Z dziennika Niltona Santosa

Z dziennika Niltona Santosa

Nilton Santos. Jeden z najlepszych piłkarzy w historii, dwukrotny Mistrz Świata, legenda Botafogo, pierwszy defensor z ofensywnymi zapędami. Niezwykle inteligentny, solidny i wartościowy zawodnik pozostaje w cieniu największych wirtuozów brazylijskiego futbolu. Niesłusznie. Zapoznajcie się z dziennikiem, napisanym przez naszego czytelnika, dzięki któremu poznacie najważniejsze momenty kariery znakomitego obrońcy.

17 lipca 1950:

Ghiggia. Ten przeklęty Ghiggia… Trudno mi to przyznać, ale Urugwajczycy byli lepsi. Zgotowali nam pogrzeb na naszej własnej ziemi. Gdy Friaça strzelił pierwszą bramkę, kibice zaczęli świętować wygraną, a my odetchnęliśmy z ulgą i… całkowicie „wyłączyliśmy się”. Dosłownie graliśmy na czas. Po golu Schiaffino zapadła cisza. Zacząłem się bać. Wszyscy zaczęliśmy się bać, że tego nie dowieziemy. I wtedy nadeszło nieuniknione. Powtórzę po raz kolejny – to nie jest wina Barbosy, tylko całej drużyny. Zgubiła nas pewność siebie. Przykład? Zizinho przed meczem rozdał blisko 2000 autografów z dopiskiem „Brazylia, mistrzowie świata”… Nie mogę darować sobie tego finału, chociaż przez cały turniej nie podniosłem tyłka z ławki rezerwowych. Trener Flavio Costa nie przepadał za mną. Nie lubił obrońców, którzy grali tak odważnie z przodu jak ja…

10 czerwca 1953:

Wiedziałem, że pomysł z wieczorem kawalerskim na parę godzin przed porannym treningiem nie jest dobrym pomysłem. Nie znoszę alkoholu, ale nie chciałem zrobić przykrości moim przyjaciołom. Zresztą, to było tak naprawdę tylko kilka whisky… Po przebudzeniu miałem ogromnego kaca, czułem się naprawdę źle. Trener wypróbowywał nowych i kiwnął na mnie, żebym sprawdził jakiegoś typa, który pokazał się na prawym skrzydle. Nazywają go Garrincha. Kiedy zbliżyłem się do niego, nagle błyskawicznie przebił piłkę między moimi nogami i zniknął. Spróbowałem rzucić się za nim, ale straciłem równowagę i upadłem nakrywając się nogami. Wszyscy obecni na stadionie wybuchli śmiechem. Wszyscy za wyjątkiem tego faceta, który spokojnie wyrabiał diabli wiedzą co z pozostałymi obrońcami… Pierwszy raz w życiu widziałem coś takiego. Co najlepsze, miał jedną nogę wyraźnie krótszą od drugiej, ewidentnie kuśtykał. On jest geniuszem. Musimy z nim podpisać kontrakt. Lepiej, żeby był z nami, niż przeciwko nam.

Nilton Santos i Garrincha.

27 czerwca 1954:

To nie był zwykły mecz, to była prawdziwa wojna. Słyszeliśmy, że Węgrzy byli niepokonani od kilkudziesięciu spotkań, ale nikt z nas nie widział wcześniej ich gry. Na minuty przed spotkaniem nasi działacze zaczęli panikować. Wykład o patriotyzmie, całowanie flagi – po co to wszystko? Żeby jeszcze bardziej nas zdenerwować? Jeśli tak, udało im się. Nasze morale spadły do zera. Jakby tego było mało, przez cały dzień lał deszcz, a murawa przypominała błoto. Nie minęło 7 minut meczu, a mieliśmy już dwie bramki w plecy. Węgrzy dominowali nad nami –  byli świetni technicznie i grali agresywnie. Po bardzo ostrym faulu na Índio, Djalma Santos wykorzystał rzut karny. W drugiej połowie arbiter przyznał karnego Węgrom – Bauer przewrócił się w polu karnym dotykając lekko piłkę ręką. Przegrywaliśmy już 3-1, jednak chwilę później po raz kolejny złapaliśmy kontakt po magicznej bramce Julinho. Wydawało się, że uda nam się odrobić straty, ale kompletnie potraciliśmy głowy. Najpierw ja nie wytrzymałem nerwowo i starłem się z Cziborem, po czym sędzia usunął nas z boiska. Jednak byliśmy bardzo bliscy wyrównania. Didi z dystansu huknął w poprzeczkę, a dobitka Índio obiła prawy słupek Grosicsa. Po chwili Humberto wyleciał po ostrym faulu na Lorancie. Pod koniec spotkania nie upilnowaliśmy Kosicsa, który zakończył mecz podwyższając wynik na 4-2… Może nie graliśmy czysto, ale Węgrzy też nie byli święci – przez cały czas nas prowokowali. Gdy schodziliśmy do szatni, Czibor wyciągnął rękę do Maurinho, po czym złośliwie cofnął ją, unikając uścisku. Maurinho zdzielił go ciosem i kilku Węgrów rzuciło się na niego. Zezé Moreira odciągnął go na bok, po czym Madziarzy zaczęli wyzywać go od najgorszych w tunelu prowadzącym do szatni. Nie pozostaliśmy im dłużni. Widziałem jak Lorant zbija lampę – zrobiło się ciemno. Nagle obok mnie przeleciał but, który uderzył węgierskiego trenera w twarz. Zaczęła się prawdziwa bijatyka. Słychać było odgłosy ciosów i rozbijanych butelek – jedna z nich zakończyła swój żywot na czole Pinheiro, który zalał się krwią. Gdyby nie interwencja policji, nie wiem jaki byłby tego finał…

