Ze stadionu na podwórko… #1 Dawid Janczyk.

Ze stadionu na podwórko… #1 Dawid Janczyk.

Ruszamy z nowym cyklem, będącym swoistym przeciwieństwem szlachetnej idei turnieju „Z podwórka na stadion”. Będziemy w nim przedstawiać historie piłkarzy, którzy mieli solidne papiery na wielką piłkarską karierę, ale z różnych powodów z nich nie skorzystali. Na inaugurację zajmiemy się przypadkiem Dawida Janczyka.

Początek przygody z piłką był u Janczyka dość szablonowy. Na jednym z międzyszkolnych turniejów został zauważony przez trenera grup młodzieżowych Sandecji Nowy Sącz, Janusza Pawlika. Umiejętności 10-letniego Dawida były już jednak zdecydowanie nieszablonowe. Popularny Murzyn od początku stał się oczkiem w głowie klubu z Małopolski. Wszyscy zdawali sobie sprawę, jaka perła trafiła pod ich skrzydła. W drużynach juniorskich wygrywał mecze w pojedynkę. Na tle rówieśników wyróżniał się przede wszystkim techniką, wytrzymałością i pracowitością.
Kategorie juniorskie stawały się dla niego zbyt ciasne. W 2004 roku dołączył do występujących w okręgówce rezerw Sandecji. Nie pograł tam zbyt długo. W październiku tego samego roku zadebiutował w pierwszej drużynie klubu z Nowego Sącza, grającej na trzecim poziomie rozgrywkowym. Dobre występy w lidze i w reprezentacjach młodzieżowych skupiły uwagę wielu klubów, nawet tych z najwyższej półki. Na początku kwietnia 2005 roku pojechał na testy do Chelsea Londyn. Po kilku dniach spędzonych w stolicy Wielkiej Brytanii powiedział:

To były dla mnie niezapomniane dni. Okres spędzony na testach w słynnej drużynie być może zaważy na przebiegu mojej dalszej kariery. Z bliska przyjrzałem się wielkiemu futbolowemu światkowi i chcę wierzyć, że wywarłem na trenerach ćwierćfinalisty Ligi Mistrzów dobre wrażenie. Spotkałem się z gwiazdami piłkarskimi, trenerem Jose Mourinho oraz podczas wspólnego śniadania z właścicielem FC Romanem Abramowiczem. Wszyscy okazywali mi sympatię, pochlebnie wyrażając się o moich umiejętnościach sportowych.

fot. dziennikpolski24.pl

Ostatecznie angaż w The Blues nie wypalił, jednak o Janczyku mówiła cała Polska. Nawet  Działacze Sandecji otrzymywali każdego dnia oferty z wyższych lig. Najkonkretniejsza okazała się ta z Warszawy. Młody napastnik trafił do Legii za 100 tys. złotych, podpisując z klubem trzyletni kontrakt. Jego debiut przy Łazienkowskiej miał miejsce podczas sparingowego spotkania z Bayerem Leverkusen. Serwis legia.net tak ocenił jego pierwsze kroki w barwach Wojskowych:

W 81. minucie na boisku pojawił się Dawid Janczyk. Dziewięć minut w zupełności wystarczyło młodemu napastnikowi, by przekonać do siebie warszawską publiczność. Janczyk przeprowadził kilka dynamicznych akcji, ładnie strzelił w 87. minucie (tuż obok słupka), ale też dwukrotnie niecelnie podał. To bardzo obiecujący zawodnik i chyba warto na niego stawiać.

Od początku sezonu 2005/06 nowy nabytek Legii grywał ostatnie minuty meczów. Z czasem dostawał coraz więcej szans. Szans, które zaczął systematycznie wykorzystywać. Dobra gra zaowocowała powołaniem do Reprezentacji na kontrolny mecz przeciwko Arabii Saudyjskiej w marcu 2006 roku. Ostatecznie ze zgrupowania wyeliminowała go kontuzja, będącej konsekwencją ligowego meczu z Cracovią, w którym zresztą strzelił gola. Uraz okazał się jeszcze gorszy w skutkach – w czerwcu selekcjoner Paweł Janas stwierdził, że gdyby nie problemy zdrowotne Janczyka, napastnik znalazłby się w kadrze na Mundial w Niemczech. W tym czasie sam piłkarz był zapewne pewien, że przed nim jeszcze niejeden wielki turniej. Premierowy sezon w Ekstraklasie zakończył z Mistrzostwem Polski, mając na koncie 18 występów i 5 goli.

