W poszukiwaniu klimatu EURO – Pocztówka z Paryża.

W poszukiwaniu klimatu EURO – Pocztówka z Paryża.

Właśnie stuknęło pierwsze 10 dni tego turnieju. To, że dla nas będą to mistrzostwa wyjątkowe nie podlega już dyskusji. Po latach rozczarowań, kompromitacji czy nieobecności w finałach mistrzostw, łakniemy sukcesu jak ryba wody. I w końcu ten sukces ma nadejść, ale nie tak jak zwykle. Tym razem nabiera realnych kształtów, tym razem są logiczne podstawy ku temu by twierdzić, że będzie inaczej. Po dwóch meczach mamy 4 punkty, nasi piłkarze nie siedzą na spakowanych walizkach czekając na mecz o honor i samolot do Warszawy. Przeciwnie. Polacy przewijają się w najlepszych jedenastkach kolejnych kolejek, a ich nazwiska znajdują miejsce w wypowiedziach i tweetach możnych futbolowego świata. A kontekst tych wypowiedzi jest zdecydowanie pozytywny. Cały kraj żyje mistrzostwami i nareszcie słowami odmienianymi przez wszystkie przypadki są: kadra, mistrzostwa, mecz i zwycięstwo, a nie – trybunał, demokracja, prawo i sprawiedliwość. Z debaty publicznej wyparte zostały muppety pokroju Rzeplińskiego, Petru i Kijowskiego, a ich miejsce zajęli Lewandowski, Nawałka i reszta ferajny. Jakże dobra to zmiana! 

To u nas. Ale co dzieje się w sercu mistrzostw? Postanowiliśmy sprawdzić to u źródła. A czy może być lepsza okazja niż mecz Polska – Niemcy? I czy może być lepsze ku temu miejsce niż Paryż i Stad de France? Wciąż mamy w pamięci mistrzostwa i klimat panujący w roku 2012. Sam miałem przywilej obserwowania tamtego czempionatu z perspektywy Wrocławia, czyli jednego z gospodarzy, w dodatku miasta pięknego, i żywiołowego. Pytanie brzmiało – czy turniej we Francji jest w stanie wzniecić taką falę zbiorowego entuzjazmu?

Śledząc w ostatnim czasie wydarzenia znad Sekwany, organizacja turnieju właśnie w tym miejscu jawiła się jako olbrzymi socjologiczny eksperyment, którego rezultat jest trudny do przewidzenia. Kraj, który targany jest tyloma problemami, że na ich tle nasze polityczne spory są jakimś śmiesznym przedstawieniem. Właściwie każdy obszar życia Francuzów pełen jest konfliktów, niepokojów, niejasności. Brak integracji pomiędzy obywatelami, konflikty na tle rasowym i religijnym, totalny brak poczucia tożsamości narodowej. Z jednej strony wydaje się, że sport może być polem do zjednoczenia, a sukces może dać pozytywny bodziec całemu krajowi. Ale jak w to wierzyć skoro nawet wybór zawodników do kadry to nie wybór najlepszych na tą chwilę francuskich piłkarzy. Mało tego. To nawet nie jest wybór zawodników najbardziej pasujących do koncepcji taktycznej selekcjonera. Abstrahując od fali kontuzji, która spustoszyła kadrę, Deschamps musiał powołać zawodników, którzy akurat nie są ze sobą skonfliktowani, nie skompromitowali się w jakiś sposób w przeszłości, czy w ogóle przejawiają jakąkolwiek chęć do reprezentowania narodowych barw i stawiania interesu drużyny nad interes własny. A czarę goryczy przelało zawieszenie za doping Mamadou Sakho. Selekcjoner musi za wszelką cenę uniknąć blamażu, który dotknął kadrę Domenecha. (Polecamy książkę byłego selekcjonera reprezentacji pt. „Straszliwie Sam”.)

