Odkrywanie piłkarskiego świata – Union Berlin. Kult bycia innym

Odkrywanie piłkarskiego świata – Union Berlin. Kult bycia innym

Kiedy w mieście lub okolicy funkcjonuje więcej niż jedna drużyna piłkarska, ludzie błędnie dziwią się, jak można nie kibicować tej najlepszej. Union Berlin to nie jest zwykły klub. Stanowi idealny przykład na to, że dla fanów chęć przynależności do klubowych barw wyznaczają nie tylko wyniki sportowe. Fanatyzm i swoistą odmienność kibiców Unionu miałem okazję sprawdzić przy okazji meczu 22. kolejki 2. Bundesligi pomiędzy Die Eisernen a Fortuną Dusseldorf. Zapraszam do zapoznania się z relacją.

Jeśli zapytamy przeciętnego kibica o klub z Berlina, na 96% odpowie: Hertha. Trudno się dziwić, skoro jest to najbardziej zasłużony zespół ze stolicy Niemiec, dwukrotny mistrz kraju, trzykrotny finalista krajowego pucharu, jeden z najstarszych w całym państwie. Inne kluby z miasta nie mogą z nią konkurować pod kątem osiągniętych sukcesów. Najbardziej sławnym rywalem jest Union. Union, który nigdy nie grał w Bundeslidze, a jego największym osiągnięciem jest finał Pucharu Niemiec w 2001 roku, dzięki któremu odbył jedyną w swojej historii przygodę w europejskich pucharach, odpadając w drugiej rundzie Pucharu UEFA po dwumeczu z Liteksem Łowecz. Co zatem sprawia, że za Unionem lgnie fala fanatycznych kibiców?
Jeszcze za czasów NRD klub był jedną, wielką, nieoficjalną organizacją antykomunistyczną. Skupiali się wokół niego wszyscy ci, którzy chcieli walczyć z ustrojem podczas zimnej wojny. Na trybunach regularnie meldował się nadkomplet publiczności, a mecze często zamieniały się w manifestacje polityczne. O miłości fanów do klubu dobrze mówi sytuacja z 2004 roku. Wówczas Union był, zresztą nie pierwszy raz, bardzo bliski upadku, kiedy niemiecki związek piłkarski zażądał 1,5 mln euro gwarancji. Dla działaczy były to abstrakcyjne pieniądze. Z pomocą przyszedł kibic i biznesmen, Dirk Zingler. W nagrodę został prezydentem klubu, a funkcję pełni do dziś.

bz-berlin.de

Inni fanatycy również chcieli mieć udział w ratowaniu swojej ukochanej drużyny, więc postanowili choć w jakiejś części dołożyć się do wydatku Zinglera i zorganizowali akcję „Bluten für Union”. Setki kibiców oddawało swoją krew, a pozyskane w ten sposób fundusze przeznaczyło na Union. Innym, jeszcze świeższym przykładem miłości do Die Eisernen była przebudowa stadionu w 2008 roku. Kondycja finansowa klubu nadal była nie do pozazdroszczenia, więc fani, w liczbie ponad dwóch tysięcy, sami chwycili za łopaty, młoty i inne przyrządy budowlane i diametralnie odrestaurowali obiekt. Oczywiście inny niż wszystkie. W Niemczech standardem jest jedna trybuna z miejscami stojącymi, zarezerwowana dla kibiców prowadzących doping. Union pragnął wyjątkowości i poszedł dwa kroki dalej, udostępniając aż trzy trybuny z miejscami stojącymi. Patrząc na gabaryty obiektu, można je porównać do stadionu Cracovii. W Krakowie przy Kałuży są miejsca dla 15 016 osób. Pominięcie krzesełek na Stadion An der Alten Försterei (Stadion przy Starej Leśniczówce) powoduje, że trybuny są skrojone pod 22 012 miejsc. Co ciekawe, coraz głośniej mówi się o przebudowie berlińskiego obiektu do pojemności ponad 40 tys. Nikt wówczas nie ma zamiaru rezygnować z trzech trybun stojących.
Działacze Unionu są wdzięczni za wkład swoich kibiców w ratowanie klubu i re-budowę stadionu. Bardzo chętnie udostępniają im obiekt podczas różnych okoliczności. Od 2002 roku fani organizują na nim spotkania świąteczne. Na pierwszym z nich zameldowało się zaledwie 89 osób. Z roku na rok przybywa ludzi pragnących wspólnie świętować. Od kilku dobrych lat, dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia, na arenie melduje się ponad 20 tys. fanów. Śpiewają kolędy, składają sobie życzenia, odpalają świece.