fot. polsatsport.pl

Po tym, co Janczyk prezentował wówczas na stadionach Ekstraklasy, niemal nikt nie był świadomy problemu, który w tym samym czasie zaczął w nim kiełkować. Jan Kobyłecki z fundacji Olimpijczyk, zajmującej się sportowcami po przejściach, powiedział po latach w wywiadzie dla Sportowych Faktów:

Po transferze do Legii rozpoczęły się problemy alkoholowe Janczyka. Jego poprzedni menadżer, Jerzy Kopiec, często zabierał go na imprezy, gdzie alkohol lał się strumieniami. Mentalność jednego i drugiego sprawiała, że alkohol sprzyjał im w rozmowach towarzyskich, przyjemnym życiu. Dla nich to była frajda. Kopiec pewnie nie zdawał sobie nawet sprawy, że może to na Dawida tak destrukcyjnie wpłynąć.

Kolejna seria rozgrywek nie była dla nastolatka tak udana jak poprzednia. Legia szybko odpadła z kwalifikacji do europejskich pucharów, a ligę zakończyła na trzecim miejscu. Janczyk zaliczył w niej 24 występy, w których 4 razy trafiał do siatki. Ponadto zaciął się w rundzie wiosennej, w której ani razu nie zdołał pokonać żadnego ligowego bramkarza, notując jedynie dwa trafienia w spotkaniu z ŁKS-em Łódź w ramach Pucharu Ekstraklasy. Przed nim szykowała się jednak największa impreza piłkarska w dotychczasowej karierze – Mistrzostwa Świata do lat 20.

Trener „Młodych Orłów”, Michał Globisz, oparł grę właśnie na napastniku Legii. Polacy wylosowali ciężką grupę, zatem mało kto wierzył na zajęcie miejsca premiowanego awansem. Pierwotnym planem było zatem, jak zwykle w takich przypadkach, nabranie doświadczenia przed kolejnymi wyzwaniami. W pierwszym swoim meczu Biało-Czerwoni, po trafieniu Grzegorza Krychowiaka, niespodziewanie pokonali Brazylię 1:0. Po tym zwycięstwie turniejowe plany drastycznie się zmieniły. Sam Janczyk zapowiadał, że on i jego koledzy są tak mocni, że nie zamierzają wracać z Kanady wcześniej niż po wielkim finale. Kolejne starcie, ze Stanami Zjednoczonymi, sprowadziło ich na ziemię. Co prawda dobrze rozpoczęli (gol Janczyka w 5′), ale później oglądali już tylko plecy Jankesów. Wynik 1:6 mówi sam za siebie. Przed ostatnią serią grupowych starć Polacy wciąż liczyli się w walce o awans do fazy pucharowej. O wszystkim miało zadecydować starcie z Koreą Południową. Wielu rodaków zerwało noc, by móc oglądać to spotkanie na żywo. Trudy nocy zrekompensował im Janczyk, robiąc to:

Piłkarski majstersztyk nie wystarczył, by odnieść zwycięstwo. Nasi młodzi piłkarze ostatecznie zremisowali z Azjatami 1:1, jednak zajęli drugie miejsce w grupie, które zapewniło im awans do 1/8 finału.
Wyczyn Janczyka nie został niezauważony. Polak od razu stał się obiektem pożądania wielu zagranicznych klubów. Telefon przy Łazienkowskiej rozgrzewał się do czerwoności, a na starcie z Argentyną udały się dziesiątki skautów i działaczy, chętnych obejrzeć napastnika w akcji. Ten pokazał się z jak najlepszej strony, pokonując w 33′ Sergio Romero, wyprowadzając tym samym naszą drużynę na prowadzenie. Później strzelali już jednak tylko Argentyńczycy, a konkretniej Di Maria i Agüero (x2), eliminując piłkarzy Globisza z turnieju.
Największym wygranym kanadyjskiego turnieju był Dawid Janczyk. Jedni nazywali go „polskim Alexandre Pato”, nawiązując do Brazylijczyka, o którym marzył wówczas cały piłkarski świat, inni porównywali do Rooneya. Stało się pewne, że Murzyn opuści Legię. Działacze odrzucali kolejne oferty, czekając na taką, która zrobi wrażenie na całej lidze. Tym samym Janczyk nie trafił m. in. do Atletico Madryt, które oferowało 3,5 mln euro w ratach. Ostatecznie dogadali się z przedstawicielami CSKA Moskwa, które zaoferowało 4,2 mln euro. Miejmy na uwadze, że takie kwoty płaciło się wtedy tylko za tych młodych piłkarzy, którzy naprawdę byli gwarantem bogatej przyszłości. Ponadto wychowanek Sandecji stał się najdroższym zawodnikiem, którego wytransferowano z polskiej ligi.

