Odkrywanie piłkarskiego świata – Kaliningrad. Mundial za płotem

Odkrywanie piłkarskiego świata – Kaliningrad. Mundial za płotem

Cztery z 64 meczów Mistrzostw Świata odbyły się w odległości 50 km od północnej granicy Polski. Stworzyło to znakomitą okazję dla kibiców znad Wisły, by uczestniczyć w największym i najbardziej prestiżowym piłkarskim turnieju. Udało mi się zdobyć bilety na dwa spotkania: Hiszpania – Maroko i Anglia – Belgia. Zapraszam serdecznie do zapoznania się z relacją z Kaliningradu, dzięki której poznacie rosyjską gościnność i organizację oraz wczujecie się w klimat Mundialu.

Kiedy organizatorzy podali ceny biletów na mecze Mistrzostw Świata w Rosji, wiele osób łapało się za głowę. Najdroższe wejściówki w historii czempionatu odstraszały potencjalnych nabywców. Najtańsze z nich, na spotkania fazy grupowej dla fanów niebędących obywatelami państwa-organizatora, kosztowały aż 105 dolarów.

W pierwszej chwili również pomyślałem, że ktoś bardzo grubo przesadził. Później zaczęły pojawiać się kolejne informacje. Nabywcom wejściówek zostanie bezpłatnie wyrobiony Fan ID, dokument będący zarazem wizą, jak i przepustką otwierającą w Rosji wiele drzwi i umożliwiającą szereg przywilejów. Komunikacja miejska, transport z i na lotniska, daleeeeekobieżne pociągi kursujące pomiędzy miastami-gospodarzami – wszystko całkowicie za darmo. Posiadacz Fan ID dostał okazję do odwiedzenia największego kraju świata nie tylko w czasie rozgrywania meczów, na które nabył bilety. Mógł ze spokojem dostać się na teren Rosji w dniach od 4 czerwca do 15 lipca. Do tego dostawał zapas 10 dni na powrót do domu, zatem, zbierając wszystko do kupy, tworzyła się okazja na niemal dwumiesięczne wakacje po europejskiej stronie Uralu. Znakomita sprawa. Biorąc pod uwagę, że wiza w Polsce kosztuje ponad 200 zł, a przemieszczanie się po Rosji to koszt rzędu co najmniej kilkudziesięciu złotych, można łatwo policzyć, że „czysta” cena biletu jest śmiesznie niska.
W związku z powyższym już w listopadzie złożyłem aplikację po wejściówki. Pierwsza tura była swoistą rosyjską ruletką, bo nie znaliśmy jeszcze drużyn, które wystąpią w konkretnych meczach. W ciemno aplikowałem na spotkania w dniach 25 i 28 czerwca w Kaliningradzie oraz na bój o trzecie miejsce w Sankt Petersburgu. FIFA komunikowała, że grono zainteresowanych rozrasta się w błyskawicznym tempie i do niebywałych rozmiarów. Podobno na jedną miejscówkę było aż ośmiu chętnych! Wydaje mi się, że dane wyssano z palca. Zarówno ja, jak i wszyscy moi znajomi biorący udział w pierwszej fazie wyścigu po bilety, bez problemu nabyliśmy interesujące nas wejściówki. Grudniowe losowanie grup Mistrzostw Świata dało odpowiedź na to, jakie ekipy przyjdzie mi oglądać. Hiszpania – Maroko i Anglia – Belgia. Grubo!

Dzień po porażce Polski z Kolumbią wyruszyliśmy z Gdańska na granicę Grzechotki-Mamonowo. Tam trafiliśmy na swoisty festyn zorganizowany przez kibiców Maroko. Samochody, głównie na blachach holenderskich, francuskich i niemieckich, były wypchane do granic możliwości. Nie dziwi więc, że bardzo wydłużył się czas oczekiwania na przedostatnie się na teren Rosji. Niemal dwie godziny przymusowego postoju umilały nam śpiewy i tańce marokańskiej diaspory zlokalizowanej w Europie.

Sporo radości mieli nawet sami celnicy. Jednego z nich nazwaliśmy „celnikiem-celebrytą”, bo gdy tylko kibice dostali zielone światło na odjazd, z radością wysiadali z samochodu i robili sobie z nim zdjęcia. Nie miał nic przeciwko, pozując z uśmiechem na ustach, a momentami nawet śpiewając z rozentuzjazmowanymi przybyszami. Trzy dni później, zmierzając na Anglia – Belgia, wszystko poszło jak z płatka. Dwadzieścia minut i byliśmy po kontroli. Trzeba przyznać, że mieliśmy trochę szczęścia, bo kilkaset metrów od granicy już ustawiały się autokary i samochody z brytyjskimi fanami. Tysiące kibiców za bazę wypadową obrało bowiem Gdańsk i inne nadmorskie miejscowości. Rosjanie zwęszyli szansę na zarobek. Gdy przemierzałem przygraniczny parking, podszedł do mnie jeden z nich i zagadał:

-Kaliningrad, Kaliningrad?
-Yes, Kaliningrad.
-Great my friend! Come with me to my car, one hundred euro, one hundred euro!