Jakby tego było mało, we Francji nie strajkują chyba tylko przedszkolaki. A szczególnie dotkliwie strajki odczuwają pasażerowie wszelkich środków lokomocji, od samolotów, przez pociągi po metro. Jednak to też nie jest problem największy. Tym co każdemu spędza sen z powiek, jest wiszące nad turniejem widmo terroryzmu. Wydaje się, że w kontekście ewentualnych zamachów Francuzi odrobili zadanie i zrobili wszystko co w ich mocy, żeby – jeśli nie da się kompletnie wyeliminować ryzyka ataku – przynajmniej zminimalizować jego skutki.

Tyle tytułem wstępu. A teraz po kolei.

Oczywistym clue programu była potyczka z Niemcami. A po dobrym występie z Irlandią Północną apetyty wzrosły wielokrotnie, ale też namnożyły się pytania o możliwości tego zespołu. Jak pokonać Niemców? Odpowiedzi na to pytanie wydawały się czyhać na każdym kroku…

13499448_1106808539390523_1187387146_o

Dni od meczu z Irlandczykami mijały powoli, ale wreszcie nadszedł czwartek.

13467788_1106808052723905_1593970528_o

Pytanie z oczywistych względów retoryczne.

Po przylocie do Francji z trudem wyszukałem elementy świadczące o tym, że akurat w tym kraju odbywa się druga co do wielkości, piłkarska impreza na świecie. Przy wyjściu z hali lotniska przywitał nas niewielki baner i kilka skromnych plakatów z charakterystycznym logiem mistrzostw. Teraz nadszedł czas na znalezienie środka transportu odjeżdżającego akurat w kierunku, który nas interesował czyli – centrum miasta. Na szczęście po początkowej dezorientacji okazało się to łatwiejsze niż przypuszczałem. Choć cena 7,70 euro za bilet z łatwością stłumiła radość z rozwiązania pierwszej zagadki. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że problemy dopiero nadejdą. Zatłoczony autobus przypomniał mi studenckie czasy, kiedy miejsca w tramwaju miało się mniej więcej tyle ile wynosiła powierzchnia stóp, a zagęszczenie osób na metr kwadratowy było tak duże, że nawet szacunki stołecznego ratusza nie byłyby w stanie ogarnąć tego tłumu. Dodatkowy komizm sytuacji nadawał fakt, że przez jakieś 10 – 15 minut zatłoczony autobus stał na przystanku, a kierowca w tym czasie próbował (bezskutecznie) zamknąć drzwi. Nikt z pasażerów nie przejawiał zniecierpliwienia sytuacją, a sam kierowca dopiero po kwadransie ocenił, że coś tu nie gra. Kolejna inwestycja to metro i 14 euro wydane na 10 biletów, pozwalających poruszać się wszystkimi rodzajami komunikacji publicznej. Samo metro jest chyba najlepszym środkiem transportu w Paryżu, choć jego stan powoduje tęsknotę za metrem warszawskim. Ale pewnie dlatego, że w metro w Paryżu ma 16 lini, 302 stacje i w sumie ponad 218 km długości, a nasze niecałe 30 km, 2 linie i 28 stacji…

Po przybyciu do hotelu stanęliśmy oko w oko z największym problemem, przed jakim stają turyści nie posługujący się językiem francuskim. Francuzi generalnie nie rozmawiają w innym języku. Spotykałem się do tej pory z opinią, że Francuzi potrafią, ale nie chcą rozmawiać po angielsku. Otóż nie, większość z nich nie zna angielskiego, lub znają go w stopniu minimalnym, mimo przejawiania najszczerszych chęci dogadania się z przybyszem. I mam tu na myśli również pracowników recepcji czy lotniska (!). Zatem jeśli szuka się pomocy, należy szukać przede wszystkim osób o azjatyckich rysach twarzy. Hotel nie rzucał na kolana, ale nie musiał. Wymagania jakie mieliśmy to rozsądna cena i bliskość stadionu. A skoro spełnił oba to nawet takie widoki z okna nie były nam straszne.

