Pycha kroczy przed upadkiem. Czyli subiektywnie o kadrze Nawałki

Pycha kroczy przed upadkiem. Czyli subiektywnie o kadrze Nawałki

11 października 2006 roku, Chorzów, Polska wygrywa 2:1 z Portugalią. Biało – czerwoni grają zjawiskowo, z polotem, przeciwnicy są bezradni i gdyby mecz zakończył się wynikiem 4:1, nie można byłoby powiedzieć, że rezultat nie oddaje obrazu spotkania. Na taki mecz czekaliśmy dziesięciolecia, a ludzie z mojego pokolenia – chyba całe życie. Nigdy więcej kadra nie zbliżyła się do tego poziomu. 

Kilka lat później Jan Nowicki pięknie ubrał w słowa istotę tego problemu. I choć zwykle z dystansem podchodzę do wszelkich wynurzeń na temat piłki nożnej, formułowanych przez ludzi z futbolem zupełnie niezwiązanych, bo najczęściej opowiadają wierutne bzdury, to słowa pana Jana dały mi do myślenia. Powiedział mianowicie, że Polacy w starciu z Portugalią pokazali coś, czego tak naprawdę nigdy w sobie nie mieli. Zagrali ponad własne możliwości.

W jednym miejscu, w jednej chwili nastąpiła konsolidacja wielu czynników, pozwalających zawodnikom wznieść się na poziom, którego nigdy więcej nie potrafili osiągnąć. Tamten mecz stał się punktem odniesienia, dla każdego kolejnego występu kadry Beenhakkera. Stał się też swego rodzaju przekleństwem. Wymagaliśmy powtórzenia niemożliwego.

Propaganda sukcesu

W tym miejscu wypada postawić pytanie, czy dla kadry Nawałki podobnym przekleństwem nie był przyzwoity wynik osiągnięty podczas Euro w 2016. Wokół wygranego meczu z Niemcami w eliminacjach i awansu do ćwierćfinału Euro zbudowano całą propagandę sukcesu. Sukcesu, który po pierwsze – został w naszym kraju przeceniony. Po drugie – nie stanowił rzeczywistego obrazu stanu polskiego futbolu. To, w połączeniu z rankingiem FIFA, gdzie pięliśmy się z zawrotną prędkością, szalenie zamazało obraz. Przestaliśmy racjonalnie analizować sytuację, mimo tego, że od dawna przesłanek do optymizmu najzwyczajniej brakowało. Prawda o tej reprezentacji jest taka, że przez całe lata tylko dzięki niezwykłej konsekwencji, uporowi i łutowi szczęścia, byliśmy w stanie pudrować trupa. Rzetelność i dbałość o każdy szczegół, pozwoliła kadrze osiągać wyniki ponad stan, ale cały czas miało się wrażenie pewnej prowizorki. W środowisku, w którym wszystko trzeszczy, zbudowano coś, co nijak do niego nie przystawało. Polska liga jest absurdalnie słaba, ligowe kluby zbierają w Europie oklep już nawet od Kazachów, kadry młodzieżowe kopią się w czoło i fartownie remisują z Wyspami Owczymi, a za ich największy w ostatnim czasie sukces uchodzi zwycięstwo z duńską młodzieżówką, w meczu, w którym postawiliśmy w polu karnym autobus, rozpaczliwie broniliśmy się przez cały mecz, a duński bramkarz wrzucał sobie do bramki piłkę po każdym strzale Polaków… W dodatku od lat toczymy spór, czy posiadamy system szkolenia, czy jednak nie. Efekt tego jest taki, że w dorosłej kadrze mamy jednego zawodnika, który potrafi przyjąć piłkę w odpowiednim kierunku i przyjęciem zgubić rywala.