Początki w moskiewskim klubie miały być okresem adaptacyjnym, po którym polski piłkarz w stu procentach wkomponuje się w styl drużyny i będzie podstawowym snajperem. Dostawał swoje szanse w końcówkach spotkań, prezentując się naprawdę z przyzwoitej strony. Swoją pierwszą ligową bramkę strzelił 2.09.2007 r. W wielkich derbach Moskwy pomiędzy Spartakiem a CSKA, na których pojawiło się aż 80 tys. kibiców, Janczyk pojawił się na boisku w 71′ i tuż przed końcowym gwizdkiem doprowadził do wyrównania.

Derbowe starcie było transmitowane do najdalszych zakątków kraju. Dla mieszkańców Rosji polski napastnik stał się w jednej chwili znakomitym piłkarzem, a dla fanów CSKA bohaterem.

Dzięki grze w rosyjskiej Priemjer-Lidze, Janczyk miał szansę mierzyć się z takimi zawodnikami jak np. Roberto Carlos. fot. sport.interia.pl

Kiedy wydawało się, że kariera Murzyna idzie w dobrym kierunku, zaczęło robić się głośno o jego, delikatnie mówiąc, niezbyt profesjonalnym podejściu do zawodu. W Moskwie było dla niego zbyt nudno, zatem często latał na imprezy do Warszawy. Gdy nie mógł udać się do Polski, zapraszał w odwiedziny swoich znajomych. W legendy obrosły organizowane przez niego przyjęcia, zamieniające się w prywatne koncerty, na które ściągał zespoły z Polski lub Rosji. W tym samym czasie coraz częściej i głębiej zaglądał do kieliszka. Pogłoski są mocno przesadzone – ripostował sam zainteresowany.
Pod koniec grudnia 2007 roku poinformował o swojej nowej inwestycji, związanej ze swoim wielkim zamiłowaniem. Na rynek wprowadził wykwintne wino marki Dawid Janczyk.

Wartość rynkowa Polaka była nadal bardzo wysoka. Mniej więcej w tym samym czasie do Moskwy napłynęła oferta z Fenerbahçe. Turecki klub zaproponował za naszego napastnika Mateję Kežmana. Nikt z CSKA nawet przez chwilę nie pomyślał, by przeprowadzić transakcję, zdając sobie sprawę, że mają w swojej artylerii diament, który wystarczy tylko odpowiednio oszlifować.
Na początku 2008 roku powrócił reprezentacyjny temat. Dziennikarze i kibice domagali się od Leo Beenhakkera, by ten dał Janczykowi szansę podczas jednego ze sparingów przed zbliżającymi się Mistrzostwami Europy w Austrii i Szwajcarii. Holender powołał go w marcu na mecz ze Stanami Zjednoczonymi, jednak po kilku dniach doszedł do wniosku, że większy pożytek będzie z niego miała Kadra U-21, która w tym samym czasie mierzyła się towarzysko z Anglikami. Polacy z reguły nie interesują się ligą rosyjską, jednak zapamiętali polskiego napastnika ze znakomitych występów na MMŚ w Kanadzie.

90minut.pl

W kwietniu selekcjoner ogłosił szeroką kadrę na EURO. Znalazł się w niej Janczyk, pomimo tego, że nie zdążył jeszcze nawet zadebiutować w dorosłej reprezentacji. Ostatecznie do Austrii jednak nie pojechał.