13467278_1106807842723926_338246124_o

Wciąż jednak nie odczuwałem najmniejszych przejawów mistrzowskiego klimatu, choć w hotelu już zaczynało się robić biało-czerwono i gdzieniegdzie w oknach powiewały nasze flagi. Uzbrojeni w narodowe barwy, wyruszyliśmy w drogę na stadion. Choć pierwszym zadaniem jakie na nas czekało było… znalezienie miejsca gdzie możemy zakupić parę soczewek kontaktowych. Znaleźliśmy optyka i po raz pierwszy spotkaliśmy się z czymś co można nazwać przejawami sympatii. Właściciel z początku myślał, że jesteśmy Szwajcarami, ale kiedy dowiedział się, że przyjechaliśmy z Polski, wpadł w zachwyt. Trudno ocenić czy była to typowa kurtuazja czy rzeczywisty sentyment do naszego kraju. Faktem jednak jest, że pomimo tego iż jego znajomość angielskiego była żadna, a moja francuskiego kończyła się na „nie rozmawiam po francusku”, zdołaliśmy rozpływać się nad zaletami polskiego flagowego produktu, czyli wódki. Wyszliśmy stamtąd ze słowami wsparcia i parą soczewek, za które nie zapłaciliśmy ani centa.

Do stacji, z której odjeżdżał nasz pociąg na stadion, pozostał jeszcze ponad kilometr wędrówki. Wielkie było nasze zdziwienie kiedy na każdym kroku słychać było: „Pologne! Pologne!”, i to nie tylko ze strony rdzennych francuzów, ale również tych różnokolorowych, nawet tych, którzy nie chcieli nam niczego sprzedać ani tym bardziej zabrać. Po dotarciu na stację w końcu można było poczuć się jak w miejscu gdzie dzieje się coś wielkiego. Tłumy naszych rodaków czekających na transport, wymieszane z kibicami w barwach niemieckich i charakterystyczne okrzyki: „Polskaaa, Biało – Czerwoni!” niosące się po hali, nadawały temu miejscu klimat piłkarskiego święta.

13467274_1106797806058263_475640122_o
Nie mogło zabraknąć Husarii.

Zabawna była sytuacja kiedy, zauważył nas ktoś z wyglądu przypominający Turka i wykrzyczał „Polska super!”, po czym zwrócił się do Niemców i stwierdził „Niemcy też ok, ale nie tak jak Polska” i kontynuował dialog: „Teraz wy tam macie przesrane, wszyscy do was przyjeżdżają i już nie możecie sobie z tym poradzić”, zmieszane twarze Niemców rozbawiły mnie niemal do łez. Podróż minęła błyskawicznie, choć kolejne minuty w zatłoczonym i dusznym wagonie, pachnącym potem i alkoholem, mimo niewątpliwego uroku nie są czymś z czym chciałbym się mierzyć codziennie.

Na szczęście byliśmy już o krok od ziemi obiecanej.

13467551_1106791806058863_625924486_o

I tu już zdecydowanie atmosfera nadchodzącego meczu unosiła się w powietrzu. Wymieszani kibice obu zespołów, sącząc piwo, przekonywali siebie na wzajem, dlaczego akurat oni będą wychodzili ze stadionu jako zwycięzcy. Wraz z malejącą odległością do stadionu, gęstniały kordony policji. Ich obecność, mimo że zauważalna, była zupełnie nieinwazyjna. Nie było dla nich problemem przechodzenie na czerwonym świetle z kubkiem piwa w ręce tuż przed maską radiowozu. Nawet jeśli zwracali się z jakąś prośbą to robili to w niezwykle kulturalny sposób. Jeszcze daleko przed stadionem czekała nas pierwsza kontrola. Sprawdzenie biletów połączone z rewizją osobistą. Choć „przeszukany” zostałem w taki sposób, że zdołałbym pewnie przenieść 8 pasów szahida. Kolejna kontrola odbywała się na bramkach pod samym stadionem i tam już zostałem sprawdzony gruntownie.