Polska kadra była pałacem zbudowanym na pogorzelisku, albo powypadkowym samochodem z ogromną ilością szpachli, wciąż uchodzącym za luksusowe. To musiało się w końcu wysypać. Wysypało się w najgorszym możliwym momencie, choć przesłanki ku temu można było dostrzec już dawno. Ale po kolei…

Rozczarowani kolejnymi blamażami i przegrywanymi eliminacjami z niezwykłą radością przyjęliśmy awans do mistrzostw Europy we Francji. Co prawda do turnieju zakwalifikowało się prawie pół Europy, a w starym formacie mistrzostw do końca musielibyśmy drżeć o udział choćby w barażach. W dodatku wygraliśmy tylko 10 z 18 meczów, w tym 2 z Gruzją i 2 z Gibraltarem. Największe pochwały zebraliśmy oczywiście po pokonaniu Niemców w Warszawie, choć styl pozostawiał wiele do życzenia. Drugi, zdaniem ekspertów, dobry mecz rozegraliśmy w rewanżu z mistrzami świata. Choć zebraliśmy spore bęcki, to były fragmenty, w których staraliśmy się nie tylko przeszkadzać rywalowi. Większość spotkań ery Nawałki miały podobny przebieg. Względnie dobry początek i niespodziewany blackout, podczas którego nie potrafiliśmy wyjść z własnej połowy. Tak trwoniliśmy przewagę w obu meczach ze Szkocją i Irlandią. O ile z Irlandią udało się raz wygrać, to ze Szkocją dwukrotnie zremisowaliśmy. Przy czym raz, gdy Lewandowski w ostatniej akcji meczu wcisnął piłkę do bramki chyba tylko siłą woli. Nie graliśmy źle, ale długimi momentami mocno przeciętnie. Jednak zespół Nawałki, w przeciwieństwie do ekip prowadzonych przez poprzednich selekcjonerów, punktował. Odblokował się Lewandowski, który zaczął wykorzystywać sytuacje podbramkowe.

Nawałkizm

Nawałka długo miał nosa do personaliów. Wielokrotnie jego decyzje budziły spore zdziwienie, aczkolwiek zazwyczaj się broniły. Tak było choćby z Krzysztofem Mączyńskim, którego wymyślił dla kadry, Michałem Pazdanem, czy Sławomirem Peszko. Wyniki się zgadzały, więc trudno było selekcjonera krytykować. Wokół kadry zapanował klimat niezwykłej mobilizacji. Dużo mówiło się o koncentracji, a Nawałka był tak konsekwentny w swych wyborach, że aż nudny. Równie nudne były konferencje prasowe z jego udziałem. Postanowił bowiem, że nie będzie udzielał wywiadów, a jedynymi wypowiedziami dla mediów były te z konferencji właśnie. Problem w tym, że każda przebiegała według tego samego schematu. Nieważne jakie pytanie padło, odpowiedzią na wszystko była koncentracja, szczegółowa analiza, ciężka praca, szacunek dla przeciwnika. Okrągłe słowa, z których nic nie wynikało. Mogło drażnić, że selekcjoner miał polskiego fana w głębokim poważaniu, szczególnie zestawiając to z konferencjami choćby w Niemczech, gdzie trenerzy szczegółowo tłumaczyli dziennikarzom decyzje personalne i taktyczne. Selekcjoner reprezentacji Anglii zarządzał dni dla mediów, kiedy każdy zawodnik miał obowiązek cierpliwie i szczegółowo odpowiadać na pytania, a Tite, selekcjoner Brazylii, potrafił merytorycznie i wyczerpująco uzasadniać każdą swoją decyzję. Przyjęliśmy jednak, że cel uświęca środki i jeśli wyniki się zgadzały, to poza lekkim kręceniem nosem raczej nie było słychać głosów oburzenia.

Przepompowany sukces we Francji

Na Euro wylosowaliśmy Irlandię Północną, Ukrainę i Niemcy. Pierwszych pokonaliśmy 1:0, po meczu, w którym mieliśmy pełną kontrolę, choć również problemy ze stwarzaniem sytuacji. Z zachodnimi sąsiadami zagraliśmy z niezwykłą dyscypliną. Formacje i poszczególni zawodnicy grali bardzo blisko siebie, więc przeciwnik nie miał miejsca na rozgrywanie akcji i właściwie nie zagroził nam poważnie przez całe spotkanie. My za to mieliśmy kilka niezłych okazji po kontrach. W ostatnim meczu wygraliśmy 1:0 z Ukrainą, choć graliśmy skandalicznie słabo i tylko błysk Błaszczykowskiego oraz nieskuteczność rywali pozwoliły na zdobycie 3 oczek. Ukraina gniotła nas niemiłosiernie, a warto dodać, że była zespołem totalnie rozbitym przez wewnętrzny konflikt.