Mimo tego, że coraz gorzej wiodło mu się w Moskwie, doczekał się w końcu debiutu w Reprezentacji. 14.12.2008 r. wybiegł w podstawowym składzie w meczu przeciwko Serbii. Biało-Czerwoni wygrali 1:0, a Janczyk był jednym z niewielu, którzy wykorzystali swoją szansę, pokazując się z dobrej strony.
W tym samym czasie działacze CSKA szukali dla niego klubu, do którego mógłby trafić w ramach wypożyczenia. Chętnych nie brakowało. W przerwie zimowej trafił ostatecznie do KSC Lokeren. Z takiego rozwiązania zadowoleni byli wszyscy. W serca belgijskich kibiców wkradł się już w debiucie, gdy strzelił gola, zapewniając swojej drużynie zwycięstwo 2:1 nad KSV Roeselare. Później było jeszcze lepiej. Znów zaczął przypominać chłopaka zajawionego piłką nożną. W ciągu dwóch ligowych rund wystąpił 31 razy i strzelił 14 goli. Kwestią czasu były kolejne powołania do Reprezentacji, w której wystąpił wtedy czterokrotnie – w towarzyskich meczach z RPA (0:1) i Irakiem (1:1) oraz w eliminacjach do Mistrzostw Świata 2010 z Czechami (0:2) i Słowacją (0:1). Konia z rzędem temu, kto wówczas przypuszczał, że są to ostatnie występy Janczyka w narodowych barwach.

fot. Cyfrasport

Po bardzo dobrym roku spędzonym we Flandrii Wschodniej można się było spodziewać, że polski napastnik przekonał do siebie Moskwę i zacznie regularnie występować w CSKA. Tamtejsi działacze i trenerzy nie widzieli jednak dla niego miejsca w zespole. Zależało im na kolejnym wypożyczeniu do Lokeren. Kiedy wszystko było już dopięte na niemal ostatni guzik, do gry wkroczył Germinal Beerschot, który przedstawił znacznie lepsze warunki zarówno dla klubu ze stolicy Rosji, jak i dla samego Janczyka. W nowym klubie wystąpił w 12 spotkaniach i strzelił 3 gole. W tym czasie piłka była dla niego tylko dodatkiem, o czym wybitnie świadczą słowa Kobyłeckiego:

Nieźle w palnik dawał też grając w Belgii. Załóżmy, że mecz miał w sobotę o godz. 16. Rano wypił jeszcze pół butelki, a kilka godzin później strzelał gole w belgijskiej ekstraklasie. Tak to wyglądało. Najbardziej lubi wódkę smakową. Kiedyś, przy jakiejś okazji, widziałem jak Dawid spożywa. Wódka przechodziła mu przez gardło jak mleko. Nie wiem, czy czuł jej smak. Pił do odcięcia prądu.

Ratunkiem dla wciąż młodego zawodnika miały być kolejne wypożyczenia. W 2011 roku trafił najpierw do Korony Kielce (7/0), a potem do PFK Oleksandria (3/0). Jak widać po statystykach, również tam nie potrafił wyjść na prostą. Kobyłecki wspomina jeden z niechlubnych wybryków napastnika:

Straszny wstyd zrobił mi w Kielcach, zimą 2014 roku, podczas turniej charytatywnego dla dzieci z domu dziecka. Dawid miał rozpocząć mecz, tylko kopnąć piłkę. Nie wyszedł na parkiet, bo bał się, że się przewróci. „Patrz ilu tu jest ligowców, skompromituję się”. Był na kacu.

fot. limerickfc.ie

Wiadomo było, że w Moskwie, gdzie wszyscy poznali się na charakterach Murzyna, nie ma już dla niego miejsca. W lutym 2012 roku był bliski kolejnego wypożyczenia. Po udanych testach w irlandzkim drugoligowcu, Limerick FC, stwierdził jednak, że to zbyt słaby klub jak na jego możliwości i za żadne skarby nie będzie reprezentował jego barw. Przez Janczyka na panewce paliły egzotyczne kierunki – wypożyczenia do klubów z Kataru, Izraela, Korei Południowej… przespał, spóźniając się na samolot lub przepił, przez co nie był w stanie odbyć lotów.

Konsekwencją jego wybryków było to, że przez ponad dwa lata nie wystąpił w żadnym oficjalnym meczu. W międzyczasie oblał testy nawet w rezerwach Legii. Oczywiście na własne życzenie – przestał pojawiać się na treningach. Jednocześnie udzielił wywiadu dla Przeglądu Sportowego, w którym powiedział:

Ludzie… Nie mam problemów z alkoholem. Nie zaprzeczam, potrzebowałem się czasem odstresować od tej monotonii. Chodziliśmy z moim przyjacielem do baru, ale piłem jak normalny człowiek. Kilka piw, czasem więcej, czasem też byłem wstawiony, ale czy mówimy o czymś, czego nie robią praktycznie wszyscy ludzie?