Przy Stad de France czas oczekującym na mecz umilały charakterystyczne dla takich imprez stoiska sponsorskie, czy mniej lub bardziej udane happeningi, a nawet… polskie Disco Polo. Tak, tego elementu nie mogło zabraknąć.

A skoro jest Disco Polo to na myśl przychodzi festyn. I tego się obawiałem. W meczach reprezentacji najbardziej doskwierała mi atmosfera festynu. Doping, który zanikał na długie minuty i okrzyki „my chcemy gola” (tak jakby piłkarze nie chcieli). Charakterystyka kibica, który jeździł na mecze reprezentacji odbiegała od tego, którego można spotkać na boiskach ligowych, a niezorganizowany doping rozmywał się w ogromie stadionu. Kibic reprezentacji uprawiał trochę turystykę kibicowską. Na mecz jeździł od święta, często po to żeby zobaczyć stadion a nie samo spotkanie. Nie do pomyślenia było, żeby musiał stać choć 15 minut. A ważniejsze niż odśpiewanie narodowego hymnu było strzelenie z 80 metrów foty Lewandowskiego…

Ale zaskoczenie było pełne! Choć z początku zapowiadało się na piknik…

Lecz jeśli tłumy zdołała porwać Bałkanica, można było liczyć na to, że entuzjazm w narodzie nie zginie.

13472151_1106791802725530_1846115638_n 13460823_1106791759392201_2099263467_o

Pierwsze ciarki pojawiły się kiedy piłkarze wyszli na rozgrzewkę, a stadion ryknął: „Gramy u siebie”. Ale to było tylko preludium. Kiedy zbliżała się 20:55 i z tunelu wyłonili się główni bohaterowie, na trybunach zapanowała ekstaza, a gromkie „Marsz, marsz Dąbrowski” u niemal każdego zapaliło świeczki w oczach. Do poziomu trybun dopasowali się piłkarze i na odwrót. Doping nie ustawał, a kibiców niemieckich można było usłyszeć tylko w chwili gdy polscy potrzebowali zaczerpnąć głębszego oddechu przed kolejną porcją śpiewów. Atmosfera panująca tego dnia na Stad de France przywoływała wspomnienia z najlepszych spotkań w chorzowskim Kotle Czarownic

13495541_1196959243671535_3046170461220412720_o 13453287_1106798049391572_940922301_o

Dopiero po końcowym gwizdku poczułem się trochę nieswojo. Stadion przyjął wynik z entuzjazmem, a przecież zremisowaliśmy. Miałem poczucie ogromnego niedosytu mimo, że 4 pkt po dwóch spotkaniach, jeszcze parę miesięcy temu nazwano by dmuchaniem balonika. Ale w tym meczu Niemcy nam poważnie nie zagrozili, a my im owszem. I mimo, że zdrowy rozsądek nakazywał się cieszyć z remisu to coś we mnie się buntowało przeciw stawianiu się w pozycji słabszego i zadowolonego z ochłapów jakimi był 1 punkt. Nie był to zwycięski remis. Był to po prostu remis. Czyli zdobyliśmy i straciliśmy tyle samo punktów co przeciwnicy. Ale to też wielka zasługa tej drużyny – nie musimy czuć się słabsi, a punkt zdobyty w meczu z mistrzami świata nie musi nas zadowalać, bo stać nas na to, żeby każdemu wyszarpać pełną pulę. Szacunek!

Przepełnieni wciąż emocjami i pozbawieni głosu, ruszyliśmy w drogę powrotną. O ile dotarcie na stadion było banalnie proste, to szybkie wydostanie się z jego okolic graniczyło z cudem. Brakowało jasnych informacji i drogowskazów do miejsc, z których odjeżdżają autobusy i pociągi, a węzeł komunikacji publicznej w okolicach stadionu jest dość skomplikowany. Niczego nie ułatwiał fakt, że ze stadionu wylał się 80 tysięczny tłum. Postanowiliśmy poczekać aż tłum się rozładuje i poszliśmy na kolację. Przystadionowa restauracja okazała się kolejnym miejscem, w którym posługiwanie się angielskim jest bezskuteczne, a szefowa przybytku wydawała się być bardzo niezadowolona z faktu, że nagle zjawiło się tylu klientów. Wszak pewnie po to restauracja została otwarta przy stadionie, aby panował w niej spokój i skromny ruch.