Miał 9-osobowego busa. Jeśli jakąś grupę namówił na przejazd, a podejrzewam, że na pewno namówił, bo niektórzy jechali totalnie nieprzygotowani – bez zielonej karty, bieżących badań technicznych – za 50-kilometrowy kurs zgarnął 800 euro. Business is business, my friend!
Gwarantuję, że są miliony znacznie ciekawszych zajęć od podróżowania z Mamonowa do Kaliningradu. Patrzysz przez szybę, a tam nic, nic, nic i nic. Na szczęście można przycisnąć, dzięki czemu w krótkim czasie dociera się na miejsce. Już na obrzeżach miasta trafiliśmy na spory ruch, będący dla nas doświadczeniem i nauką na przyszłość. Droga dwukierunkowa, po jednym pasie ruchu w każdym kierunku i około metrowym marginesem z obydwu stron. Niektórzy kierowcy uznają go chyba jako dodatkowy pas. Biorą się za śmiałe wyprzedzanie nie zważając na to, że z drugiej strony nadjeżdża samochód. Jeśli nie chce zostać się zahaczonym, warto jechać trzymając się cały czas zewnętrznej części jezdni.

Samochód zostawiliśmy na przeogromnym parkingu park&ride. Według organizatorów jest w stanie pomieścić aż cztery tysiące samochodów. Tuż obok niego znajduje się zatoczka autobusowa z automatami do kawy, herbaty, zimnych napojów i przekąsek. Autokary odjeżdżają bardzo regularnie w kierunku centrum miasta i stadionu. Posiadaczy Fan ID obowiązywały oczywiście darmowe przejazdy. Szybko wyruszyliśmy do serca miasta. Po Kaliningradzie spodziewałem się surowości, wielkiej płyty na każdym kroku i socjalistycznych pozostałości. Tymczasem miasto najzwyczajniej w świecie mnie oczarowało. W poniedziałek lało jak z cebra, zatem pochowaliśmy się we wszechobecnych, solidnie zatłoczonych knajpkach. Przed Anglia – Belgia dopisała nam turystyczna pogoda, zatem mieliśmy doskonałą okazję do zwiedzania. A było na co popatrzeć.

Sobór Chrystusa Zbawiciela
Pomnik Matki Rosji
Pomnik świętego Mikołaja Cudotwórcy
Ulica Kanta z Katedrą św. Wojciecha i Najświętszej Marii Panny, położone na pięknej wysepce otoczonej rzeką Pregołą
Jeden z symboli Kaliningradu – nigdy niedokończony Dom Sowietów. Polecam zapoznać się z historią tego budynku

Miasto było doskonale przygotowane i gotowe na przyjazd fanów ze wszystkich stron świata. Klimat wielkiej piłkarskiej imprezy dało się wyczuć niemal na każdym metrze kwadratowym. Strefa kibica, zlokalizowana niemal w samym centrum miasta, tuż obok mającego niezwykle ciekawą historię Domu Sowietów, przyciągała znakomitą atmosferą i chmielowym zapachem.

Większość niedoskonałości na ścianach budynków i przejść podziemnych, murach czy wiaduktach zostało zatuszowanych dzięki piłkarskim motywom. Efekt znakomity.

Wiele osób mylnie twierdzi, że Rosjanie są do nas bardzo wrogo nastawieni. Jakoś tego nie odczułem, a w sumie kilkanaście godzin w Kaliningradzie spędziłem z polskim szalikiem na szyi lub nadgarstku. Cztery godziny przed meczem Hiszpania – Maroko rozpoczęło się spotkanie Urugwaj – Rosja. Mijaliśmy tysiące fanów Sbornej zmierzających do strefy kibica lub pubów. Od nikogo nie wyczułem wrogości, a wręcz przeciwnie – Rosjanie gorąco nas pozdrawiali, zagadywali o reprezentację, czasami rzucili po prostu „Polsza!”. Nie chcieli się z nami zgodzić, gdy próbowaliśmy im udowadniać, że Gołowin i Smołow prezentują się na Mundialu znacznie lepiej od Lewandowskiego.