Wyszliśmy z grupy, choć trzeba przyznać, że nie było to osiągnięcie nadzwyczajne. Z grup wychodziło 16 spośród 24 ekip… zatem do domu udało się ledwie 8 zespołów. W 1/8 zmierzyliśmy się ze Szwajcarią i znowu mieliśmy dobry fragment, po którym nastąpiło załamanie gry, przeciwnik wyrównał i dominował niemal do samego końca. Dzięki nieprawdopodobnym interwencjom Łukasza Fabiańskiego udało się doprowadzić do karnych, w których okazaliśmy się lepsi, bo Granit Xhaka postanowił strącać wróble z ogrodzenia. W ćwierćfinale czekała Portugalia, która nie potrafiła wygrać w regulaminowym czasie żadnego z 4 poprzednich meczów. Z nami również zaczęła fatalnie i dość szybko przegrywała po bramce Lewandowskiego. Kilka kolejnych minut to dominacja Polaków, ale następnie widzieliśmy dobrze znany nam obrazek. Wycofaliśmy się na własną połowę i czekaliśmy na… trudno powiedzieć na co. Portugalia wyrównała, a w karnych szczęścia zabrakło z kolei nam.

Nawałka przez całe mistrzostwa prowadził zespół niezwykle asekuracyjnie. Grał żelaznym składem i dokonywał niewielu zmian. Właściwie w ciemno można było zgadywać, kto i kiedy wejdzie na boisko. Brak jakiegokolwiek elementu szaleństwa. Konsekwencja do bólu. Być może uznał, że dysponując takim materiałem ludzkim, dobre wyniki osiągnąć można tylko perfekcją, a nie improwizacją, na którą nie pozostawił miejsca. Wykorzystał do maksimum fakt, że większość zawodników była w swojej niemal szczytowej formie, wkomponował ich w surowe ramy taktyczne i dopracowywał do perfekcji schematy poruszania się w fazie defensywnej i przechodzenia z obrony do ataku.

Nowe eliminacje. Idziemy za ciosem?

Jako nacja byliśmy tak spragnieni jakiegokolwiek sukcesu, że ćwierćfinał ogłoszono osiągnięciem niemal na miarę odzyskania niepodległości. A przecież na tym samym etapie turniej ukończyła Islandia, a do półfinału awansowała Walia, inne piłkarskie „potęgi”. Zanim Adam Nawałka został pierwszą osobą beatyfikowaną za życia, a Robert Lewandowski koronowany na króla Polski, przystąpiliśmy do eliminacji kolejnego wielkiego turnieju. Tam czekała na nas Dania, Czarnogóra, Rumunia, Armenia, Kazachstan. Nie była to przesadnie trudna grupa, zwłaszcza dla niedoszłych mistrzów Europy. Bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że tytuł zdobylibyśmy, gdyby nie sędzia i bramkarz Portugalii, który przy rzucie karnym wykonywanym przez Błaszczykowskiego zbyt szybko wyszedł przed linię. W półfinale czekała bowiem Walia, którą zjedlibyśmy na śniadanie, a w finale Francja. A skoro Francuzi przegrali z Portugalią, z którą my prawie wygraliśmy (gdyby nie sędzia i bramkarz), to koniec tej historii jest oczywisty.

Przed pierwszym spotkaniem eliminacyjnym poczuliśmy swoiste deja vu. Znowu konsekwencja, determinacja, szacunek dla rywala. Propagandowa maszynka hulała bez krzty fałszu. Wyprawa do Kazachstanu miała być formalnością i do przerwy taką się wydawała. Schodziliśmy do szatni prowadząc 2:0, ale po przerwie gra uległa dramatycznemu załamaniu i Siergiej Chiżniczenko doprowadził do wyrównania. Uznano to za wypadek przy pracy, a winę zrzucono na sztuczną murawę. I wtedy można było dać wiarę temu tłumaczeniu, ale czas pokazał, że wypadek nie był wypadkiem, a pierwszym symptomem groźnej choroby, który został zlekceważony. Miesiąc później do Warszawy przyjeżdża Dania, która była w fazie przebudowy, żeby nie powiedzieć – rewolucji. Mamy dobre 45 minut, prowadzimy 3:0, ale po przerwie gra tylko przeciwnik i zdobywa dwa gole. Cudem dowozimy zwycięstwo do końca. Jeszcze gorzej było 3 dni później, kiedy mierzyliśmy się z Armenią. Gramy słabo, ale przeciwnik lituje się nad nami i sam strzela sobie bramkę, niestety już po dwóch minutach obiera właściwy azymut i nieoczekiwanie robi się 1:1. Nie możemy złapać odpowiedniego rytmu i na minuty przed końcem meczu pozwalamy rywalowi stanąć oko w oko z Łukaszem Fabiańskim. Ormianin jednak wariuje, a kilka sekund później Błaszczykowski idealnie wrzuca na głowę Lewandowskiego. 2:1. Ulga. Ale problemy dopiero nadchodzą…

