Najlepszy trener na świecie. Wywiad rzeka z Jackiem Gmochem. Recenzja

Najlepszy trener na świecie. Wywiad rzeka z Jackiem Gmochem. Recenzja

Po krótkiej przerwie wracamy z kolejną pozycją w naszej czytelni. Tym razem zachęcamy do zapoznania się z recenzją książki: „Najlepszy trener na świecie. Wywiad rzeka z Jackiem Gmochem”. Niesłychany pasjonat piłki nożnej, prekursor banku informacji, szkoleniowiec reprezentacji Polski na Mistrzostwach Świata 1978, jeden z najwybitniejszych trenerów w historii ligi greckiej na kilka dni zaprosił do swojej codzienności Arkadiusza Bartosiaka oraz Łukasza Klinke i opowiedział im nie tylko o futbolu. Opowiedział im przede wszystkim o sobie. A oni podzielili się nabytą wiedzą.

Książka rozpoczyna się bardzo zachęcającymi słowami Jacka Gmocha:

„Muszę wam powiedzieć, że ciekawe życie miałem…”.

Jako czytelnicy poznajemy je na niemal 350 stronach tej wciągającej lektury. Lektury nieco nietypowej, spisanej w formie 19 rozdziałów, z których każdy jest oddzielnym wywiadem. Luźne, przyjazne pogadanki między trenerem a autorami odbywały się dzień po dniu i w całości stanowią bardzo dobrą i spójną całość. Rozpoczynają się od poznania osoby mającej największy wpływ na poczynania byłego piłkarza Legii Warszawa, żony Stefanii. Bohater książki jest kolejnym przykładem na to, jak ważną rolę w odniesieniu sukcesu przez mężczyznę pełni kochająca, wartościowa kobieta u jego boku. Wątek pani Stefanii przeplata się często na kolejnych kartkach, momentami sama włącza się do dyskusji. Kolejne rozmowy przenoszą nas w czasy młodego Gmocha, dzieciaka doskonale pamiętającego wydarzenia z ostatnich miesięcy II Wojny Światowej. Niektóre sytuacje opisuje wręcz obrazowo i niesamowicie emocjonalnie, udowadniając, jak wielki wpływ na psychikę tak młodego chłopaka (w dniu zakończenia wojny miał niecałe sześć lat) mają drastyczne wspomnienia.
Nastrój lektury zmienia się, gdy Bartosiak i Klinke dopytują o czasy młodzieńcze. O szkołę, pierwsze kroki w futbolu i oczywiście o podboje miłosne.

„Wtedy było wiele platonicznej miłości, a nie takiej jak teraz – na chybcika, w kiblu. Byliśmy bardziej romantyczni: paluszek, kwiatuszek, głaskanko…”.

Powyższe zdania znakomicie oddają luźny, gwarny charakter rozmów. O relacjach damsko-męskich jest zresztą bardzo dużo. Najważniejszym tematem książki jest jednak, co dziwić nie powinno, piłka nożna. Najpierw z perspektywy piłkarza. Dlaczego „Jacuś” z ust kibiców na Śląsku wcale nie było kompementem? Z którymi piłkarzami Gmoch miał największe problemy występując z czarną eLką na piersi? Dlaczego po meczach przeciwko Ernestowi Pohlowi, najlepszemu strzelcowi w historii polskiej piłki, nie mógł przez tydzień chodzić? Jak zakończyła się jego kariera zawodnicza i jakie konsekwencje niesie za sobą po dziś dzień?

„Tata uważał, że będąc piłkarzem, nie można się rozwinąć umysłowo. Zdarzają się oczywiście wyjątki, ale zwykle są to abo wybitni piłkarze, albo wybitni trenerzy. Często ci, którzy w karierze zawodniczej wiele nie dokonali, pomimo talentu, bo wyeliminowały ich kontuzje. Na przykład Ferguson albo Górski. Kontuzja to wielki kop do tego, żeby zostać trenerem i zdobywać laury w inny sposób”.