Podjęliśmy kolejną próbę dostania się do pociągu. Początkowo poprosiłem o pomoc policjanta, który ochoczo udzielił instrukcji. Okazała się jednak, że miejsce które wskazał nie było miejscem, z którego odjeżdżał dany autobus. Jak dowiedziałem się nieco później autobus nie odjeżdżał nigdzie i znikąd bo z powodu meczu był odwołany. Mimo, że na tablicy świetlnej ukazywały się kolejne pory odjazdów. Pozostało więc czekać na miejsce w pociągu.

W pociągu powrotnym panowała atmosfera jak ta ze stadionu, a do chóru Polaków, dołączali się obywatele innych nacji. Jednak droga do hotelu już najprzyjemniejsza nie była. Choć znajdowaliśmy się stosunkowo blisko centrum miasta, dominującym motywem był zapach moczu i bezdomni śpiący pod drzwiami sklepów i na ławkach.

Eksplorowanie Paryża w celu poszukiwania śladów EURO 2016 odłożyliśmy na dzień kolejny.

I nie da się ukryć – Paryż nie żyje mistrzostwami. Życie w mieście toczy się w oderwaniu od turnieju, a może turniej toczy się w oderwaniu od tętna miasta. Owszem, często spotkać można sklepy z pamiątkowymi koszulkami i innymi gadżetami z logiem EURO, sporadycznie zauważa się fragmenty mistrzowskiej dekoracji. Ciekawym pomysłem jest ozdobienie wagoników diabelskiego młyna w barwy uczestników.

13493672_1106797149391662_766187924_o 13499921_1106797289391648_791466650_o

Piłkarskie centrum Paryża jest zorganizowane w okolicach Wieży Eiffla. Teren jest wyłączony z normalnego ruchu samochodowego, a pod Wieżą stworzono strefę kibica, Mimo atrakcyjnej lokalizacji próżno szukać tam tłumów poza meczami Francji. Głównie pewnie ze strachu. Francuzi twierdzą, że nie boją się zamachu, ale na każdym kroku, pół żartem pół serio, wspominają o terrorystach i atakach.

13441521_1107574075980636_1435708656_o

13499733_1106791949392182_1467557421_o

A mecze, w komfortowych warunkach można oglądać w jednej z wielu, nie przeludnionych ponad miarę kawiarni czy restauracji, zlokalizowanej tuż przy Wieży.

13493254_1107573869313990_1676413108_o

Na ocenę mistrzostw przyjdzie jeszcze czas. Obecnie wydaje się, że Francuzi nie potrafili znaleźć dla nich motywu przewodniego. Nie posiadają wizji po co te mistrzostwa są zorganizowane i czego po nich oczekują. Co mają im one dać? Obawiam się, że turniej się skończy, ale żadnych wymiernych, pozafinansowych korzyści nie uda się osiągnąć. A organizacja tak wielkiego przedsięwzięcia ma wg mnie sens wtedy, gdy za komercją idzie jakaś idea. Kiedy zwykły obywatel czuje dumę z tego powodu, że jesteśmy gospodarzem czegoś wielkiego. Swoje 5 minut znakomicie wykorzystali choćby Niemcy, którym organizacja mistrzostw pozwoliła ocieplić wizerunek całego narodu. Chcę też wierzyć, że na EURO 2012 skorzystaliśmy też my. A cała Europa zobaczyła jakie jest prawdziwe oblicze Polski i Polaków. Bo pomimo tego, że komercja zjada futbol, ten wciąż niesie za sobą coś więcej. Coś czego pieniądze nie dadzą i co jest od nich cenniejsze – dumę z bycia obywatelem własnego kraju.

DW

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*