Po spotkaniu z Armenią wybucha afera alkoholowa. Kilku zawodników postanowiło zabawić się pomiędzy meczami, a jeden z nich nie utrzymał w ryzach treści żołądkowej. Nawałka wpadł w furię, ale udało mu się zapanować nad sytuacją. Sprawa żyła przez kilka tygodni, ale komunikaty, które otrzymywał przeciętny „zjadacz sportu” były dość lakoniczne. Choć kto siedzi w tym nieco głębiej, ten mógł dowiedzieć się, kto, co i jak. Na wierzch zaczęły wypływać informacje o kłopotach dyscyplinarnych w kadrze, również przed Euro. Mówi się, że ofiarą afery został Artur Boruc, któremu rozczarowany selekcjoner zasugerował rozstanie z kadrą. Zmotywowana sporą krytyką drużyna rozegrała najlepszy mecz za kadencji Nawałki, pokonując 3:0 Rumunię na wyjeździe. Choć sytuacja w tamtejszej reprezentacji nakazuje pewną wstrzemięźliwość w używaniu w odniesieniu do niej określenia: „poważny zespół”.

Następnie męczyliśmy się z Czarnogórą i choć znów prowadziliśmy, to łatwo straciliśmy prowadzenie i uratował nas błysk Piszczka. W czerwcu 2017 roku ponownie wygraliśmy z pogrążającą się w coraz większym marazmie Rumunią. Punktowaliśmy regularnie, notowaliśmy zwycięstwo za zwycięstwem, coraz bardziej usypiało to czujność. Wizerunkowa machina kreowała wizerunek sielanki, a każdy, kto dostrzegał niepokojące objawy, był uznawany za wroga systemu i błyskawicznie ośmieszany.’

Postępujący rozkład

Taktyka zamazywania rzeczywistości zemściła się na nas brutalnie. W Kopenhadze stało się coś, czego żaden z kadrowiczów nie był w stanie wyjaśnić. Dania rozgromiła nas 4:0, a my ani przez moment nie byliśmy w stanie nawiązać jakiejkolwiek walki. Snuliśmy się po boisku, nie potrafiliśmy przeprowadzić składnej akcji, byliśmy wolniejsi, mniej dokładni, rozkojarzeni. W defensywie notorycznie spóźnieni i popełniający niesamowite błędy. Rywal rozłożył nas na łopatki prostymi środkami. Grał mianowicie długą piłkę na napastnika schodzącego w boczne strefy, który zgrywał ją do podłączających się z drugiej linii pomocników. Nie potrafiliśmy wygrać głowy z wysokim napastnikiem, nie potrafiliśmy też zbierać drugich piłek. Mało tego, nie potrafiliśmy odpowiednio zareagować i zneutralizować poczynania przeciwnika, a sami nie mieliśmy żadnych argumentów. Brzmi znajomo?