fot. ultra-style.weebly.com

Tak de facto aż 58% stadionu należy do kibiców. Aby podreperować budżet, nieco ponad 6 lat temu klub postanowił sprzedać 10 000 akcji obiektu swoim fanatykom. Koszt jednej akcji wynosił 500 euro. Rozeszły się jak świeże bułeczki. W 2014 roku zorganizowano na nim oglądanie meczów Mistrzostw Świata. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jedną z trybun zaaranżowano na ogromną ścianę salonu, na jej środku wstawiono wielki telebim, a kibice dostali depeszę, by przynieść ze sobą sofy, kanapy i fotele. Wszyscy mieli czuć się jak w domu. Obecność innych fanów tworzyła rodzinną atmosferę. Efekt był piorunujący.

fot. thenational.ae

Cały Union jest jedną wielką rodziną. Rodziną, która nikogo nie dyskryminuje. PR-owcy tworzą różne, arcyciekawe akcje marketingowe, zapraszając na mecze m. in. weganów, bezglutenowców, środowiska hipsterskie i skinheadowskie. Przynoszą znakomite efekty. Fanatycy Unionu świetnie czują się we własnym gronie, w swoim piłkarskim domu, mając poczucie, że są inni niż cały kibicowski świat. Klub słucha ich jak swojego najważniejszego powiernika, bez którego żadne ważne decyzje nie są podejmowane. Właśnie dlatego ludzie wybierają Union, a nie znacznie bardziej mocarną Herthę.

Do Berlina udaliśmy się dzień po spotkaniu RB Lipsk – FC Augsburg (relacja). Bilety pozyskaliśmy nieco okrężną drogą. Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że na domowych meczach Unionu zazwyczaj melduje się komplet publiczności i nie inaczej powinno być podczas starcia z liderem tabeli, Fortuną Dusseldorf. W sprzedaży pierwszeństwo zakupu mają posiadacze kart kibica, których my nie posiadaliśmy. W obawie przed ewentualnym brakiem wejściówek w otwartej sprzedaży, skontaktowaliśmy się z jednym z pracowników klubu, a ten zarezerwował nam trzy bilety na trybunę siedzącą. Cena: 33 euro za sztukę. Do odbioru w dniu widowiska w kasach klubowych.
Na miejsce dotarliśmy grubo ponad dwie godziny przed meczem. Już wówczas tysiące kibiców kręciło się wokół stadionu. Obowiązkowym ekwipunkiem każdego z nich było piwo, wino i małpki z wódką. Gdzieniegdzie unosił się zapach marihuany.

Stadion już z zewnątrz sprawia bardzo dobre wrażenie. Nasza trybuna, jako jedyna posiadająca miejsca siedzące, ma całkiem schludną elewację, dzięki której prezentuje się jak bardzo zadbana kamieniczka.

Tuż po wejściu na teren obiektu dało się wyczuć, że znajdujemy się w specyficznym miejscu wśród specyficznych ludzi. Niektórych z nich na pewno nie chciałbym spotkać idąc w nocy ciemnym parkiem. Niezwykle specyficzne fryzury, kolczyki w każdej części ciała, pejsy ciągnące się aż do ust czy niespotykane wcześniej elementy ubrań były czymś normalnym dla większości mijanych osób. Gdyby zebrać „tunele” z uszu wszystkich kibiców obecnych na stadionie, można by było stworzyć całkiem sporych rozmiarów makietę tunelu pod kanałem La Manche, a wszechobecne tatuaże pokryłyby zapewne krakowskie Błonia.
Znakomite umiejscowienie obiektu, tuż przy ogromnym parku, sprzyja pochłanianiu hektolitrów piwa, z czego kibice skrzętnie korzystają. O tym, że fani i drużyna to jedność, dało się przekonać jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Czekając na otwarcie kas, w których mieliśmy odebrać nasze bilety, zauważyliśmy zawodników Unionu, wracających z przedmeczowego spaceru. W obecnych czasach standardem jest, że ekipy zabierają wówczas ze sobą ochroniarzy i udają się w mało odwiedzaną część miasta. Każda próba podejścia postronnych osób kończy się fiaskiem, bo zawodnicy muszą się skupić i nie można ich rozpraszać. Union jest inny. Piłkarze maszerowali na najbardziej zatłoczonej alejce krok w krok z pijącymi kibicami, gawędząc z nimi z takim spokojem, jakby za moment mieli razem wejść na trybuny, a nie na murawę, by walczyć o pierwsze ligowe zwycięstwo od listopada 2017 roku.

Na czerwono przebieg trasy przedmeczowego spaceru zawodników Unionu.

Tuż przy wejściu na teren obiektu od strony wspomnianego parku znajdowały się dwa wózki sklepowe, do których kibice wrzucali opróżnione butelki objęte kaucją zwrotną. Tym samym w prosty sposób dali zarobić jednemu ze swoich „braci po szalu”.

Na klubowym parkingu stał niczym nieodgrodzony autokar zawodników gospodarzy, a chwile przy piwie i jedzeniu nie umilały dźwięki z głośników, a kataryniarz.

