Odkrywanie piłkarskiego świata – RB Lipsk. Against modern football?

Odkrywanie piłkarskiego świata – RB Lipsk. Against modern football?

RasenBallsport Leipzig, jeden z najlepszych i jednocześnie najbardziej znienawidzonych klubów w Bundeslidze. Cały kibicowski świat jest bardzo negatywnie nastawiony do, jak mawiają, „tworu” wspieranego przez potężnego sponsora. Już od dawna planowałem wybrać się na Red Bull Arenę w Lipsku, by sprawdzić, jak bardzo świeżość wniesiona do niemieckiej ligi nie pasuje do reszty. I stwierdzić, czy powody do nienawiści rzeczywiście istnieją. Udało się w drugim weekendzie lutego. Zapraszam do okołomeczowej relacji ze spotkania 22. kolejki Bundesligi, RB Lipsk – FC Augsburg.

Na początek trochę historii. Spółka Red Bull weszła na poważnie do piłki nożnej pod koniec pierwszej połowy pierwszej dekady XXI wieku. Konsekwencją jej działań były kluby, którymi zarządzała w Austrii (Red Bull Salzburg), USA (New York Red Bulls), Brazylii (Red Bull Brasil) i Ghanie (Red Bull Ghana, już nie istnieje). Firmie szybko zamarzył się zespół, który będzie znany na całym świecie. W związku z tym zakotwiczyła w Niemczech i tam, w 2009 roku, założyła RB Leipzig. W Niemczech zwyczajowo nie wykorzystuje się nazwy sponsora (poza kilkoma przypadkami, jak np. Bayer Leverkusen), zatem skrót RB jest oficjalnie rozwijany do „RasenBallsport” a nie do „Red Bull”. Klub rozpoczął swoją przygodę w Oberlidze, na piątym poziomie rozgrywkowym, a celem był awans do Bundesligi w przeciągu ośmiu lat. Plan został zrealizowany z nawiązką. W 2013 roku drużyna była już w 3. lidze, rok później w 2. Bundeslidze, by w 2016 roku awansować do Bundesligi. Dziewiczy sezon na najwyższym poziomie rozgrywkowym zakończył się niebywałym osiągnięciem. Absolutny beniaminek został wicemistrzem Niemiec, dzięki czemu awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Ktoś, kto nie śledzi uważnie piłki nożnej, mógłby w tym momencie stwierdzić: „Mają bogatego sponsora, zapewne sprowadził gwiazdy światowego formatu i wynik zrobił się sam”. Nic bardziej mylnego. Red Bull stawia na akademię, wyszukiwanie młodych talentów, ogrywanie ich i sprzedawanie do zamożniejszych klubów. Znakomitym posunięciem koncernu było zakontraktowanie Ralfa Rangnicka. Zapewne większość kibiców kojarzy go przez pryzmat świetnych występów Hoffenheim kilka lat temu, ale dla piłki niemieckiej znaczy znacznie więcej. Pod koniec XX wieku, kiedy Niemcy zrozumieli, że gdzieś popełnili błędy, przez które ich reprezentacja coraz bardziej przestaje się liczyć na arenie międzynarodowej, Rangnick był jednym z ojców-uzdrowicieli. Często występował w telewizji, tłumacząc, że czasy nieco się zmieniły i że należy m. in. zrezygnować z pozycji libero, którą nasi zachodni sąsiedzi piętnowali mając w głowie występy Franza Beckenbauera, oraz krycia indywidualnego. Jego zdaniem podstawą w szkoleniu nowej generacji piłkarzy jest nauka defensywnej gry czwórką w linii i krycie strefowe. Opinia publiczna zjadała go na każdym kroku, wyśmiewając jego pomysły. Do ludzi nie docierało, że należy zmienić coś, co przez dekady funkcjonowało wspaniale, ale kilka lat temu przeszło do lamusa. Święty Antoni mawiał: „kto ma rację dzień wcześniej od innych, ten przez dobę uchodzi za idiotę”. To zdanie w tym przypadku znakomicie pasuje do Rangnicka. Obecnie ciężko sobie wyobrazić, a niektórym nawet przypomnieć, turniej, w którym reprezentacja Niemiec nie zajęła miejsca medalowego. Frank Wormuth, jeden z głównych szefów szkolenia trenerów w Deutschen Fußball-Bundes, nie ma wątpliwości:

Modernizacja niemieckiej piłki zaczęła się na południu inspirowana przez kilku wpływowych trenerów. Jednym z nim był Volker Finke we Freiburgu. Kolejnym Wolfgang Frank, który prowadził Mainz. No i oczywiście Ralf Rangnick.

Ralf Rangnick /fot. t-online.de

„Związek” Ralfa Rangnicka z Red Bullem jest bardzo owocny. Od 2012 roku pełni funkcję dyrektora sportowego Lipska. Przez trzy lata był jednocześnie dyrektorem sportowym Salzburga. W sezonie 2015/16 usiadł na ławce RB Lipsk. Zgromadził wokół siebie zaufanych ludzi, którym za główny cel wyznaczył… znajomość wszystkich młodych piłkarzy na świecie. Co u Rangnicka oznacza pojęcie „młody piłkarz”? Gdy po Euro 2016 roku został zapytany, czy interesuje się Bartoszem Kapustką (wówczas 20-latek), odpowiedział:

Dobry zawodnik, ale jeśli mielibyśmy się nim interesować to minimum dwa lata temu. Teraz jest dla nas troszkę za stary.

I to jest właśnie wizja Niemca. Wziąć pod skrzydła możliwie największą liczbę młodziutkich zawodników z olbrzymim potencjałem i zrobić z nich najlepszych piłkarzy na świecie. W obecnej kadrze Lipska mamy choćby pożądanego przez całą Europę 21-letniego Timo Wernera i 23-letniego Naby’ego Keitę, który od przyszłych rozgrywek będzie graczem Liverpoolu. Obaj, mimo stosunkowo młodego wieku, są już piłkarzami ogranymi i doświadczonymi. U nas trenerzy często boją się postawić na zawodników w podobnym wieku, argumentując, że ci są za młodzi i jeszcze mają czas na grę.
Pod kątem polityki kadrowej nikt nie może powiedzieć, że RB Lipsk niszczy futbol. Klub zarabia i będzie zarabiał na zawodnikach, nie wydając jednocześnie setek milionów euro na piłkarzy z górnej półki transferowej ruletki. Pod tym kątem jest, jak zresztą cała Bundesliga, against modern football. Co można zarzucić Bykom? Zdecydowanie majsterkowanie przy zasadzie „50+1”. Mówiąc w wielkim skrócie, jej idea jest taka, że klub nie otrzyma licencji do gry w lidze, jeśli jego udziały w całej spółce będą mniejsze niż 51%. W praktyce zabezpiecza przed wejściem do niemieckiej piłki miliardera, który dzięki swoim wpływom zrobi drużynę gwiazd. W Niemczech wszyscy wiedzą, że koncern Red Bull jest swego rodzaju przedmiotowym miliarderem, jednak działacze umiejętnie obchodzą przepisy.

Do Lipska pojechałem wraz z moimi dwoma znajomymi. Przemieszczaliśmy się samochodem. Wejściówki na mecze Bundesligi często wyprzedawane są już na kilka dni przed meczem, więc nabyliśmy je miesiąc temu przez internet. Wybraliśmy miejscówki za 30 euro na sektor A1/A2 (wysokość pola karnego).

Na miejsce dotarliśmy kilka godzin przed meczem, dzięki czemu mieliśmy okazję zapoznać się z miastem. Co jakiś czas mijaliśmy reklamy zapowiadające wieczorne wydarzenie.