Od pierwszego spotkania w Kazachstanie zespół dogorywał, ale siłą rozpędu i resztek entuzjazmu po Euro punktował. Szczęśliwie przeciwnicy byli targani różnymi wewnętrznymi problemami, a my mieliśmy względnie stabilną kadrę i Roberta Lewandowskiego, który ciągnął nas za uszy swoimi bramkami. W Kopenhadze zespół ostatecznie dokonał swego żywota i po tej klęsce już się nie podniósł. Owszem, pokonał zdecydowanie Kazachstan i rozgromił dramatycznie słabą Armenię, co pozwoliło jedynie na chwilę przypudrować pryszcza. Ostatni mecz z Czarnogórą był jakby podsumowaniem całych eliminacji… Niezła gra i dwa szybko strzelone gole i katastrofa… przeciwnik chwiał się na nogach, ale zdołał wyprowadzić dwa ciosy i wyrównać. W tym momencie Czarnogóra miała zdecydowaną przewagę mentalną, a w oczach naszych reprezentantów można było zobaczyć coś na kształt strachu. W samej końcówce ponownie sprawy w swoje ręce wziął Lewandowski i mogliśmy dopisać ostatnie w tej kampanii 3 punkty. Awans wywalczony, na trybunach radość, na boisku również, ale jakże inna od tej sprzed dwóch lat… Tamtej drużyny już nie było. Pozostała zbieranina ludzi, którzy ciągnęli wózek w różnych kierunkach, a obraz kapitana nerwowo dyskutującego z selekcjonerem był tego smutną egzemplifikacją.

Zmiana ustawienia

Reprezentacja strzelała sporo bramek, ale również horrendalnie dużo traciła. Środek pola nie współpracował już tak dobrze z linią obrony i zdecydowanie brakowało kompaktowego ustawienia. Wcześniej świetnie spisywaliśmy się grając w niskim pressingu, kiedy formacje ustawione były blisko siebie. Nie mieliśmy problemów z asekuracją, a obrońcy z łatwością mogli doskakiwać do przeciwników i grać na wyprzedzenie. Kiedy tego zabrakło, odległości między zawodnikami były zbyt duże, a Pazdan i Glik mieli problemy z właściwym ocenieniem odległości i wyczuciem odpowiedniego tempa ataku na rywala, często pozostawiając swoją strefę niezabezpieczoną. Lekarstwem na te bolączki miało być ustawienie z trójką środkowych obrońców. Z początku wydawało się to dość logicznym posunięciem, pozwalającym na zagęszczenie strefy bezpośredniego zagrożenia bramkowego i ułatwienie asekuracji. Pozostawało pytanie, czy mamy odpowiednich wykonawców i wystarczająco dużo czasu na jego wdrożenie, oraz jak wpłynie na grę w ofensywie.

Okazało się, że kadra stała się właściwie bezzębna, a grając kolejne spotkania w tym ustawieniu kręcimy się w kółko, bez nadziei na progres. Nawałka cechujący się niezwykłym wręcz pragmatyzmem i konsekwencją nagle stracił swój instynkt i cały okres między końcem eliminacji i początkiem mundialu straciliśmy na doskonalenie nowego systemu, mimo tego, że kolejne mecze nie zwiastowały niczego dobrego. Kibice żyli wspomnieniami z Euro, a powszechna opinia była taka, że drużyna przez te dwa lata okrzepła, nabrała doświadczenia i stać ją na więcej niż we Francji, bo dla wielu zawodników będzie to ostatni taki turniej, więc determinacja jest podwójna. I tę teorię rozpowszechniały media, ku uciesze PZPN-u zresztą, mimo że fakty mówiły coś zupełnie innego…

Mistrzostwa wstydu

A fakty były takie, że zespół był szargany przeróżnymi trudnościami. Przed mistrzostwami wypadł Kamil Glik, a zastąpić miał go Cionek lub Bednarek, wracający do poważnego futbolu po miesiącach bez grania. Sytuacja z gatunku tych, gdy z floty luksusowych aut wypada ci Mercedes CLA i usiłujesz go zastąpić Polonezem Truckiem. Innym nieobecnym był Krzysztof Mączyński, który zapewniał odpowiednią mobilność środka pola. Bez formy był Łukasz Piszczek i Artur Jędrzejczyk. Grzegorz Krychowiak otworzył więcej butików niż rozegrał dobrych meczów w ostatnim półroczu. Kuba Błaszczykowski heroicznie walczył o powrót do zdrowia i wyjazd na mundial. Kamil Grosicki, który w wywiadach opowiadał, że jego nazwisko dużo znaczy w futbolu, reprezentował zespół walczący o utrzymanie na drugim poziomie angielskich rozgrywek, a i w tym zespole z rzadka miał miejsce w pierwszym składzie. Arkadiusz Milik wracał do grania po dwóch zerwaniach więzadeł w kolanie, a Piotr Zieliński, mający nadawać rytm grze Polaków, również nie zaliczył oszałamiającego sezonu i nagle z szalenie utalentowanego 20-latka, zrobił się 24-letni piłkarz, który nie może zrobić kolejnego kroku w swoim rozwoju. Okazało się też, że Robert Lewandowski nie przesiąkł w pełni niemiecką mentalnością i wciąż tkwi w nim spory pierwiastek polskości, gdyż w przygotowaniu odpowiedniej formy na Euro przeszkodził mu fakt, że w Bayernie nie miał zmiennika i grał za dużo, a dla odmiany formy na mistrzostwa świata nie zbudował dlatego, że zmiennika dostał i grał za mało… Swój chłop!

