Wróciliśmy z turnieju, do którego nie pasowaliśmy

Wróciliśmy z turnieju, do którego nie pasowaliśmy

To miał być nasz Mundial. Najlepsza kadra narodowa od ponad trzydziestu lat poleciała do Rosji pełna wiary w swoje możliwości. Zamydlone przez niebywały sukces, jakim na wyrost ogłoszono ćwierćfinał Mistrzostw Europy, oczy wyobraźni kibiców, dziennikarzy i ekspertów widziały Lewandowskiego wznoszącego w górę Puchar Świata. Jak daleko jesteśmy od takich marzeń, pokazało boisko. A widoki do najprzyjemniejszych na pewno nie należały. Dlaczego nam nie wyszło, jak doprowadzić do sytuacji, by po zwycięskim meczu zostać wygwizdanym, kto tak naprawdę zrobił i robi krzywdę kibicom i czemu na całym turnieju najbardziej zawiodłem się na Lewandowskim? Zapraszam do lektury.

Nic nie zapowiadało katastrofy. Dziennikarze z uśmiechem na ustach donosili nam świeżutkie informacje najpierw ze zgrupowań w Juracie i Arłamowie, a później z bazy w Soczi. Nastroje zawodników były bojowe. Piłkarze z pokolenia chcemy więcej, przypiętego do obecnej reprezentacji jak łatka do spodni, zdawali sobie sprawę, że jest to dla nich pierwszy i ostatni światowy czempionat w tym gronie. Po nim niektórzy odejdą ze względu na wiek, z niektórymi zapewne pożegna się selekcjoner szukając nowych wariantów, inni zostaną wygryzieni przez napierających następców. Największą i jedyną tragedią została ogłoszona kontuzja barku Kamila Glika. Nagłówki gazet dzień w dzień przedstawiały jego wyścig z czasem. Wyścig, który ostatecznie wygrał, choć stało się jasne, że nie będzie gotowy, by ruszyć bezpośrednio ze startu. Mistrzostwa Świata stały się dla niego swoistą sztafetą – zacznie je ktoś inny, wręczy mu pałeczkę na jednej ze stacji pomiędzy meczami, po czym zawodnik Monaco pogna do mety. Oczywiście wszyscy byliśmy pewni, że meta umiejscowiona została gdzieś daleko w fazie pucharowej. Przesadnie wierzący w przesądy Adam Nawałka też dostał wszystko, by spać spokojnie. Kurort nad morzem, analogiczny plan przygotowań, obowiązywanie tych samych, sztywnych reguł miały odgonić od piłkarzy ewentualne złe duchy. Sukces z Euro 2016 miał zostać poprawiony. Od razu przypominają mi się głosy kibiców, a co gorsza także części dziennikarzy, że Nawałka przebił Kazimierza Górskiego, a wyczyn z Francji można porównać do dwóch trzecich miejsc na Mistrzostwach Świata, odniesionych w 1974 i 1982 roku. Niejednokrotnie pisałem, że to wierutna bzdura. Spójrzmy choćby na matematykę. Jeśli z 24 drużyn aż 16 (2/3 całej stawki) może wywalczyć awans do 1/8 finału rozgrywek, to ze statystycznego punktu widzenia znacznie łatwiej jest wyjść z grupy, niż z niej nie wyjść. Ćwierćfinał Mistrzostw Europy podniósł oczywiście prestiż polskiej piłki reprezentacyjnej, dał nam wiele emocji i radości, ale został najzwyczajniej w świecie przeceniony i przekolorowany.