-No, no, no, no, no! Lewandowski top player! Lewandowski is here [pokazuje ręką poziom ponad swoją głową], Smołow is here [obniża dłoń do poziomu swojego pępka].

Angielski pozostawia u Rosjan wiele do życzenia. Momentami ciężko było się z nimi dogadać nawet w knajpach i na stadionie. Ogólnie nie było jednak problemów, kiedy my mówiliśmy po polsku, a oni po rosyjsku. Kontynuując wątek Lewandowskiego z solidnie wstawionymi kibicami Sbornej, jeden z nich wyciągnął klucze spięte breloczkiem Bayernu Monachium:

-Bayern, Bayern! Lewandowski, I love!
-Bayern? Sławomir Wojciechowski!
-No Błaszczykowski, Błaszczykowski BVB!

Serdeczność, otwartość i przyjazne usposobienie Rosjan było bardzo dobrze wyczuwalne. Stojąc w kolejce przed wejściem na stadion, w ramię lekko szturchnął mnie mnie starszy pan. Kiedy się odwróciłem, podał mi rękę i powiedział:

-Uszanowanko Polsza.

Trochę się zagalopowałem. Ledwo byliśmy na mieście, a już przeskoczyłem w okolice stadionu. Wracamy zatem do centrum. Przed meczem Anglia – Belgia wybraliśmy się do pubu, by obejrzeć starcie Japonia – Polska, będące pożegnaniem Biało-Czerwonych z turniejem. Obrotny kelner przyjmował od nas zamówienie, w którym figurowały tylko napoje. Krótkie dialogi wyglądały mniej więcej tak:

-Pepsi.
-Cold Pepsi?
-Yes, cold Pepsi.

-Orange juice.
-Cold orange juice?
-Yes, cold orange juice.

-Beer.
-Ok.

Na początku w ogóle nie zwróciliśmy uwagi, że nie zapytał, czy piwo ma być zimne. Nie pytał, bo prawdopodobnie nie nadążali z chłodzeniem, zatem wydawali złoty napój w temperaturze pokojowej. Kelnerzy dostali zapewne depeszę, by w żadnym przypadku nie przeszkadzać gościom w oglądaniu meczów. Gdy na ekranie toczyła się gra, a został wezwany do któregoś ze stolików, idąc zginął się w pół, a zamówienie odbierał w pozycji kucającej.
Dwukrotnie wyruszaliśmy na stadion około dwie godziny przed meczami. Główna trasa przemarszu tysięcy kibiców była całkowicie odizolowana od ruchu samochodowego. Główne drogi pozamykano, a za blokadę służyły ciężarówki. Dzięki temu znacznie wzrastało bezpieczeństwo i komfort pieszej wędrówki. Każdy zakamarek został bardzo dobrze opisany. W bezproblemowym dotarciu na arenę zdecydowanie pomagali licznie i znakomicie zorganizowani wolontariusze, mający na dłoniach olbrzymie łapki z napisem „high five!”. Służyły nie tylko do zbijania piątek. Wysunięty palec wskazujący robił za swoisty drogowskaz. Niektórzy z nich byli ponadto w posiadaniu megafonów i non stop przekazywali ważne informacje w języku rosyjskim i angielskim. Jeszcze większą grupę stanowili policjanci. Nikomu jednak nie przeszkadzali, zapewniając swobodę nawet tym, którzy spacerek umilali sobie alkoholem, choć oficjalnie w promieniu 2 km od stadionu obowiązywał zakaz spożywania trunków. Oczywiście nie zabrakło osób proponujących malowanie twarzy. Co ciekawe, sporą część z nich stanowili Polacy.
Im bliżej obiektu, tym więcej różnorakich atrakcji dla kibiców. Na dwóch małych scenach odbywały się mini-koncerty, na kolejnej mieliśmy okazję oglądać sztuczki akrobatyczne, wśród tłumu przemieszczały się kolorowe kobiety na niskich szczudłach, a próby rozśmieszenia kibiców podejmowali mimy.