Okłamywanie całego otoczenia, a przede wszystkim samego siebie, stało się znakiem rozpoznawczym Janczyka. Ówczesny trener drugiej drużyny Legii, Jacek Magiera, jasno wypowiedział się na jego temat:

Dawid potrzebuje leczenia, aby wrócić do normalnego życia. Coś, co kiedyś wydawało się zabawą, dziś przeradza się w koszmar. Trzeba wiedzieć, na ile można sobie pozwolić. Jeżeli alkohol lub inne używki przejmują nad człowiekiem kontrolę, to jest dramat.

Przed startem sezonu 2014/15 pomocną dłoń do zawodnika wyciągnął Piast Gliwice. Wielkim zwolennikiem jego sprowadzenia był Zdzisław Kręcina. Napastnik nie przypominał profesjonalnego piłkarza. Dostał więc ultimatum – zrzucić minimum 8 kilogramów. Dostał najniższy kontrakt w zespole i ogrywał się w drugiej drużynie. Piłkarz, o którego kilka lat wcześniej biła się cała Europa, który grał przeciwko najlepszym zawodnikom na świecie, teraz mierzył się z takimi zespołami jak Małapanew Ozimek, Swornica Czarnowąsy czy Skalnik Gracze. Miał jednak dobre perspektywy. Po wyjściu na prostą miał dostać pięciokrotnie wyższe wynagrodzenie, a w razie eksplozji formy Piast byłby dla niego znakomitą trampoliną do większego klubu.

fot. sport.wp.pl

Z początku wszystko zmierzało w dobrym kierunku. Posturą znów zaczął przypominać sportowca, strzelał gole w rezerwach. Ówczesny trener Piasta, Ángel Pérez García, dał mu prawdziwą szansę w meczu przeciwko GKS-owi Bełchatów w 1/8 finału Pucharu Polski. Janczyk bardzo dobrze z niej skorzystał – strzelił dwa gole i zaliczył asystę. Po tym występie poczuł się panem piłkarzem. Zbyt przesadnie. Sądził, że w związku z jego dyspozycją należy mu się miejsce w pierwszym składzie, a tymczasem w Ekstraklasie grywał epizodyczne role. Żalił się, że hiszpański trener faworyzuje swojego rodaka, Rubéna Jurado, zatem miejsce w ataku jest nie do ruszenia. Nie wytrzymał, ze swoich problemów znów zwierzał się butelce wódki. Często był widziany na stacjach benzynowych, gdzie rzecz jasna nie tankował samochodu, a kupował „paliwo” dla siebie. Finał nie mógł być inny – zerwanie kontraktu. Kobyłecki dodaje:

Janczyk oszukał wszystkich ludzi, którzy chcieli mu pomóc. Niech się nie okłamuje, że spożywa normalne ilości alkoholu. On ma talent, ale brak mu skrupułów i charakteru do piłki.

fot. sport-express.ru

Wiosną 2016 roku, po kolejnych kilkunastu miesiącach Janczyka bez grania w piłkę, zielone światło na angaż dał mu jego macierzysty klub, Sandecja Nowy Sącz. Nawet na 1-ligowym froncie poniósł porażkę. W ciągu roku wystąpił w sumie w ośmiu meczach, w których tylko dwukrotnie trafił do siatki. Pod koniec października do mediów trafiła informacja o rzekomym konflikcie między zawodnikiem a trenerem Mroczkowskim. Obie strony oczywiście zaprzeczyły, ale niewykluczone, że było coś na rzeczy. Piłkarz został przyłapany, podobno z innymi kolegami z zespołu, na libacji alkoholowej, co skończyło się karnym zesłaniem do drużyny rezerw. Już wtedy stało się jasne, że z końcem rundy jesiennej klub zerwie z nim umowę obowiązującą do czerwca 2017 roku.
Rozczarowany napastnik udzielił później wywiadu dla Super Expressu, w którym powiedział, że bardzo zawiódł się na swoim macierzystym klubie, który w przeszłości zbił na nim fortunę, a teraz zostawił go na lodzie. Jednocześnie wspomniał, że uwolnił się od alkoholu, mówiąc, że pierwszy raz od siedmiu lat witał Nowy Rok na trzeźwo.