Wiele knajp w centrum miało zarezerwowane stoliki na popołudnie i wieczór. Dla kibiców z Niemiec ligowy mecz rozpoczyna się już na kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem sędziego. Najpierw knajpy, a później catering stadionowy, w którym brylują piwo i znakomite kiełbasy. Wszystkiemu towarzyszą spotkania ze znajomymi i rozmowy o piłce. Red Bull Arenę po raz pierwszy ujrzeliśmy z wysokości 31. piętra, z tarasu widokowego najwyższego budynku w Lipsku – City-Hochhaus Leipzig.

Na stadion wyruszyliśmy ponad dwie godziny przed rozpoczęciem widowiska. Już wtedy mijaliśmy dziesiątki osób w barwach RB i Augsburga. Co logiczne, im bliżej areny, tym liczba napotkanych kibiców rosła. Ludzi nie odstraszyła niska temperatura powietrza, ok. -2 stopnie Celsjusza. Kilkadziesiąt metrów od jednej z aren Mistrzostw Świata 2006 znajduje się stara, klimatyczna trybuna, będąca jedną z głównych składowych starego stadionu. Niestety, zdjęcie zostało robione po ciemku i nie jest najlepszej jakości.

Oznaczenie sektorów jest nieco mylące. Na obiekcie są de facto dwa sektory A, usytuowane po dwóch stronach jednej z dłuższych trybun: A1 i A2 oraz A3 i A4 (zaznaczone na żółto). Ciekawie została rozegrana sytuacja z drogą sąsiadującą z obiektem. Aby nie dopuścić do krzyżowania ruchu pieszego z samochodowym, na trybuny prowadzą dwie bardzo szerokie, żelbetowe kładki (zaznaczone na czerwono). Oczywiście daliśmy się nabrać na oznakowanie sektorów i najpierw poszliśmy na A3 i A4, przez co po chwili musieliśmy zawrócić na jedną kładkę, przejść wzdłuż chodnika po drugiej strony ulicy i drugą kładką udać się na właściwe miejsce.

Od wielu znajomych, będących w przeszłości na RB Arenie, słyszałem, że udręką są schody. Rzeczywiście, trochę trzeba ich pokonać, ale nie jest ich na tyle dużo, by po wyjściu na samą górę z trudem łapać oddech. Człowiekowi towarzyszy jednak poczucie swoistej utraty orientacji przestrzennej, bo wydaje mu się, że po żmudnym wdrapywaniu powinien znaleźć się na wzniesieniu. Tymczasem stadion umiejscowiony jest w niecce. Od środka stwarza świetne wrażenie już od pierwszego spojrzenia.

Na korytarzach pod trybunami znajdują się liczne, bardzo żwawo obsługiwane punkty z alkoholem (piwo i grzane wino) i jedzeniem (wursty, hot-dogi, bułki ze śledziem, zapiekanki, zimne przekąski). W Niemczech bardzo sprytnie rozwiązano problem jednorazowych kubeczków na piwo. Do pierwszego zakupionego browara (4 euro) zostaje doliczona kaucja za solidny, plastikowy kubek (1 euro) z uchwytem, który staje się własnością klienta. Każdy kolejny chmielowy napój zostaje nalany właśnie do tego kubka. W każdej chwili naczynko można zwrócić, odzyskując swoją kaucję. Korytarze na Red Bull Arenie są bardzo ciasne, co utrudnia przemieszczanie pośród jedzących i pijących kibiców. Za wielki plus obiektu można uznać znakomite oświetlenie, zarówno korytarzy, jak i samych trybun. Zmierzając na swoje miejsce, w oczy rzucają się nietypowe siedzonka. Choć wyglądają całkiem efektownie, nie są zbyt wygodne.