Nie mam niestety pojęcia, czy stał tam w trakcie trwania meczu, ale po końcowym gwizdku nadal nakręcał muzykę. Jeśli już wspomniałem o jedzeniu, muszę szczerze przyznać, że na żadnym innym stadionie nie spotkałem się z bardziej atrakcyjną ofertą gastronomiczną. Pod pojęciem „atrakcyjną” mam na myśli zarówno cenę, jak i jakość produktów. Kiełbasa w bułce, w zależności od rodzaju, kosztuje 2,50 euro lub 3 euro. Karczek jest w cenie droższej kiełbasy. Tuż obok grilla zaparkował foodtrack z artykułami rybnymi. Wybór jest ogromny. Bułki ze śledziem, z wędzonym pstrągiem i łososiem to tylko niektóre z pozycji. Ceny wahają się od 2,80 euro do 5 euro.

Tuż po zeskanowaniu biletów na bramkach prowadzących na trybuny, udaliśmy się do fanshopu. Tak dobrze zaopatrzonego sklepiku klubowego nigdy wcześniej nie widziałem. Można tam nabyć dosłownie wszystko. Od standardowych koszulek, bluz, szalików, książek, odznak, przez podkładki pod myszki, proporczyki, puzzle, odświeżacze samochodowe, aż po obudowy na rejestrację, szczoteczki do zębów i… kaczuszki do kąpieli. Oczywiście wszystko z emblematami Unionu. Widać, że również w kwestii gadżetów klub świetnie współpracuje z kibicami i wychodzi naprzeciwko ich oczekiwaniom.

Obiekt wewnątrz wydaje się być jeszcze bardziej okazały niż zewnątrz. Fenomenalne wrażenie sprawiają przede wszystkim trzy trybuny z miejscami stojącymi.

Rewelacyjnym elementem stadionu jest stara, zasłużona tablica wyników, znajdująca się w jednym z narożników. Zawiera dwa okienka, za którymi widać kontury osób odpowiedzialnych za zmienianie dużych kart z liczbami, wskazującymi na aktualny wynik meczu. Dobrze się złożyło, że mogliśmy podziwiać ich pracę aż cztery razy.

Dla fanów elektryczności zainstalowano nowoczesny ekran, wyświetlający najważniejsze boiskowe informacje.

Zajmując miejsca w sektorze A1, byliśmy bardzo blisko sektora dla kibiców przyjezdnych. I było to bardzo dobre doświadczenie. Wykorzystując ostatni weekend karnawału, bardzo wielu przybyszy z Dusseldorfu było przebranych za marynarzy, zakonnice, postacie z bajek, gwiazdy rocka. Do tego bardzo głośno wspierali swoich zawodników.

Jeszcze większy popis wokalny dali fanatycy gospodarzy. W ich dopingu zaangażowane były zazwyczaj trzy trybuny z miejscami stojącymi, a nierzadko włączały się do niego osoby z trybuny siedzącej.
Obserwując mecz mogliśmy przekonać się o jeszcze jednej odmienności fanów Die Eisernen. Kiedy większość marzła (temperatura około -1 stopnia Celsjusza z chłodnym wiatrem), obok nas usiadł młody chłopak. W pewnym momencie ze spokojem rozwiązał szalik, zdjął czapkę i kurtkę, zostając jedynie w bluzie. Patrząc na niego robiło się jeszcze zimniej. Jeszcze dalej sprawy zaszły w przerwie spotkania. W drodze do toalety spotkałem a’la harlejowca, tęgiego mężczyznę z długą brodą, długimi włosami, dziesiątkami tatuaży, który powyżej pasa miał na sobie tylko koszulkę i czapkę Unionu. Brrrr…

Podczas trwania każdego spotkania Unionu, między kibicami przemieszcza się mężczyzna z wielkim koszem, do którego ma przymocowany bardzo głośny dzwonek rowerowy i dzwoniąc daje znać o swojej obecności. W koszyku ma precle, cieszące się sporym zainteresowaniem.
Gospodarze, ku uciesze kompletu publiczności (22 012 osób), pokonali Fortunę 3:1. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że stadion Unionu, jak i panująca na nim atmosfera, jest niezwykle klimatyczny. Zakochałem się już po kilku minutach. Niespełna półtora roku temu miałem przyjemność gościć na domowym meczu Herthy. Tam wrażenie zrobiły na mnie jedynie gabaryty Stadionu Olimpijskiego. No i może 100. bramka Ibisevicia w Bundeslidze. Nic poza tym. Reszta była najzwyczajniej w świecie normalna. Na Stadionie przy Starej Leśniczówce ciężko znaleźć coś, co nie przypadło mi do gustu. Serdecznie zachęcam do odwiedzenia tego obiektu, będącego według mnie jednym z najważniejszych punktów na europejskiej mapie piłkarskiej dla groundhopperów.

fot. wyr. bz-berlin.de

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*