Przykład Janczyka dobitnie pokazuje, że w piłce nożnej talent to tylko początek. Nie można zostać wielkim piłkarzem bazując jedynie na talencie. Na osiągnięcie sukcesu składa się przede wszystkim zawziętość, odpowiedni charakter, ciężka praca i masa wyrzeczeń. Polski napastnik już jako młody chłopak został ogłoszony przyszłym zbawicielem naszej piłki, zawodnikiem, którego szczyt możliwości znajduje się niewyobrażalnie wysoko. Życie wszystko zweryfikowało. Michał Globisz, oceniając po latach swoich podopiecznych z kanadyjskiego turnieju, powiedział:

Janczyk to dla mnie największe rozczarowanie. To nieprawdopodobne, co się z nim stało. Pamiętam, jak Leo Beenhakker i Włodzimierz Lubański zachwycali się jego umiejętnościami. Sam myślałem, że to będzie drugi Lubański. A tu taki upadek…

Być może piłkarz zbyt szybko uwierzył, że złapał Pana Boga za nogi. Wszystko przychodziło mu z łatwością, przez co przestał skupiać się na doskonaleniu swoich umiejętności, a to droga donikąd. Tak bardzo mylnie oceniał swoją wielkość, że w ostatnich latach przemawiała przez niego pycha. Kobyłecki wspomina:

Chciałem mu pomóc w znalezieniu drużyny. Pojawiła się oferta z Błękitnych Raciąż, beniaminka III ligi łódzko-mazowieckiej. Sponsor, a zarazem mój przyjaciel, prezes Robert Dobies, przygotował dla niego kapitalne warunki. Zaproponował, że opłaci mu mieszkanie i da dobrą pensję. Około 10 tysięcy złotych miesięcznie. Dawid miał przychodzić na jeden trening w piątek i sobotni mecz. „Trzecia liga? Nie interesuje mnie to” – tak to skomentował. Ten chłopak ma dobre serce. Naprawdę. Każdemu by pomógł. Ale nie potrafi okazać wdzięczności. Wiele osób chciało dla niego dobrze. On jednak uważa, że wszystko mu się należy. Że jest wybitnym piłkarzem i wiele osiągnął.

Słowa klucz – „wiele osiągnął”. W kwietniu 2016 roku, w rozmowie z portalem krakow.sport.pl odpowiedział na pytanie, co by było gdyby dziewięć lat wcześniej wybrał inną opcję niż transfer do CSKA:

To był przełomowy etap w mojej karierze. Z drugiej strony powtarzam, że tego nie żałuję. Byłem lojalny w stosunku do menedżera i mojego ówczesnego klubu. Sporo tam osiągnąłem, grałem w Lidze Mistrzów, zdobyłem puchar i mistrzostwo Rosji. Mogłem pójść też w innym kierunku, np. wybrać Atletico Madryt. Tyle że to już tylko gdybanie. Na szczęście nie miałem poważnej kontuzji przez całą karierę.

Zdrowie jest najważniejsze, to oczywiste. Ale jeśli dla piłkarza, którego notowania były zbliżone do jego rówieśnika, Sergio Agüero, jedynym sukcesem osiągniętym podczas kariery jest to, że nigdy nie odniósł kontuzji, to coś tu jest nie tak. Sporo osiągnął w CSKA? Czy 14 występów i jeden gol podczas sześciu lat obowiązywania kontraktu to naprawdę dobre osiągnięcie?

We wspomnianej rozmowie z Super Expressem, w styczniu bieżącego roku, powiedział:

Jestem normalnym człowiekiem, znam swoją wartość i swoje słabości, ale z ręką na sercu mogę przyznać, że nie piję! Chodzę na terapię, normalnie żyję – codziennie biegam, pływam, ćwiczę na siłowni. Jeszcze się nie skończyłem. Jeśli tylko ktoś mi da szansę, to udowodnię, że ciągle umiem dobrze grać w piłkę.

Bardzo chciałbym wierzyć w te słowa. Kiedyś sam byłem olbrzymim fanem talentu Janczyka i w głównej mierze dla niego wstawałem w nocy, by oglądać spotkania Młodzieżowej Reprezentacji Polski w Kanadzie. Oczywiście nie zdąży już uratować swojej kariery, ale dobrze by było, gdyby porzucił paskudne nałogi i uratował coś znacznie bardziej cennego – swoje życie.

Comments

comments

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*