fot. se.pl

Dla mnie najważniejszym wydarzeniem z Francji był bezbramkowy remis z Niemcami. Nie sam wynik, a gra Biało-Czerwonych. Panowali nad panującymi Mistrzami Świata, zaliczyli znacznie lepszy występ niż podczas zwycięskiego starcia z 2014 roku. Od tej pory mam w głowie myśl, która mówi mi, że ta drużyna, przy odpowiednim podejściu taktycznym i mentalnym, jest w stanie wygrać z każdym. Jednego i drugiego zabrakło już w naszym pierwszym meczu w Rosji. To nie Senegal wygrał. Mane i spółka byli wręcz beznadziejni, nie zrobili kompletnie nic, by zgarnąć trzy punkty. To my im je podarowaliśmy. Poza dwoma stałymi fragmentami gry, po których Krychowiak strzelił gola, a Lewego powstrzymał golkiper, nie stworzyliśmy sobie ani jednej sytuacji podbramkowej. Lepiej zaczęło się starcie z Kolumbią, jednak zakończyło jeszcze większą kompromitacją i bukowaniem biletów na powrót. Wówczas nastąpił także pewien przewrót. Z boskich reprezentantów Polski piłkarze stali się dziadami, patałachami, kabareciarzami. Nie mam zamiaru bronić zawodników, a tym bardziej ich postawy, ale są pewne granice przyzwoitości. Ci sami kibice, którzy tydzień wcześniej deklarowali, że za piłkarską reprezentacją skoczyliby w ogień, nagle zmieszali ją z błotem. Te same media, które od 2015 roku słowem nie wspomniały o jakichkolwiek syfach, problemach i niesnaskach w kadrze, nagle poczuły się mądre po klęsce i zaczęły filozofować. Okazało się, że zarodki problemów były widoczne już kilka miesięcy wcześniej, bo to, bo tamto, bo tu popełniono błąd, bo tam trener powinien zareagować inaczej itp., itd. Dlaczego wtedy nikt o tym nie pisał? To tak jakby w piątek rano podać wyniki czwartkowego losowania lotto i mądrząc się zwyzywać od idiotów tych, którzy przed losowaniem skreślili inne liczby. Większości mediów w ogóle nie rozumiem. Kiedy zajmowaliśmy miejsce w ósmej dziesiątce rankingu FIFA, uspokajały, że to zestawienie jest do niczego i można je sobie wsadzić w wiadomą część ciała. Kiedy awansowaliśmy na szóste miejsce, błędnie winszowały, że piłkarski świat leży u naszych stóp. Tzw. śmietanka często szydzi z kibiców sukcesu, a tak naprawdę sama ich wychowuje. Wydaje mi się, że nie zdaje sobie sprawy, nie wiem, czy świadomie czy nieświadomie, że wielu sympatyków piłki nożnej upatruje w nich swój opiniotwórczy autorytet. Skoro Przegląd tak pisze, to mówmy jak Przegląd, dziady pierdolone! Jeszcze z tą niemową na ławce!
No właśnie, ciekawy wątek, Adam Nawałka. Tego, ile razy za czasów swojej kadencji był chwalony za swoją skrytość, za to, że potrafi powiedzieć jak najwięcej, a przy tym nic nie powiedzieć, nie wyliczy chyba nikt. Tę cechę traktowano jako wielką zaletę. W ciągu pięciu dni, między Senegalem a Kolumbią, patrzenie na nią zmieniło się o 180 stopni. Dziś to fatalna wada. Jak można mówić takimi ogólnikami po porażce? Selekcjoner w tej kwestii pozostał bez zmian, mówi jak mówił, ale po zwycięstwach nikomu to nie przeszkadzało. Media mącą ludziom w głowie, w dodatku bardzo porządnie. Mam coraz mniej żalu do kibiców zwanych potocznie Januszami, Grażynami, nosaczami. Oczywiście to smutne, że często nie mają własnego rozumu, ale ich opinie w większości przypadków wynikają ze zdań ludzi, którzy odpowiadają za budowanie ich piłkarskiego światopoglądu. Żeby mnie ktoś przypadkiem źle nie zrozumiał – krytyka po tak beznadziejnym w wykonaniu polskich piłkarzy turnieju jest oczywiście konieczna i zasadna. Mi chodzi o sposób, w jaki zostaje przedstawiana i o, w wielu przypadkach, hipokryzję oraz niebywałą chęć zarobienia na okładce.