Lwia część społeczeństwa kojarzy Jacka Gmocha przede wszystkim z roli szkoleniowca, zatem nie dziwi, że i taka część lektury została poświęcona właśnie trenerce. Z każdej wypowiedzi byłego selekcjonera można wyczuć jego ogromną pasję i miłość do futbolu. Opowiada o swoim autorytecie, Jaroslavowi Vejvodzie, od którego chłonął trenerskie rzemiosło za czasów Legii Warszawa. Dowiadujemy się o kulisach prowadzenia Zagłębia Sosnowiec, amerykańskiego życia tuż po medalowym Mundialu w RFN i powrocie do Polski w celu objęcia stanowiska pierwszego szkoleniowca reprezentacji. Nie jest niespodzianką, że bardzo dużo wypowiedzi dotyczy Mistrzostw Świata w Argentynie w 1978 roku. Biało-Czerwoni jechali na ten turniej jako faworyci, z najlepszą kadrą w historii naszej piłki. Niestety, nie sprostali oczekiwaniom i zajęli miejsca 5-8.

„Po przegranym meczu z gospodarzami byliśmy kompletnie rozbici. Chłopy nie płaczą, ale wtedy płakaliśmy. To znaczy, piłkarze płakali, bo u mnie zawsze było z tym ciężko. Teraz – na starość – wreszcie potrafię”.

Były trener mówi ponadto o układach i układzikach, często krytykuje ustrój panujący wówczas w naszym kraju. Opowiada o handlu rzeczami materialnymi w różnych częściach świata i „opiekunach” towarzyszących wyjazdom reprezentacji na zagraniczne mecze.
Podczas czytania, przede wszystkim o poczynaniach trenerskich, baaaardzo rzucają się w oczy nieomylność, narcyzm i wszechwiedza głównego bohatera. Wie wszystko, niczego nie zrobił źle, zawsze był najlepszy, bo w końcu to ten pruszkowski charakter. Wszystko widział, wszystkich zna, we wszystkim, co dobre, maczał palce. Wydaje mi się, że na niektóre wypowiedzi Gmocha trzeba patrzeć z przymrożeniem oka.

„Przecież medale z lat 70. i 80. nie zostały zdobyte bez mojego udziału! Sukcesy polskiej piłki były konsekwencją modelu, który opracowałem i przedstawiłem w 1970 roku”.

Czy wpływa to negatywnie na całość dzieła? Nie wydaje mi się. Taki po prostu jest człowiek, o którym czytamy. Na pewno nie powinniśmy mieć wątpliwości co do tego, na jaki status zapracował sobie w Grecji. Gmoch prowadził kilka tamtejszych klubów. Z każdym osiągał sukcesy, w każdym jest mile wspominany. Historie związane z pracą w Helladzie należą do najbardziej zabawnych. Zawierają masę arcyciekawych anegdot. Ponadto trener zabrał swoich gości na mecz Panathinaikos – PAS Janina i mogli na własne oczy przekonać się, jak wielkim szacunkiem darzą go greccy kibice.

„Grecy mają mnie za swojego. Często słyszę: „Ty jesteś nasz”. I mają rację, bo jestem. To moja druga ojczyzna, którą kocham”.

Autorzy wykonali kawał dobrej roboty. W moim odczuciu bardzo mocno odlecieli tylko z jednym pytaniem: Miał pan lepszą reprezentację od Nawałki? Rozumiem, że w momencie powstawania książki (wrzesień 2017 r.) było ono bardzo populistyczne, ale jednocześnie bardzo niepoważne dla kibica śledzącego piłkę nożną nie tylko wtedy, gdy gra reprezentacja.
Ogólnie książkę czyta się niezwykle przyjemnie. Polecam!

„Zawsze budziłem skrajne emocje. Cieszy mnie to, bo najgorzej być byle jaką letnią wodą. Takich ludzi się nie pamięta”.

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*