Opakowanie meczu, jak to w Bundeslidze, jest na najwyższym poziomie. Ciary pojawiają się już podczas czytania składów, co jest potęgowane znakomitym podkładem muzycznym i charyzmą spikera. Młyn gospodarzy usytuowany jest za jedną z bramek. Ich doping akurat nie robi większego wrażenia, głowy nie urywa, ale jest solidny. Sektor dla gości był wypełniony w bardzo niewielkim procencie. Zaryzykuję, że znacznie więcej fanów Augsburga znajdowało się między gospodarzami, co również nie jest niczym nowym w niemieckim futbolu. Nie był to mój pierwszy raz na meczu Bundesligi i śmiem stwierdzić, że atmosfera na stadionie nie odbiega niczym od atmosfery na pozostałych obiektach w lidze. Kolega Karol, aktywny kibic Borussii Mönchengladbach, stwierdził jedynie, że repertuar wokalny, prezentowany przez kibiców RB, jest w dużej mierze kopią przyśpiewek innych klubów.
Dzięki bardzo stromo nachylonym trybunom widoczność z każdego miejsca na murawę jest znakomita. My zajmowaliśmy jeden z najwyższych rzędów, a zawodnicy wydawali się być jakoś dziwnie blisko nas. Zdjęcia niestety nie oddają tego efektu.

Przerywnik. Znam kolekcjonerów autografów, którzy piszą maile z prośbą o autograf maskotki BVB, Emmy, a ta chętnie wysyła karty z podpisami. Cały czas miałem wrażenie, że robią to, by jedynie poprawić sobie statystyki zbiorów. Koniec przerywnika. W drugiej połowie starcia miała miejsce bardzo ciekawa sytuacja. Na trybuny przedostał się, paradujący wcześniej przy murawie, Bulli, klubowa maskotka. Po tym co działo się wokół niego, można śmiało wywnioskować, że na zachodzie maskotki mają status gwiazdy. Kibice prosili go o zdjęcia, bili mu brawa i prosili o autografy. Nie wiem, czy uwierzyłbym komuś na słowo, gdyby opowiedział mi podobną historię.

Ulubieńcy publiczności zagrali bardzo dobry mecz, pewnie wygrywając 2:0. Przez 90 minut dało się wyczuć wielką miłość i respekt, jakimi darzony jest Timo Werner. Widowisko zgromadziło 34 286 kibiców. To pokazuje, że Lipsk jest głodny piłki. RasenBallsport nie jest jest jedynie klubem-ciekawostką, który upadnie za kilka lat. To jedna wielka inwestycja w szkolenie i produkcję najlepszych piłkarzy na świecie. Większość kibiców go bojkotuje, zarzucając mu brak tradycji i wielkość sponsora, bez którego nadal pałętałby się w niższych ligach. Pierwsza kwestia, jakie tradycje ma mieć zespół liczący zaledwie 9 lat? Rangnick kiedyś mądrze stwierdził, że za 500 lat RB będzie miało 500, a Bayern 600 lat i z perspektywy czasu będzie to niewielka różnica. Fanom uznanych, utytułowanych drużyn wydaje się, że na mapie świata jest miejsce jedynie dla drużyn legitymujących się bogatą historią i z pogardą zerkają na RB. To tak jakby Wojciech Fortuna zarzucał Kamilowi Stochowi, lepszemu od siebie samego w tym, z czego słyną, że ten nie powinien wypowiadać się na temat skoków, bo nic o nich nie wie, skoro nigdy nie skakał stylem klasycznym. Druga kwestia, Red Bull dysponuje środkami, za które mógłby pójść na łatwiznę i pozyskiwać topowe gwiazdy światowego futbolu. Kilkanaście linijek wyżej ustaliliśmy, że tego nie robi, a wręcz przeciwnie – mało który klub ma tak dobrze rozwiniętą pracę u podstaw. Nie krytykujmy. Zwłaszcza, że część krytykantów ma problem z RB tylko i wyłącznie dlatego, że RB to RB. Czas pokaże, że na istnieniu RB Leipzig skorzysta cała masa piłkarzy, niejeden klub i, co powinno być solidnym argumentem dla kibiców zza Odry, reprezentacja Niemiec.

fot. wyr. wa.de

 

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*