Polska – Kolumbia 0:3. W piątek wracamy do domu…

Polska – Kolumbia 0:3. W piątek wracamy do domu…

Była wiara, były nadzieje. Były huczne zapowiedzi, były głosy, że mamy najlepszą kadrę od 36 lat. Wiele osób twierdziło, że wylosowaliśmy świetną grupę, najłatwiejszą z całej stawki, z której nie da się nie wyjść. Ta „najłatwiejsza” grupa boleśnie nas zweryfikowała. Klęska 0:3 z Kolumbią oddała obraz taktycznego bałaganu, chaosu, niedokładności, braku pomysłu na grę. Po dwóch przegranych spotkaniach pakujmy manatki. Po meczu z Japonią, meczu o honor, wracamy do kraju.

Porażka z Senegalem postawiła nas pod ścianą. Pod ścianą, pod którą stali również Kolumbijczycy, przegrani spotkania z Japonią. Bezpośrednie starcie dwóch ekip targających na swych barkach ogromny ciężar psychiczny miało oddzielić chłopców od mężczyzn. Zaczęliśmy bardzo obiecująco. W ciągu trzech pierwszych minut byliśmy pod bramką przeciwnika częściej niż w trakcie całego meczu z Senegalem. Serca kolumbijskich kibiców drżały z zaniepokojenia, a z boiska było słychać trzeszczenie kości. Biało-Czerwoni chcieli pokazać, że to oni będą rządzić na murawie, co często udowadniali agresywną grą na pograniczu faulu. Gdy po jednym z nich Yerry Mina odczuwał ból po przypadkowym nadepnięciu Lewandowskiego na swoja dłoń, zareagował tak, jakby właśnie przeżywał atak epilepsji. Agresję w grze naszych zawodników odbierałem bardzo pozytywnie, licząc na to, że Los Cafeteros poniekąd przestraszą się Biało-Czerwonych i z biegiem czasu coraz łatwiej będzie nam przedzierać się przez ich defensywę. Obrońcy i pomocnicy reprezentacji Polski starali się posyłać długie piłki za plecy obrońców Kolumbii, licząc na szybkość i błyskotliwość Lewandowskiego i Kownackiego. Nie przynosiło to jednak zamierzanych efektów. Z minutę na minutę mecz zaczął się wyrównywać, a w konsekwencji kontrolę przejęli nad nim Kolumbijczycy. Gra mogła się podobać, była szybka, żywa i przenosiła się z jednej strony na drugą, choć brakowało w niej konkretów. Multum niedokładnych podań i brak strzałów na bramkę wystawiał brzydkie laurki dla obydwu drużyn. Widać było, że stawka meczu splątała zawodnikom nogi. Przez pierwsze pół godziny graliśmy bardzo konsekwentnie w obronie. Pięcioosobowa linia defensywna momentami była wspomagana nawet przez Dawida Kownackiego. Chwilę później do wyraźnego głosu doszli zawodnicy z Ameryki Południowej. Zaczęli się rozkręcać niczym rytm Harlem Shake, a swoistym „con los terroristas” była sytuacja z 40. minuty. Szybką wymianę podań w trójkącie Cuadrado – Quintero – James skuteczną główką wykończył Mina. Podanie od pomocnika Bayernu wydawało się nieść w sobie wiadomość „do the Harlem Shake”. W tym momencie nasi piłkarze totalnie przygaśli, a przeciwnicy poczuli, że to jednak oni będą prowadzić taniec w tym meczu.

W ciągu 15 minut przerwy miliony Polaków zastanawiało się, czy nasi piłkarze zdołają odwrócić losy tej potyczki. Adam Nawałka zdecydował się na pierwszą zmianę dopiero w 57. minucie. Za Kownackiego wszedł Kamil Grosicki. Wówczas komentujący ten mecz Jacek Laskowski powiedział: „Grosik, zostań dziś złotówką! Stuzłotówką!”. Niestety, tym razem pomocnik Hull City nie porwał naszej gry. Co więcej, był równie niewidoczny jak wtedy, gdy siedział na ławce rezerwowych. Cała drużyna nie miała jakiegokolwiek pomysłu na sforsowanie kolumbijskiej defensywy. W dodatku coraz bardziej uchodziło z niej powietrze. Efektem takiego stanu rzeczy były dwie zabójcze kontry. Najpierw w 70. minucie Krychowiak nie utrzymał linii spalonego, co wykorzystał Falcao, strzelając swoją pierwszą bramkę na Mistrzostwach Świata. Trzysta sekund później Pazdan nie nadążył za szybkim jak wiatr Cuadrado, a ten spokojnym strzałem pokonał swojego klubowego kolegę. 0:3, cytując klasyka, „dziękuję państwu, koniec mistrzostw”.

Stanislav Levy, były trener Śląska Wrocław powiedział po meczu w czeskiej telewizji: „Polska ma wybitnych piłkarzy, ale na tych mistrzostwach nie stanowili oni drużyny”. W punkt. Na podsumowanie biało-czerwonej przygody na Mundialu w Rosji przyjdzie czas po meczu z Japonią.

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*