8 czerwca 1958:

Austria pokonana! Strzeliłem swoją drugą bramkę w reprezentacji – po ponad pięciu latach! Po przejęciu piłki na naszej połowie odegrałem do Mazoli i ruszyłem do przodu. Nie obawiałem się pozostawienia luki w obronie, którą skutecznie wypełnił Zagallo. Będąc polu karnym dostałem świetne odegranie w tempo, po którym pozostało mi tylko przenieść piłkę nad bramkarzem. Austriacy unieśli ręce, ale nie mogłoby być mowy o spalonym. Ten gol uspokoił naszą grę, która od początku była bardzo nerwowa. Wygraliśmy 3-0, choć gdyby nie znakomity Gilmar, Austria mogła spokojnie prowadzić w tym meczu dwoma bramkami. Świetny początek Mistrzostw!

6  czerwca 1962:

Awansowaliśmy do ćwierćfinału po pełnym emocji meczu z Hiszpanią. Jednak niewiele zabrakło, a mogliśmy zejść z boiska pokonani. Hiszpanie grali dzisiaj naprawdę dobrze. Gdy przegrywaliśmy 0-1, popchnąłem Collara, gdy ten był już w naszym polu karnym. W duchu wiedziałem, że to musi być jedenastka. Mając jeszcze ostatek nadziei, zrobiłem dwa kroki przed linię pola, sugerując arbitrowi miejsce przewinienia… i ku mojemu zdziwieniu, sędzia odgwizdał tylko rzut wolny! Byliśmy uratowani. W drugiej połowie Amarildo ustrzelił dwie bramki i mecz zakończył się naszym zwycięstwem. Mimo młodego wieku i wybuchowego charakteru nie dał się sprowokować Hiszpanom, którzy przez cały mecz wyzywali go i opluwali. Zachował się jak piłkarz z wieloletnim stażem. Pelé ma na tym turnieju naprawdę godnego zastępcę!

16 maja 2010:

Dzisiaj kończę 85 lat. W 2008 r. wykryli u mnie Parkinsona, rok później Alzheimera. Od tego czasu mieszkam w klinice w Gavea pod Rio de Janeiro – mój pobyt w całości finansuje Botafogo, za co jestem im ogromnie wdzięczny. Nie jestem tutaj sam, pielęgniarka Marly pomaga mi na każdym kroku – to ona zapisuje teraz moje słowa. Mam przy sobie pamiątki klubowe, wszystko dookoła jest w barwach Botafogo. Może trudno w to uwierzyć, ale pewnym momencie miałem dość sławy. Marzyłem, żeby wyjść na plażę i pozostać anonimowym. Często podchodzili i mówili: „Słuchaj, znam cię skądś…”, „Patrz, ten tutaj grał z Pelé!” Nie, proszę pana, to Pelé grał ze mną. Ja już tam byłem, kiedy on zaczynał grać! Albo podchodzi do mnie pan z 10-letnim chłopcem, i wskazując na mnie mówi: „Czy wiesz kim on jest?” Czułem się jak na wystawie sklepowej. Wciąż dzwonili do mnie dziennikarze, pytając o Mistrzostwa Świata w 1950, 1954 – nawet o piątej rano. Jakby nie potrafili sami poszukać informacji na ten temat. Nie chcę być już więcej nazywany przez nich „Encyklopedią”! Mógłbym tak wymieniać w nieskończoność… A tutaj odnalazłem wreszcie upragniony spokój. Dzisiaj powinna odwiedzić mnie moja żona Celia. W górnej części lodówki znajduje się wiele czekoladek, ale nie wszystkie – zwykle proszę o schowanie moich ulubionych przed jej odwiedzinami. Czasami po przebudzeniu proszę o strój meczowy mojej byłej drużyny. Nie daję im spokoju, dopóki nie założę spodenek i koszulki klubowej. Jakby to wyglądało, gdybym spóźnił się na trening? Gdy Botafogo będzie mnie potrzebować – jestem gotowy. Zawsze będę.

_______________
Autorem tekstu jest Michał Gelata, pasjonat piłki nożnej, kolekcjoner autografów. Jego imponującą kolekcję możecie zobaczyć na stronie www.gelu.cba.pl. W 2013 r. Michał napisał list do Niltona Santosa, na który dostał odpowiedź w postaci podpisanego zdjęcia. Trzy miesiące później Nilton Santos zmarł na niewydolność oddechową.

 

Bibliografia:
-Castro „Garrincha. Samotna Gwiazda” (2008) Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań.
-Fiesunienko „Pele, Garrincha, Piłka” (1974) Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa.
-Zsolt „Piłkarze, sportowcy” (1985) Wydawnictwo Sport i Turystyka, Warszawa.
-FIFA World Football Museum „The Official History of the FIFA World Cup” (2017) Carlton Books, Londyn.
fot. wyr. gettyimages.com

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*