Co gorsza kolejne decyzje Nawałki potęgowały poczucie działania na oślep. Suma niezrozumiałych decyzji odbiła się ogromną czkawką już w meczu z Senegalem. Selekcjoner zaskoczył rywali. Mimo długich miesięcy szlifowania gry z trójką z tyłu, zagraliśmy w ustawieniu 1-4-4-2 z Zielińskim obok Krychowiaka w środku pola, parą stoperów Cionek – Pazdan, którzy właściwie nie grywali wcześniej razem i Milikiem koło Lewandowskiego. Zaskoczony był rywal, zaskoczeni byli kibice, ale na najbardziej zaskoczonych wyglądali polscy piłkarze… Na spotkanie z czołgami wyszliśmy uzbrojeni w pistolety na wodę, a to nie mogło skończyć się dobrze. Szybko okazało się, że Błaszczykowski jednak nie zdążył powrócić do pełnej sprawności i dość szybko zmienił go Bednarek, a reprezentacja przeszła na 1-3-4-3. Pierwszą bramkę straciliśmy po samobójczym strzale Cionka, a drugą po najbardziej absurdalnej akcji w całych mistrzostwach, będącej jednocześnie najlepszym podsumowaniem naszych wyczynów.

Jeszcze gorzej było z Kolumbią, która brutalnie pokazała nam jak grać w piłkę. Obrona popełniała katastrofalne błędy, Bednarek poruszał się w dowolnych kierunkach, Krychowiak łamał linię obrony, w dodatku maczał paluchy w niemal każdej straconej bramce na turnieju. Rybus gubił z radarów Cuadrado, Piszczek przyjmował piłkę podbijając ją na wysokość głowy. I kiedy wydawało się, że większego wstydu już nie będzie nam dane doświadczać, przyszedł mecz z Japonią, który wygraliśmy po golu Bednarka, ale zapamiętany zostanie głównie z tego, że w końcówce przez długie minuty broniliśmy się w niskim pressingu przed klepiącą piłkę na swojej połowie Japonią. Innymi słowy – staliśmy przez blisko kwadrans na własnej połowie i patrzyliśmy jak rywal podaje piłkę od nogi do nogi. Warto dodać, że Japonii zależało na tym, żeby nic w tym meczu się już nie zmieniło, włącznie z tym, żeby żaden ich zawodnik nie złapał jakiejkolwiek kartki. Można było przypuszczać, że właśnie szorujemy o dno, ale to nie był koniec atrakcji, bo wciąż nakręcaliśmy spiralę absurdu. Do zmiany na ostatnie minuty szykował się Kuba Błaszczykowski, ale nie wszedł na boisko, bo naszym herosom zabrakło pomysłu, jak przerwać przeciwnikowi zabawę w radosną wymianę piłki. Nikt nie był w stanie podejść wyżej, zaatakować, sfaulować! Ale selekcjoner ma głowę nie od parady, więc wpadł na pomysł, aby nakazać Grosickiemu symulować kontuzję, a ten, choć z pewnym zakłopotaniem, usiadł na murawie trzymając się za mięsień… Niestety sędzia nie docenił inwencji Adama Nawałki i aktorskiego talentu Turbo Grosika i nie nakazał przerwania gry w celu ratowania życia naszego skrzydłowego. Podobnym brakiem empatii wykazali się przeciwnicy, na szczęście niedługo później męki wszystkich zgromadzonych na stadionie i przed telewizorami zakończył arbiter…

