Raymond Domenech – Straszliwie sam. Recenzja.

Raymond Domenech – Straszliwie sam. Recenzja.

Po pełnych afer i niesnasek Mistrzostwach Świata w 2010 roku został bodaj najbardziej znienawidzoną osobą we Francji. Przestano kojarzyć go z niebywałego sukcesu, jakim było wicemistrzostwo świata wywalczone cztery lata wcześniej. Raymond Domenech stał się uosobieniem klęski z turnieju w Republice Południowej Afryki. Jego osobistą odpowiedzią na wszystkie stawiane mu zarzuty jest książka „Straszliwie sam”.

W lekturze zastosowano technikę in medias res. Rozpoczyna się rozdziałem tak naprawdę kończącym przygodę Domenecha na stanowisku trenera Les Bleus. Francuz przybliża nam kulisy najbardziej haniebnej sytuacji w swojej karierze – protest zawodników, w myśl którego nie wyszli z autobusu na trening przed ich ostatnim meczem na Mistrzostwach Świata w RPA. Świadkami tej sytuacji byli dziennikarze z całego świata. Jedyną osobą mającą odwagę stanąć przed kamerami był francuski selekcjoner. Po latach przyznaje, że było to bardzo błędne posunięcie, ale nie widział w tym czasie lepszego rozwiązania.

Pożar był zbyt wielki jak na strażaka, który dysponował szklanką wody. Jest takie południowoafrykańskie powiedzenie: kto chce ugasić ogień, ginie od płomieni.

Na kolejnych stronach opowiada nam o swojej sześcioletniej pracy z Trójkolorowymi oraz samej genezie i kumulacji problemu, z którego w RPA wybuchł ów pożar. Słowa Domenecha są bardzo wiarygodne i mają odzwierciedlenie w licznych notatkach spisywanych na bieżąco w jego prywatnym dzienniku. Dzięki temu zabiegowi możemy poznać myśli i odczucia, towarzyszące mu często po zaledwie kilkunastu minutach po danym zdarzeniu. Otrzymujemy zbiór kulisów i ciekawostek z życia drużyny, którą były selekcjoner budował od momentu zakończenia bardzo nieudanych Mistrzostw Europy 2004. Dowiadujemy się o pierwszych, niezbędnych priorytetach, takich jak oparcie budowy na wielkim autorytecie Zinedine’a Zidane’a. Domenech bardzo dużo uwagi poświęca właśnie dla starej gwardii – Zizou, Makelele i Thurama.

Fantastyczny, niespodziewany sukces na Mundialu w Niemczech, jakim było wywalczenie Wicemistrzostwa Świata, okazał się dobrą przykrywką dla problemów kiełkujących w zespole. Na podstawie opisu niemieckiego turnieju przekonywujemy się o skłonnościach Domenecha do przesądów, przeczuć i magii. Zauważamy, że błahe z pozoru zdarzenia stają się dla niego powodem obsesji i zmartwień. Zaniepokoiła go nawet wielka radość w drużynie po wyeliminowaniu Brazylii w 1/4 finału.
Drugie miejsce na Mistrzostwach Świata zdaje się być ostatnim radosnym akcentem w dzienniku selekcjonera. Począwszy od eliminacji do Euro 2008 aż po odpadnięcie z Mundialu w RPA książka przepełniona jest żalem, goryczą i smutkiem. Nie wpływa to jednak na samą jakość lektury, którą czyta się z wielką przyjemnością. Domenech coraz częściej wysuwa na światło dzienne swoje problemy z młodymi zawodnikami, zarządem, dziennikarzami i współpracownikami. Znajduje spore różnice pomiędzy wschodzącymi gwiazdami światowej piłki a zawodnikami wiekowymi. Jego argumenty nie są wyssane z palca. Wymowny jest fragment po odpadnięciu z Euro 2008, po którym Thuram i Makelele zakończyli swoje reprezentacyjne kariery. Obaj wypowiedzieli się na temat nowego pokolenia:

Claude Makelele powiedział do mnie cicho: „Daleko nie zajdą. Nie wiedzą, gdzie żyją, nie widzą szansy, jaka otrzymali”. Lilian Thuram życzył mi powodzenia… na dalszej drodze „z tą bandą półgłówków”.

Na kolejnych stronach znajdujemy potwierdzenie ich słów. Kaprysy reprezentantów i ciągnące się za nimi afery zmuszają selekcjonera do kilku niespodzianek w ostatecznym wyglądzie kadry na czempionat w Republice Południowej Afryki. Domenech bez ogródek krytykuje zawodników. Obrywa się nie tylko młodym gwiazdom, ale i takim wyjadaczom jak Gallas, Henry, Malouda czy, co chyba oczywiste, Anelka. Odważę się stwierdzić, że zapiski z czasów rozmyślania na temat selekcji, jej podstaw i kryteriów zadowolą każdego. Czytelnik dostaje dokładny opis każdego zawodnika będącego w kręgu zainteresowań selekcjonera i wszystkie za i przeciw co do jego ewentualnego powołania lub pozostania w domu.

Wyraźny obraz głupoty francuskich piłkarzy dostajemy we fragmentach dotyczących pobytu w RPA. To w tym rozdziale znajduje się najwięcej cytatów z dziennika Domenecha. Rozpoczyna się od zasianych nadziei po dobrym meczu z Urugwajem. Później jest już jednak znacznie gorzej, o czym przekonują słowa opisujące trening przed spotkaniem z Meksykiem:

Ribery pokonał biegiem może pięć metrów. Henry uważał się za sędziego i dyrygenta. Malouda robił, co chciał. Anelka człapał… Nie potrafię ich już znieść. Wiem, że liczy się tylko jutro, ale nie mam już sił. Znielubiłem ich. Mam dość ich kaprysów.

W przerwie samego meczu doszło do sytuacji, na temat której rozpisywały się media na całym świecie. W rolach głównych Domenech i Anelka. Zdarzenie było bezpośrednim pretekstem do zdetonowania bomby, która od miesięcy tykała we francuskim zespole. Jednym z konsekwencji jej wybuchu była przedstawiona na wstępie scena z autobusem.

Jakby wszystkiego było mało, nie przyszli na masaże i regenerację, choć od trzeciego meczu dzieliło nas zaledwie czterdzieści godzin. Nie wytrzymałem. Wyrwałem przed siebie, krzycząc na tyle głośno, żeby wszyscy mnie usłyszeli:
– Mnie już tu nie ma! Nie będę się chrzanił z tą bandą debili!

Ważne jest to, że Domenech w żadnej sytuacji nie robi z siebie kozła ofiarnego. Potrafi mocno uderzyć się w pierś. Kiedy mówi o kondycji francuskiego futbolu, jego słowotok nie kończy się jedynie falą krytyki, ale podaniem możliwych sposobów na jej uleczenie.

Chciałbym tylko, żeby przy rozliczeniu okresu, w którym kierowałem drużyną Niebieskich, brano pod uwagę także osiągnięcia. Chciałbym też przypomnieć, że przez te sześć lat nie kierowałem reprezentacją sam. Inni też mieli swój wkład. Jedni budowali, drudzy niszczyli.

Ciężko doczepić się czegokolwiek w kwestii formy lektury. Bogactwo treści, rzeczowość, precyzyjne odzwierciedlenie faktów i nagromadzenie ciekawostek powoduje, że dzieło śmiało można stawiać na jednej półce z najlepszymi książkami piłkarskimi, jakie kiedykolwiek pojawiły się na polskim rynku.

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*