Do piecyka dorzucili też sami piłkarze. Rybus stwierdził, że było za dużo kombinowania, bo selekcjoner rotował między ustawieniami 4-4-2 a 5-3-2, co mieszało im w głowach. Glik ironiczne stwierdził, że nie wie, dlaczego nie wyszło, przecież pojawiła się tak chwalona młodzież. Pazdan zachował się jak większość Polaków, wytykając Nawałce błędy dopiero po fakcie: „Może przyjdzie jeszcze czas opowiedzieć o tych przygotowaniach. Byliśmy bardzo spięci. Na EURO inaczej to wyglądało, tu nie zagrało nic”. Nie dziwi więc, że na trzeci mecz, z Japonią, już nie wybiegł. Starcie o honor wygraliśmy, ale zwycięstwo nie ma nic wspólnego z honorem. Japończycy, wciąż przecież walczący o wyjście z grupy, wystawili dość eksperymentalny skład, jakby pewni swego chcieli oszczędzić najlepszych zawodników przed starciami fazy pucharowej. W Wołgogradzie trafił Bednarek, kilka minut później w Samarze Mina strzelił na 1:0 dla Kolumbii w boju z Senegalem i doszło do arcyciekawej sytuacji. W tabeli live pierwsze miejsce zajmowała Kolumbia, drugie Japonia, trzecie Senegal, czwarte Polska. Azjaci i Afrykańczycy mieli identyczny bilans zdobytych punktów i goli, taką samą liczbę straconych bramek i remis 2:2 w bezpośrefnim starciu. Pierwszy raz w historii Mistrzostw Świata losy awansu miał rozstrzygać ranking fair play. Mniej żółtych kartek na turnieju zobaczyli Japończycy, więc dla nich 0:1 z Polską przy 0:1 Senegalu z Kolumbią było zbawienne. O ile oczywiście nie wyłapią kolejnych indywidualnych upomnień. W ostatnich 10 minutach mieliśmy do czynienia z antyfutbolem. Skandalem. Wałkiem. Gdy Azjaci spokojnie rozgrywali piłkę, Biało-Czerwoni nie kwapili się, by ją odebrać. Dzięki temu Japończycy nie mieli szans na złapanie kartek, a Polacy mogli wrócić do kraju ze zwycięstwem. Ohydna sytuacja. Tuż przed końcem spotkania Nawałka chciał wpuścić na boisko Błaszczykowskiego. Kuba stał przy linii kilka minut, ale nie miał możliwości, by wejść na murawę, bo z powodu braku walki futbolówka nie wychodziła poza obrys boiska! Jeszcze większy cyrk rozegrał się, gdy Nawałka poprosił Grosickiego, by ten zaczął symulować kontuzję. Umożliwiłoby to przerwanie gry i przeprowadzenie zmiany. Grosik komicznie złapał się za nogę, położył na trawie, sędzia przerwał grę, ale zaraz później końcowym gwizdkiem oznajmił zakończenie tej żenady. Chwilę potem kibice skwitowali cały kabaret gorącą salwą gwizdów. Brat Błaszczykowskiego pytał na facebooku, czym zawodnik Wolfsburga zasłużył sobie na takie traktowanie. Rosyjski Sport Express napisał: „takim Japończykom nie przystoi nazywać się Samurajami”. Adam Nawałka naszą parodię nazwał niskim pressingiem.

W tym momencie warto przejść do bardzo krótkiego podsumowania występu reprezentacji Polski na Mistrzostwach Świata. Jak dla mnie nasi piłkarze non stop sprawiali wrażenie zmęczonych, wyczerpanych, jak po przebiegnięciu półmaratonu. Nie podjęli żadnej walki z żadnym z przeciwników. Grali tak, jakby w Rosji byli za karę, musieli odbębnić trzy mecze i w nagrodę wrócić do Polski. Bez jakichkolwiek ambicji, które przecież mają olbrzymie. Niech nikt nie odbierze źle moich słów, nie podejrzewam zawodników o nieczyste intencje (poza końcówką z Japonią), ale tak to wyglądało. Jeśli spojrzymy na każdą z 15 pozostałych drużyn, z którymi wróciliśmy do domu, to do ani jednej z nich nie można się przyczepić, patrząc pod kątem cech wolicjonalnych. Gryźli murawę zawsze i wszędzie, bez względu na klasę przeciwnika i sytuację w tabeli. Arabia Saudyjska po porażce 0:5 z Rosją przegrała dość pechowo z Urugwajem i wygrała z Egiptem. Iran i Maroko walczyli jak równy z równym ze światowymi wymiataczami, Portugalią i Hiszpanią. Islandia i Nigeria postraszyły Argentynę i Chorwację. Peru grało arcywidowiskowo, Australia nie dała sobie dmuchać w kaszę. Starcia z Serbią i Kostaryką nie były spacerkiem dla Brazylii, dodatkowo mecz Serbia – Szwajcaria na pewno ma miejsce w top 3 turnieju. Niemcy przez 270 minut walili głową w mur, Korea Południowa przyniosła radość 90% światowej populacji, ogrywając naszych zachodnich sąsiadów. Tunezja opierała się Anglii i poszła na otwartą wojnę z Belgią, a ambitnie walczących graczy Panamy po prostu nie dało się nie polubić. Senegal był o włos od awansu. Wypadamy najbladziej, zdecydowanie. Jan Bednarek walnął w pomeczowej wypowiedzi, że dzięki pokonaniu Japonii można wrócić do kraju z podniesioną głową. Otóż nie. Wypadli FA-TAL-NIE, swojej postawy powinni się wstydzić, a nie próbować załagadzać ją perfidnym, choć zwycięskim pojedynkiem z Japonią. Zupełnie nie pasowali do przytoczonego wyżej towarzystwa, nie wspominając już o drużynach, które nadal są w grze. Szczerze? Od takiego występu i powrotu z trzema punktami, wolałbym, by piłkarze przegrali każdy z nich, ale po takiej walce, po której nie moglibyśmy się do niczego przyczepić. Usilne starania widzi i docenia nawet najmniej wymagający i pojętny kibic.