Rosjanie przygotowali bardzo szczegółową kontrolę przed wejściem na Arienę Bałtika, bardzo podobną do tej z lotnisk. Najpierw stawało się w kolejce pomiędzy barierkami i „wężykiem” oczekiwało na swoją kolej. Następnie kierowało do dużych gate’ów, usytuowanych około 70 m od ścian stadionu, gdzie prześwietlano plecaki, torebki itp., dokładnie sprawdzano wszelką elektronikę, zawartość kieszeni, portfelów i dokumentów. Do teraz nie wiem dlaczego, ale przed Hiszpania – Maroko aż trzy osoby przyglądały się mojemu szalikowi. Rozwijali, zwijali, badali z każdej strony. Może przez Kolumbijczyków, którzy na jeden z wcześniejszych meczów próbowali wnieść kokainę zaszytą właśnie w szaliku? Po przejściu kontroli przechodzi się przez standardowe kołowrotki. Nadal warto nie chować biletów. Przed wejściem na sektor sprawdzają je stewardzi. Gdy jeden z nich chciał zobaczyć moją wejściówkę, powiedziałem mu, że mam ją w plecaku, ale dobrze wiem, gdzie mam usiąść. Grzecznie przeprosił, prosząc jednak o jej okazanie. Rzucił okiem i wskazał ręką na moją miejscówkę. Przez kilka sekund wydawało mi się to mega upierdliwe, jednak szybko przypomniałem sobie częste sytuacje, w których dwóch samców alfa przekomarza się, do kogo należy dane miejsce. Gdy zaczyna brakować argumentów, wyciągają bilety, sprawdzają, porównują, aż w końcu ktoś rozsądny z okolicy rozstrzyga, że co najmniej jeden z nich się myli, bo to nie to krzesełko, nie ten rząd, nie ten sektor. Dzięki narzuconej pomocy stewardów, taka sytuacja na Mistrzostwach Świata praktycznie nie mogła mieć miejsca.
Znakomitą organizację i otoczkę meczu dało się zauważyć już grubo na ponad godzinę przed meczami. Sam stadion jest świetny. Na wejściu wydaje się, że wchodzi się do samochodu ledwo co odebranego z salonu. Czuć nowość, zapach nowości.

Znacznie lepsza atmosfera panowała na poniedziałkowym spotkaniu. Fanatyczni kibice z Maroka, których według szacunków przyjechało ponad 14 tysięcy, barwnie wspierali swój zespół. Ich liczba wygląda znakomicie, zwłaszcza kiedy porównamy do jednego tysiąca Hiszpanów. Barw La Roja było na stadionie co najmniej kilka razy więcej, bo sporo Rosjan sympatyzuje z Mistrzami Świata z 2010 roku.

Po wpisaniu swojego numeru Fan ID można było połączyć się ze świetnie działającą siecią Wi-Fi. Jeden marokański kibic skorzystał, włączył Skype’a i relacjonował cały mecz znajomemu, który został w domu.

Na meczu Anglia – Belgia zaimponowali mi przede wszystkim Brytyjczycy. Z trzech powodów. Hymn God, save the Queen odśpiewali tak żywiołowo i poruszająco, z takim sercem i emocjami, że autentycznie się wzruszyłem. Ich doping napędzał trębacz, co na żywo robi ogromne wrażenie. I trzeci powód, kiedy przy stanie 0:0 w tym nudnym jak flaki z olejem meczu kibice rozpoczęli meksykańską falę, ci solidnie ją wygwizdali i przerwali, zanim zrobiła pierwszy obieg. W Piłkomatyce przeczytałem ostatnio:

„Meksykańskie fale nigdy nie przyjęły się w Wielkiej Brytanii. Brytyjscy kibice uważają je za bezguście”.

Prawda, teraz już mogę potwierdzić słowa książki!

Europejsko-afrykańskie starcie wygrało także zdecydowanie lepiej pod kątem sportowo-emocjonalnym. 2:2, piękne gole, jeszcze piękniejsze akcje i niesamowita wola walki prezentowana przez teoretycznie słabszą drużynę spowodowały, że nikt nie miał prawa się nudzić. W przeciwieństwie do meczu Anglia – Belgia, zapowiadanego jako jeden z najlepszych pojedynków fazy grupowej. Z wielkiej chmury mały deszcz. Obie ekipy już wcześniej zapewniły sobie awans do 1/8 finału, więc trenerzy skorzystali z rezerwowych. Czerwone Diabły wygrały 1:0.

Za znakomitą organizację, gościnność i wiele serdeczności podziękowali żegnający się z turniejem kibice Maroka. Pod koniec pojedynku z Hiszpanią zaczęli skandować głośne: Rossiya, Rossiya, Rossiya! oraz spasiba Rossiya! Do ich śpiewów włączał się cały stadion. Nie dziwne, Rosja zadziwia tym Mundialem cały świat.
Na koniec zachęcam do obejrzenia filmiku z wyjazdu na mecz Anglia-Belgia:

Już w przyszły czwartek wyruszam do Moskwy i Sankt Petersburga, gdzie będę miał przyjemność uczestniczyć w małym finale o trzecie miejsce. Śledźcie naszą stronę, youtube i media społecznościowe. Zapraszam również na mojego instagramatwittera, gdzie będę wrzucał relacje „na gorąco”.

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*