Zakończyliśmy mistrzostwa w stylu, w jakim nie zakończyła go żadna inna reprezentacja. Dobre wrażenie pozostawiali po sobie nawet zawodnicy Arabii Saudyjskiej, Kostaryki, Iranu, czy Maroko. Dużą sympatię wzbudzali Panamczycy. Z nami nie łączyły się żadne pozytywne emocje… Zapamięta się nas co najwyżej z końcówki meczu z Japonią i drugiej bramki dla Senegalu. Kompromitacja goniła kompromitację, ale poza honorem traciliśmy też instynkt samozachowawczy. Bo jak inaczej można wytłumaczyć fakt, że po spotkaniu z Kolumbią selekcjoner na konferencji stwierdził, że zawodnicy byli przygotowani perfekcyjnie, wszystko było cacy, po prostu nie było możliwości wyjścia z grupy. Wtórował mu kapitan opowiadający podobne dyrdymały. W zasadzie zabrakło tylko zrzucenia winy na kibiców i dziennikarzy, albo stwierdzenia w stylu Kucharczyka: sami jesteście fatalni. Ale to nie był ostatni policzek wymierzony kibicowi, bo po kolejnym meczu dwie najważniejsze osoby w kadrze wypięły się na fanów.

Nasi bohaterowie wrócili do kraju po trzech meczach, a na lotnisku witani byli przez tłumnie zgromadzonych kibiców, po czym rozjechali się na zasłużone i długo wyczekiwane urlopy. Wciąż jednak mogliśmy śledzić ich poczynania, bo swe wakacyjne wojaże postanowili z podziwu godną pieczołowitością relacjonować w mediach społecznościowych. Prym wiódł oczywiście nasz naczelny celebryta i gladiator środka pola – Grzegorz Krychowiak. Oczywiście to nie fakt wyjazdu na Bahama był tutaj problemem. Problemem było to, że żadnemu reprezentantowi nie starczyło odwagi na stanięcie choćby przed kamerą Łukasza Wiśniowskiego i posypanie głowy popiołem. Wszak tej odwagi nie brakuje, kiedy przychodzi do pajacowania po wygranych meczach, czy tarzania się w piasku w samych majtach. Piłkarze, selekcjoner i prezes Boniek stworzyli swoisty tercet, który cechował się jednolitym stosunkiem do kibiców. Są oni potrzebni w momencie, gdy trzeba wypełnić stadion i bić brawo po zwycięstwach. Natomiast kibic niezadowolony z porażki i zadający trudne pytania, jest tej reprezentacji zbędny.

Idealnie kryzysem zarządzał sam Nawałka. Choć piłkarzom od czasu do czasu zdarzało się – niby przypadkiem – puścić w obieg jakąś interesującą informację, selekcjoner błyskawicznie obracał ją w żart, czy nonsens (vide: lapsus językowy Rybusa). Dość szybko również zwołał konferencję, na której ogłosił zakończenie pracy z kadrą, co stanowiło świetny temat zastępczy. Trudne pytania zastąpiły podsumowania i podziękowania, a że nowy selekcjoner został wybrany niedługo później, to o rozliczeniu poprzednika już niewielu pamięta.

Adamowi Nawałce trzeba oddać, że przywrócił godność pozycji selekcjonera. Po prawdziwku Smudzie i wystraszonym Waldemarze Fornaliku, przyszedł selekcjoner, którego cechowała znakomita organizacja, elegancja, odpowiednia prezencja. Człowiek, który stawał ramię w ramię z wielkimi trenerami i nie musieliśmy się go w żadnym calu wstydzić. Choć przyznać również należy, że PR nieco przerósł rzeczywistość. Sposób bycia Nawałki mógł być z czasem nieco męczący, nie tylko dla kibiców, ale i dla samych piłkarzy. Miejmy nadzieję, że w przyszłości na podobne lekceważenie fanów zgody nie będzie. Kadencja Nawałki pokazała również, że nie ma takiego kapitału, którego nie dałoby się roztrwonić niezrozumiałymi decyzjami, przekonaniem o własnej nieomylności. Dopuszczanie do siebie wyłącznie poklasku i zasłanianie uszu na krytykę nie mogło na dłuższą metę przynieść niczego dobrego.

Pycha kroczy przed upadkiem…

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*