fot. party.pl

Na kim zawiodłem się najbardziej? Na liderach. Uważam, że pod kątem czysto piłkarskim Szczęsny jest lepszym bramkarzem od Fabiańskiego, ale w bramce reprezentacji od zawsze lepiej prezentuje się świeży nabytek West Hamu United. Nie podobał mi się Krychowiak. Piszczek zagrał swoje dwa najgorsze mecze z orzełkiem na piersi. Niczego w pierwszej połowie z Senegalem nie pokazał Błaszczykowski. Największe pretensje mam jednak do Roberta Lewandowskiego. Trwający czempionat pokazuje, jak wielki wpływ na swoje drużyny mają ich liderzy, kapitanowie. Przywołajmy tu choćby Cristiano Ronaldo, Modricia, Messiego, Kane’a, Jamesa. Doceniam klasę Lewego, nic już nie zmieni faktu, że jest jednym z najlepszych zawodników w historii naszej piłki, ale turniej w Rosji przedreptał. W wielu wywiadach wspominał, że jest już na tyle doświadczonym zawodnikiem, że wie, kiedy biec, a kiedy odpuścić. Ok, wspaniale, ale musi też mieć świadomość, że co najmniej kilku kolegów z drużyny wpatruje się w niego jak w obrazek i to on pośrednio wyznacza ich ruchy. Kiedy młody piłkarz widzi, że jego lider zasuwa za czterech, zaczyna zapieprzać za ośmiu. Gdy gwiazda odpuszcza, wówczas nie daje drużynie żadnego impulsu, a wręcz zniechęca do walki. Tak właśnie wyglądało to w przypadku Lewego. Stał daleko od wyprowadzających piłkę obrońców przeciwnika, nie podchodził do nich, nie walczył. Nudzi mnie ponadto slogan powtarzany po każdym słabym występie naszego zawodnika, że nie mógł zrobić nic więcej, bo defensorzy skupili na nim całą swoją uwagę. A przepraszam bardzo, na Ronaldo nie skupiają? Messiego zostawiają bez opieki? Neymar przez 90 minut dysponuje wolną przestrzenią? W wielu meczach reprezentacji Portugalii widzimy, jak osamotniony CR7 startuje do pressingu na połowie przeciwnika, a gdy dostrzega brak wsparcia, wrzeszczy wniebogłosy i gestykuluje. W następnej akcji dostaje już skomasowane posiłki. Brakowało mi takiego zachowania i takich nawyków u Lewandowskiego.

Rodzi się pytanie, co z tą kadrą? Zapewne dojdzie w niej do kilku zmian, prawdopodobnie także na stanowisku trenera. Spekuluje się, że Nawałkę może zastąpić były selekcjoner reprezentacji Włoch, Cesare Prandelli. Co by się nie działo, wybaczmy Biało-Czerwonym rosyjską kompromitację. Skrytykujmy ich za nią, oczywiście w granicach dobrego gustu, ale wybaczmy. W przyszłości dadzą nam jeszcze wiele powodów do zadowolenia. I zakończmy bezsensowne patrzenie w ich kieszenie, wyliczanie dni spędzonych na kręceniu reklam i porównywanie ich sukcesów do osiągnięć sportowców z innych dyscyplin sportu. Jeśli ktoś ma problem z tym, ile zarabia Lewandowski, niech postara się wychować swojego syna na drugiego Lewandowskiego. Powodzenia!

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*