com

Comments

comments

2 komentarze

  1. „W następnej kolejce napsuli sporo krwi zespołom z Półwyspu Apenińskiego” wydaje mi się, że w tym fragmencie tekstu chodziło o kraje z Półwyspu Iberyjskiego

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*